Z organizatorem Rajdu Wikinga, Szymonem Mazurem, rozmawiamy o tym, co właściwie stało się na jubileuszowej, dziesiątej edycji imprezy i w jaki sposób organizacje, które miały wspierać środowisko rajdowe, w zasadzie je wykańczają.
Amatorski motorsport w Polsce znalazł się na zakręcie. Wbrew oczekiwaniom zawodników, reforma przepisów z 2025 roku przyniosła falę rozczarowań i realne zagrożenie dla niezależnych imprez samochodowych. Zamiast wspierać pasjonatów ścigania, nowe regulacje skutecznie eliminują z gry kierowców bez licencji ND-R, a także tych, którzy zainwestowali w bezpieczne, ale nie przystające do wyśrubowanych wymogów auta.
Kulminacją napięć stał się jubileuszowy, dziesiąty Rajd Wikinga 2025 — impreza zorganizowana poza strukturami Polskiego Związku Motorowego, która pokazała, że motorsport może istnieć i rozwijać się bez błogosławieństwa monopolisty. Niestety, reakcje środowiska związanego z PZM jasno pokazały, że nie wszyscy są gotowi na taką niezależność.
Czy polski motorsport amatorski ma jeszcze szansę na przetrwanie? Czy kierowcy bez licencji zostaną całkowicie wypchnięci z legalnych zawodów… bo takie zawody przestaną istnieć? I co tak naprawdę działo się tuż przed i podczas tegorocznego Rajdu Wikinga? Zapraszam na wywiad z organizatorem imprezy, pasjonatem amatorskich wyścigów górskich i rajdów samochodowych i człowiekiem, który od ponad 10 lat stwarza bezpieczną przestrzeń dla wszystkich miłośników motorsportu – Szymonem Mazurem.
Dominika Węcławek, Petrolheart.pl: Ile w Polsce w tym roku jest innych tak dużych imprez amatorskich, jak Rajd Wikinga?
Szymon Mazur: Żadnej.
A co takiego wyjątkowego ma Rajd Wikinga?
Ta impreza to zwieńczenie pewnej drogi, którą przeszedłem. Wiele lat temu, organizując pierwsze KJS-y, założyłem sobie, że kiedyś chciałbym zrobić taki rajd, jaki sam chciałbym pojechać. W zasadzie to jest myśl, którą kierowałem się organizując każdą imprezę. Szukałem sposobu, żeby było więcej, bardziej, mocniej. Dziesiąty Wiking był takim opus magnum tego, co chciałem zrobić, ale i tego, co nie wyszło. Przy organizacji pracowało nas więcej, nie tylko ja. Jest tu duża grupa ludzi, którzy dołożyli wszelkich starań, żeby ten rajd poszedł jak najlepiej, żeby to było coś, co będziesz wspominać latami.
Budowaliśmy to wszystko przez lata, od zera, bez żadnego wsparcia instytucjonalnego. Po prostu w gronie pasjonatów wymyśliliśmy sobie kiedyś zabawę w ten sport i doprowadziliśmy ten pomysł do finału w postaci rajdu. Mimo, że w tym roku wprowadzone zostały przepisy, które wycinają w pień wszystko, co nie jest organizowane przez PZM, łącznie z imprezami takiej rangi jak nasza.
Od dawna mówiliśmy, że te przepisy zabiją polskie rajdy. Mówiliśmy, że zaczną od dołu, od zawodów amatorskich, a skończą na górze, w imprezach dla zawodników z licencją. Moje ostrzeżenia stały się w roku 2025 faktem, z tym, że ja się uparłem i powiedziałem sobie, że to jest dziesiąty rajd i ja go puszczę. I tutaj jest geneza naszego problemu. Po wprowadzeniu przepisów musieliśmy szukać alternatywnych wyjść pozwalających samochodom rajdowym poruszać się normalnie między odcinkami specjalnymi. Bo to w świetle nowych przepisów jest największym problemem. Musieliśmy znaleźć rozwiązanie, które pomogłoby zawodnikom. Ja jako organizator sobie poradzę, nie muszę tego rozwiązywać, tylko nie będę miał zawodników, albo zawodnicy bez licencji PZM startujący u mnie będą mieć utrudnione zadanie poruszając się między OS-ami na lawetach.
Ogólnie było przyjęte, że ten rok jest rokiem przejściowym, że przepisy weszły, ale nie będą egzekwowane tak ostro, stąd nawet w rajdach PZM jeździły auta na białych blachach, a powinny na żółto-pomarańczowych. Uznaliśmy początkowo, że skoro to okres przejściowy to i dla nas będzie szansa jeszcze ten jeden raz skorzystać ze starych zasad. Przecież każdy jest równy wobec prawa. Ja już się szykowałem oczywiście na to, że to może nie przejść, podobnie jak szykuję się na moment, w którym przepisy wejdą „na ostro”.
Nigdy nie należałem do PZM i nie zamierzam należeć, bo ja mam swój pomysł na organizowanie imprez motorsportowych. I nie uważam, że monopol jednego związku, który dyktuje zasady, jest czymkolwiek dobrym dla jakiejkolwiek formy życia oraz dla zdrowej konkurencji. Monopol na prawo jest słaby i zły. Uważam, że w wolnym kraju każdy ma prawo – jeżeli spełnia warunki legislacyjne – robić to, co uważa za słuszne. Konkurujmy ze sobą, bo odbędzie się to na pewno z zyskiem dla zawodników. Ale nie zwalczajmy się.
Kilka dni temu kierowca rajdowy Grzegorz Grzyb, który stał się taką koncyliacyjną twarzą PZM, zaproponował wspólne spotkanie, podczas którego każdy mógłby zaproponować swoje rozwiązania, jak polepszyć sytuację. Wybierasz się na nie?
Nie, ponieważ on może tylko zaproponować tylko to, co jest rozwiązaniem według PZM-otu. Dla nich też jest ważne, żeby pokazać, że jakakolwiek dziedzina motosportu w Polsce musi się dziać z ich udziałem. Ja uważam, że nie. Oni mają swoje imprezy, ja im nie przeszkadzam. Niech PZM robi swoje rajdy, po swojemu, na swoich zasadach. Przecież oni koła nie wymyślili.
Moje imprezy są inne niż PZM-otowskie. Nikomu nie robię krzywdy, co więcej – to nie jest też tak, że startujący u nas zawodnicy nie chcieliby pójść sobie wyżej tak jak panowie sobie wymyślili. Tylko, że brak im funduszy na to żeby pójść wysoko w taki sposób, w jaki oni sobie wymyślili. Ja nie widzę problemu, żeby PZM miał swoje reguły, żeby była tam przestrzeń dla zawodników, którzy chcą iść wyżej, startować w mistrzostwach Europy. Ale jest bardzo dużo ludzi, którzy nie pójdą wyżej. Nie mają na to funduszy, choćby bardzo chcieli. Kto z nas by nie chciał startować R5 [w rajdówkach klasy R5; obecnie Rally2 – przyp. red.]?
Warto zauważyć, że to nie tak, że zawodnicy obrazili się imprezy typu Tarmac Masters, te imprezy nie umarły dlatego, że nagle ktoś się obraził na organizatora. Zawodnikom się po prostu skończyły pieniądze. Będąc amatorskim zawodnikiem masz swój limit budżetu. Nie przeskoczysz tego. Ja znam tych zawodników i wiem, że to jest wyrzeczenie, żeby startować w takim rajdzie. Ale to nie znaczy, że oni nie mają prawa tego robić, to nie jest lot w kosmos. Owszem, to jest niebezpieczny sport. Ja też chcę robić rajdy, które będą przynosiły adrenalinę zawodnikom. Dla mnie zawsze najbliższy będzie zawodnik.
Powiedz zatem, co się wydarzyło na Rajdzie Wikinga 2025, że nie wyszło tak, jakbyś sobie wymarzył, bo od soboty krąży bardzo dużo pogłosek?
Niedzielne opóźnienia wydarzyły się przez mój błąd. Owszem, wszystkie rzeczy, które się zadziały przy okazji, nie pomogły, a zwłaszcza nagonka ze strony PZM. O tym, że Polski Związek Motorowy chce zrobić wszystko, by uniemożliwić nam zorganizowanie po raz dziesiąty Rajdu Wikinga, dowiedzieliśmy się jakieś półtora tygodnia przed imprezą. Krążyły informacje, że przedstawiciele PZM będą składać pisma do urzędów, donosy do Komendy Wojewódzkiej Policji o tym, że nasz rajd jest nielegalny. Rajd Wikinga uzyskał wszystkie niezbędne zgody formalne ze wszystkich zaangażowanych instytucji. Kosztowało nas to bardzo dużo pracy, wiele spotkań z władzami lokalnymi, służbami. My nawet zbudowaliśmy na ten rajd brakujący kawałek drogi.
Z tego, co wiem, to OS Różana to jest bardzo ciekawy przypadek, w którym determinacja lokalnej społeczności i improwizacja sprawiły, że OS się w ogóle odbył. Jaka jest historia tego odcinka?
Tydzień przed rajdem musieliśmy zbudować 800 m łącznika szutrowego, gdy okazało się, że droga, na której zgłosiliśmy przebieg odcinka została niespodziewanie zamknięta przez drogowców. Mogliśmy odwołać ten odcinek specjalny, ale mieszkańcy wioski Różana bardzo chcieli, żeby tamtędy szedł rajd. To ewenement na skalę kraju, bo przecież w górach jest coraz więcej ludzi, którzy absolutnie nie lubią rajdów. A tam akurat chcieli, więc stawaliśmy na uszach, by dać im też to.
W międzyczasie zakulisowo dowiedzieliśmy się, że dla PZM jesteśmy nielegalni, że nasi zawodnicy jeżdżą rzęchami, że wszyscy kwalifikują się do zabrania dowodów rejestracyjnych i że to zostanie zgłoszone na policję. A policja, kiedy otrzyma zgłoszenie, to nie może zrobić nic innego, jak tylko urządzić kontrolę. Przed imprezą rozmawiałem więc z policjantami, którzy zostali oddelegowani do kontroli, jakie mają do tego podejście i przyznali, że są po prostu tylko narzędziem. Zawsze można znaleźć coś, za co będzie się chciało zabrać dowód, ale oni znają temat rajdów. Przecież tutaj w regionie też jechał organizowany przez PZM rajd Mistrzostw Polski i też jechali zawodnicy PZM bez żółtych tablic i nie było z tym problemu. Nikt nikomu nie podsyłał świni i nie robił żadnego problemu.
Po rozmowie z policjantami pojechałem do kierowców, przekazałem im, że jest taka sytuacja, że bardzo proszę tych wszystkich, którzy będą kontrolowani, o przygotowanie dokumentów, kulturę, o uszanowanie służb. Nagraliśmy też z myślą o zawodnikach film związany z tym, czego wymagamy. Mamy XXI wiek i możemy sobie sprawdzić w CEPiK informacje, czy auto ma przegląd, ja też mogę przyjąć kogoś oświadczenie, ja nie muszę sam tego weryfikować. PZM się więc przyczepił, że my zapraszamy ludzi bez przeglądu. U nas ludzie bez badania technicznego na OS-y dojeżdżali na lawetach. Zawodnicy do sytuacji z kontrolami policji podeszli na spokojnie, choć na wyjeździe na prolog była kontrola kaskadowa złożona z czterech radiowozów. Każdy zawodnik, który jechał zatrzymywał się, pokazywał dowód, nie było problemów, pełna kultura. Powiem ci, że pytałem się zawodników po kontroli jak było, to mówili, że w życiu nie mieli takiej sympatycznej kontroli drogowej i git. Prolog poszedł genialnie.
Moim zdaniem trochę za dużo było może przejazdów pokazowych, ale gdzieś też chcieliśmy zrobić trochę show. To było też działanie charytatywne, udało się zebrać sporo pieniędzy dla małej Laury. Może to się trochę przeciągnęło, ale zmieściliśmy się w czasie wyznaczonym na zamknięcie drogi. W niedzielę dostaliśmy informację, że do znajomego zadzwonił pan przewodniczący Grzegorz Grzyb i powiedział, że ten rajd nie pojedzie, że już do nas jadą z Wrocławia radiowozy policji z komendy wojewódzkiej, że to będzie zatrzymane, że on na to nie pozwoli i różne takie rzeczy. A ja akurat odbierałem trasę z policjantem, mieliśmy wszystkie zgody, wszystkie ustalenia. Pan policjant był bardzo zdziwiony, że coś takiego w ogóle się dzieje, że będą radiowozy dodatkowe. Przyjęliśmy to na spokojnie, ale wprowadziło to dość nieprzyjemną atmosferę wśród zawodników.
Podejrzewam, że wszyscy wolelibyście na spokojnie układać sobie w głowie przejazdy odcinkami, wiem że ludzie bardzo się bali tego szutru na Różanej…
Był też stres przed Jodłownikiem, czy tak długi OS pójdzie. Ludzie mi mówili, że to się nie da, że zawodnicy się pozabijają, że tam jest za szybko, że to nie jest na ich poziom. Wszyscy się tego piekielnie bali. Ja bałem się łącznika… Tam na Różanej poszło prawie 110 ton kruszywa dzięki firmie Miazga, która nam pomogła w realizacji tego łącznika. Tam przez trzy dni koparki jeździły w dzień i po nocach.
Tych zmian i tego wszystkiego było multum i takie telefony w chwili, kiedy już wiesz, że to jedzie, że ktoś robi wszystko, by to zatrzymać, to jest to jest typowe działanie przemocowe. To jest terroryzowanie. Zwłaszcza, jak ludzie zdają sobie sprawę, że potem te same osoby robią posty na Facebooku, zapraszają na spotkania „pogadajmy”. Fakty były takie, że pan Grzegorz Grzyb zamiast zadzwonić do mnie, dzwonił po znajomych, opowiadał o zamykaniu rajdu, a kiedy zwrócili mu uwagę, żeby skontaktował się bezpośrednio z organizatorem, to powiedział, że on nie będzie ze mną rozmawiać, bo mnie nie zna. No i teraz dochodzimy do clou, co się wydarzyło, że się tak rozjechał harmonogram.
Uważasz, że to twój błąd?
Tak, bo wszystkie dodatkowe okoliczności, kontrole, wypadki, wyciąganie aut z konwoju, to były niejako rzeczy wkalkulowane, to się może zdarzać. Była też w nas niepewność, czy w ogóle te konwoje przejadą, ale finalnie obliczając wszystko – czasy przejazdów między OS-ami w konwojach, możliwość dołączania i odłączania zawodników, przechwytywania ich przez kolejne konwoje, zapomniałem o jednej zmiennej, która zaważyła na kolejnych opóźnieniach. Dopiero później, już po rajdzie, dotarło do mnie, co nie zadziałało.
Założyliśmy, że o godzinie 8:00 wyjeżdża 20 samochodów do pierwszego odcinka, zbierają się na starcie, w drodze jest kolejne 20 rajdówek i nie tracimy czasu, bo i tak jedno auto wyjeżdża co minutę na OS. Policzyliśmy też czas na przejazd kolumny na kolejny OS, ale nie wzięliśmy pod uwagę tego, że jak to auto dojeżdża do mety odcinka, to musi zaczekać na to, aż zbierze się grupa 20 aut, a czasami zbiera się długo, bo jest dzwon, bo musi wyjechać straż pożarna. I teraz na każdym rozpoczęciu pętli byłem 20 minut stratny do każdego odcinka. Po prostu harmonogram który mieliśmy w głowie jako punkt odniesienia był pomyślany do normalnych przejazdów między OS-ami, do normalnych rajdów które żeśmy robili przez lata. Ten harmonogram przy starych przepisach zagrałby idealnie, nie byłoby żadnych obsuw. Testując nowe rozwiązanie popełniłem ten błąd.
A te wszystkie próby sabotażu, nasyłanie na nas policji, to uderzyło najbardziej w zawodników. Znam przypadek, że ktoś stracił dowód za zbyt głośny wydech, bo trafił na służbistów. To na zawodnikach się odbiło, a na mnie, na imprezie jako takiej – nie. U nas powodem odwołania drugiego przejazdu Jodłownika było wynikiem wyłącznie błędu po mojej stronie, ale tak jak mają to w zwyczaju nowe rozwiązania – można się pomylić. Wiem jedno, że cała moja ekipa zrobiła wszystko, żeby ten rajd poszedł jak najsprawniej. Teraz patrząc na to obiektywnie, to nie poszedł tylko jeden odcinek, ale wciąż zrobiliśmy rajd mający kilkadziesiąt kilometrów OS-ów, kilkadziesiąt kilometrów realnego ścigania. Wychodzi na to, że taki rajd w świetle obecnych przepisów nie ma racji bytu, ponieważ, nawet jakby się nic nie działo, jakby wszystko szło idealnie i ponad 80 załóg miałoby pojechać zaplanowane 100 km OS-ów, to i tak nie wyrobilibyśmy się w czasie z powodu konwojów. Nawet, gdyby nie było dzwonów…
A dzwonów trochę było, prawda?
Tak, w pewnym momencie dojechała mniej niż połowa załóg. To jest bardzo ciężki rajd dla wszystkich. Dla nas jako organizatorów, ale też i dla zawodników i kibiców. Ja rozumiem kibiców, którzy się wściekli będąc na Jodłowniku, że stali, czekali, że było tyle opóźnienia i że pojechało to tylko raz.
Warto zdać sobie sprawę, co mam do wyboru. Organizacyjnie robiliśmy wszystko, cała moja ekipa robiła wszystko, piloci konwojów latali gdzie trzeba, mieliśmy gorącą linię, do tego w pewnym momencie w biurze mieliśmy cztery radia, gdzie były wszystkie cztery podsłuchy na wszystkie odcinki i nagle Kuki powiedział, że te radia chyba się zepsuły, bo na trzech jest to samo, że straż na OS-ie. A tu się okazało, że na każdym z trzech OS-ów była straż pożarna, bo na każdym jakaś załoga wyleciała. To też zawsze generuje opóźnienie.
I co ja mogłem zrobić? Mogłem zarządzić to, co robi PZM na rajdach, czyli kiedy jest 20-30 minut opóźnienia odcinka, to nadajemy wolny przejazd. Wtedy przejechaliby wszyscy wszystkie kółeczka, jak najbardziej, pewnie nawet więcej załóg by dotarło, ale tak naprawdę ogniem to może by przejechało z 10 albo 15 samochodów, a reszta by sobie pojechała tylko i wyłącznie wolny przejazd. A ja odkąd robię imprezy zawsze miałem takie nastawienie – i pewnie dlatego ten harmonogram u mnie zawsze słabo się zgadzał – że tak samo pierwszy jak i ostatni zawodnik, który wpłacił wpisowe, ma prawo przejechać jak najwięcej odcinków ogniem.
Zdarzają się sytuacje, że na takim Jodłowniku, gdzie czas przejazdu wynosił 15 minut, to na trasie niekiedy było naraz 15 rajdówek. Jeśli więc coś się dzieje przy mostkach i sędzia daje znać, że trzeba się zatrzymać, tak jak mieliśmy pożar samochodu, gdzie silnik wybuchł i był olej na drodze, to po prostu naturalne, że kilka załóg się łapie w takiej kolejce, którą musimy zatrzymać. Oni są wściekli bo muszą przejechać, już zwolnieni, ale co mamy zrobić, jaka jest inna alternatywa? Nie ma i możemy ich puścić jeszcze raz, ale wtedy OS się może w ogóle nie skończyć. To jest niestety ryzyko dla wszystkich. Byli szczęśliwcy, którzy przelecieli wszystkie odcinki ogniem i było OK. Myślę, że większość, która ukończyła rajd tak miała.
A może ten rajd był po prostu za duży?
Czy żeśmy chcieli zrobić za dużo? Pewnie tak. Czy chcieliśmy to zrobić za bogato? Jak najbardziej. Bezczelnie tak. Czy bym zrobił to jeszcze raz mając tą wiedzę? Oczywiście, że tak! Doświadczenie się pojawia zaraz po tym, gdy było ci potrzebne. Robiliśmy te testy kolumn, żeby właśnie takie rzeczy wyszły zawczasu, zanim przepisy nas do reszty ograniczą. Czy się cieszę z tego, że wyszły? Z jednej strony tak, z drugiej strony nie. Z jednej strony zostało to wyłapane i dobrze wróży na przyszłość, z drugiej strony wywaliło mi to mój jubileuszowy rajd i pozostawiło na nim cień…
Jednak w świetle przepisów i zmian, atmosfery nagonki na imprezy urządzane poza PZM, a nawet tego, że nagle się okazało, że na jednym z OS-ów brakuje drogi w zasadzie chwilę przed rajdem to cała impreza mogła się po prostu zwyczajnie nie odbyć, a wszyscy ci zawodnicy, którzy nie mają PZM-owej licencji ND-R, nie mają samochodów zgodnych z wytycznymi PZM, książek, tablic rajdowych i tak dalej, mogli w ogóle nie mieć tej możliwości. Chyba spędziliście naprawdę sporo czasu, żeby rozpracować jak to zrobić?
No oczywiście, że tak. Za chwilę może się okazać, że to był ostatni taki rajd w Polsce, że już się nie da zrobić czegoś takiego dla amatorów, że nie ma już powrotu do tego co było. I ja po prostu chciałem spróbować. Podjąłem rękawicę. Myślę, że to akurat się udało.
Ja wiem, że najbardziej się obruszali ludzie, którzy byli na Jodłowniku i którzy się wściekli, że tam byli tyle czasu. Też bym na ich miejscu był zły. Po prostu ich też dopadł Wiking i skopał im dupę. Choć z drugiej strony mam sygnały od kibiców, że wspaniale spędzili czas, spotkanie ze znajomymi, rozmowy przy ognisku, rajdówki przemykające obok. Ludzie się pośmiali, pogoda była piękna, świetnie spędzony czas – też są takie głosy. Ja wiem, że one są w mniejszości pewnie.
Sam w niedzielę i w poniedziałek miałem średni nastrój, czułem, że wszystko to było spieprzone, do dupy wszystko, byłem zły na siebie. Przecież my przez półtora miesiąca starannie rozpracowywaliśmy każdy kilometr i każdą minutę. Codziennie rozpatrywaliśmy miliardy różnych wydarzeń, które mogą się pojawić, wprowadziliśmy bardzo dużo zmian. Nie sądzę, żeby ktokolwiek w Polsce mógł w tej sytuacji zrobić coś więcej w ramach takiej imprezy dla zawodników bez licencji. Dla mnie i tak zawsze najważniejsze będzie to, żeby tacy zawodnicy mogli jak najwięcej przejechać. Do dziś [rozmawialiśmy w środę po rajdzie – przyp. DW] nie mogłem patrzeć na wideorelacje, miałem dość.
Ale powiem ci, że powoli też zaczęło do mnie dochodzić coraz więcej głosów samych zawodników, którzy byli mega zadowoleni, pomimo tych wszystkich trudności, tego oczekiwania, byli tak bardzo zadowoleni, bo to nie jest byle jaki rajdzik, który sobie pojedziesz wokół komina, tylko on jest raz w roku. Zawsze był bardzo trudny, także przez porę roku. Wypadki jakie się działy na tym rajdzie od początku jego istnienia to też ciekawa historia – od podłożenia bomby pod mostem, przez strajk policjantów, wreszcie ptasie grypy, pandemię i wszystkie inne sploty wydarzeń. Zawsze udawało nam się ten rajd zrobić. Zawsze go planowaliśmy i teraz po prostu co roku mamy jakąś nową przygodę, nowe wyzwanie. Wiking przeorał nas wszystkich, ale jak wygrasz taki rajd, a nawet jak go ukończysz, to jesteś mega szczęśliwy. Oglądałem sobie teraz on-boardy Kuby Kołodzieja z Peugeota 206 RC i te emocje, które można poczuć w tym aucie, to jest właśnie to co ja bym chciał, żeby towarzyszyło ludziom.
Od pierwszej imprezy chciałem dać ludziom przeżyć ten kawał szoferskiej przygody. Tu nie ma lekko, czasem nie ma szans zagrzać dobrze opon, coś się przeciągnęło i zrobiło się ciemno. Było sucho, a tu nagle spadł śnieg. Musisz się do tego dostosować. Jest kupa zmiennych i walisz. Albo wygrywasz taki rajd, albo dojeżdżasz go w ogóle do mety. To jest ważne i to jest fajne. Oglądając zawodników, słuchając ich przeżyć, tego, co mówili, jak im się podobało, cieszę się, bo ja wiem też, że to są zawodnicy którzy nie jeżdżą nie wiadomo ile. Nie mają ogromnego doświadczenia, więc tych wypadków będzie trochę, ale zależy mi na tym, żeby jak największa liczba zawodników mogła przejechać jak największą liczbę kilometrów, a to wiąże się z czasem – on nie jest z gumy.
Dodatkowo to wszystko jest zabezpieczone, na każdym odcinku są safeciarze, sędziowie, są służby medyczne, straż, policja. To nie jest taka dzika amatorka, tylko takie solidne amatorstwo, które od profesjonalizmu może różnić się tym, że po prostu nie macie namaszczenia PZM, tak?
Gdyby nie to, że po prostu jest jedyny słuszny związek, który limituje dla siebie wszystko inne, co nie jest amatorstwem, to spokojnie moglibyśmy mówić o poziomie profesjonalnym. Ja i tak zawsze byłem zdania, że zawodowcem jest w życiu ten, kto zarabia na danej dziedzinie, więc zawodowców w Polsce jeśli chodzi o kierownicę może mamy ze czterech, pięciu, to jest wszystko.
Natomiast „amatorzy” to w moim odczuciu mega pejoratywne określenie i to, co mnie zawsze bolało, to fakt, że prasa o wszelkich wygłupach na drogach pisze „nielegalne wyścigi”, „nielegalne rajdy”. I nagle słyszę, że nasze rajdy też są nielegalne. Zrównane z jakimiś wygłupami nocnymi na drogach. Tymczasem nasze rajdy są ze wszystkimi zgodami. Wszystkie władze w Polsce, które są oficjalnie odpowiedzialne za wydawanie takich pozwoleń, muszą wyrazić zgodę. Mamy ubezpieczenia, zgody, my przychodzimy dokładnie te same procedury, które przechodzą organizatorzy od RSMP po WRC. Składamy te same dokumenty, stosujemy takie same zabezpieczenia…
Policja zawsze jest u was na każdym OS-ie, nie musi przyjeżdżać specjalnie na jakieś zewnętrzne wezwanie?
Dokładnie. Ona jest na początku i na końcu zamkniętego odcinka drogi. Zawsze. Mój rajd jest tak samo legalny, jak legalny jest rajd PZM. On jest nielegalny wyłącznie w oczach PZM, bo ja nie jestem zrzeszony, ale wiesz, ja sobie mogę zrobić zrzeszenie wyścigów rajdowych i wszem wobec głosić, że jak przyjedzie tutaj do nas WRC, to ono jest nielegalne, bo ono jest niezrzeszone w mojej organizacji.
No ja mogę takie bzdury gadać, ale w wolnym świecie tak nie ma i dlatego też nie będę szedł do pana Grzegorza Grzyba na spotkanie. Nie mam zamiaru z nim rozmawiać, bo parafrazując jego słowa, nie będę z kasjerem z Biedronki rozmawiał o tym, że tylko sprzedają colę waniliową, jak ja chcę pić colę zero, tylko sobie pójdę do Lidla. To się nazywa konkurencja, to jest wolny rynek. Ja tak samo płacę podatki mając firmę, jak wszyscy inni wkoło, moje działania są też w pełni legalne i w pełni służą społeczeństwu.
W dodatku nie tylko organizujemy jakąś rozrywkę – zawsze staramy się wspierać charytatywnie lokalną społeczność. Dla małej Laury uzbieraliśmy na Rajdzie Wikinga prawie 12 tysięcy złotych. Zawsze takie są akcje, gdzie zrzesza się tych ludzi, gdzie daje im się jakąś możliwość. Naszych rajdowców nie stać na topowy sprzęt, ale też mamy prawo korzystać z tej drogi, bo to my płacimy podatki na jej budowę i utrzymanie. Nie może być tak, że my możemy tylko przyjść i patrzeć jak się bawią panowie z grubym portfelem.
I pieniądze wcale nie przeważają o tym, że jest bezpiecznie i nikomu nic się nie dzieje. To jest zmienny sport i uważam, że to co się dzieje, włącznie z wymieraniem tego sportu, odpływem kibiców, jest efektem braku konkurencji. Natomiast panowie z PZM zamiast zająć się uatrakcyjnianiem swojego towaru, angażują siły, by walczyć z konkurencją. Gdyby mieli tyle inicjatywy na swoim polu, to mielibyśmy w mistrzostwach Polski ze 130 zawodników, tymczasem w tych grach się skupiają się tylko na tym, żeby im stołek spod tyłka nie uciekł. I najlepiej, żeby nic wewnątrz nie zmieniać i żeby wszyscy do ciebie przychodzili i dawali kasę. Kiedy jednak trzeba coś od siebie dać, to już nie.
Ja uważam, że jest wolność, każdy może robić swoje. Co więcej, możemy się uzupełniać. Skoro zawodnicy, którzy nie mają odpowiedniego budżetu tym panom, że tak powiem brzydko, śmierdzą, czy też ci panowie ich nie chcą, boją się ich, uważają ich za tych, którzy coś mogą narobić, to przecież mogą takich zawodników nie przyjmować do swojej organizacji. Nie mogą jednak zabraniać nam organizować imprez dla tych ludzi.
To jest właśnie kluczowe zagadnienie, które cały weekend mnie nurtowało. Czy nie jest bowiem tak, że uwalając taką imprezę jak ta, którą wy organizujecie, albo takie imprezy jak robi Waldek z Walimia Rajdowego, uwalając to wszystko, co się dzieje na szczeblu amatorskim, PZM niczego nie zyskuje, bo zdecydowana większość tych zawodników i tak nie dołączyłaby do PZM? Przecież ci amatorzy nie zrobiliby licencji ND-R po to, by sprzedać swoje obecne rajdówki, które nie spełniają oczekiwań i wytycznych narzucanych przez PZM, a tym bardziej nie startowaliby autem seryjnym i nieoklatkowanym, bo wiedzą, że ten sport to przede wszystkim też jest kwestia ich bezpieczeństwa, bo oni muszą wrócić do domu, do roboty, do dzieci, do żony. Wiedzą natomiast, że gdy seryjnym autem wypadną z trasy i nie ochroni ich klatka, mogą stracić więcej niż zdrowie…
Ale też powiedzmy sobie szczerze, że nie wszystkich bawi jeżdżenie seryjnym autem wokół trzepaka. Nie wszyscy chcą jeździć w KJS-ach, ale są też ludzie, którzy chcą jeździć na trasach i to po prostu trzeba umieć uszanować. Najzwyczajniej PZM musi zrozumieć, że zawodnik jest klientem i to on ci przychodzi i płaci, on decyduje i wybiera lepszy towar. Świat idzie naprzód. Gdyby w piłce nożnej były dozwolone tylko kopniaki i odbijania w ścianę, a jeśli chodzi o mecze to byłaby tylko ekstraklasa, to ilu ludzi by grało w tę piłkę?
Wyobraźmy sobie sytuację, że przychodzisz, oglądasz te auta na rajdach, myślisz sobie „fajne, spróbuję”. Żeby wystartować w takiej mojej imprezie, można kupić jakiegoś tam Seja [Fiata Seicento – przyp. red.] za 6-7 tysięcy. Może nie będzie najszybszy na świecie, ale będzie miał klatkę bezpieczeństwa, pasy, fotele. Kupisz sobie kombinezon, kask, buty. Dodatkowo – kto chce, kupuje HANS-a, ja uważam, że warto zainwestować i mieć porządny kombinezon. Ale u mnie niekoniecznie musi mieć wszystko aktualną homologację, bo to też jest nabijanie kieszeni FIA i producentom. Ja wiem, że jest postęp technologiczny i jak najbardziej, to musi iść do przodu, nie mam z tym problemu. Ja mam problem z tym, że coś działało kilka lat temu, ale nagle przestaje działać, bo wyszły nowe modele. I co? Te stare od razu są niebezpieczne?
Ja nie mówię jakichś tam dawnych sytuacjach, że na przykład kiedyś do lat 70. w ogóle klatek nie było, czy coś takiego. HANS-ów też nie było, ale to nie znaczy, że HANS-a możesz używać tylko najnowszego, topowego modelu. Przecież ten poprzedni, który był dobry przez ostatnie lata i też kosztował zylion złotych przed chwilą, był z karbonu, nie wiadomo z czego, on się nagle nie zepsuł od tego, że wyszedł nowy model z nowa homologacją… Ten nowy przecież też jakoś o wiele lepiej nie pracuje. Dlatego u mnie dopuszczane są zabezpieczenia nieco starsze, lepiej jest mieć najtańszy HANS i jeździć, niż nie jeździć wcale, bo nie możesz co chwilę kupować homologowanego kołnierza. Jeżeli zrobimy z tego sport dla elit, to to szybko umrze.
Panowie mieszkający w dużych miastach, którzy się bawią w RSMP nie wiedzą jednego. W górach już nie mieszkają sami rolnicy, to nie jest też jakieś zbiorowisko ludzi biednych. Tu mieszka mnóstwo ludzi, którzy się przenieśli właśnie z miast, pokupowali sobie działki, pobudowali sobie domy na wynajem, albo te 35-metrowe na zgłoszenie. I już nie będzie tak, że panowie z PZM przyjadą raz w roku, zamkną całą wieś, i będzie git, bo wam tutaj przyjechał Cyrk Zalewski, patrzcie!
Napływowi mieszkańcy mają to w dupie, oni chcą mieć ciszę, spokój i oni już teraz już robią wojny o to, że im rajdówki pod domem jeżdżą. Z tym, że my, lokalsi, jeżeli cały czas podtrzymujemy tę tradycję, robimy imprezy od siebie, dla siebie, wchodzą w to nowi ludzie z okolicy, wchodzą dzieciaki… Przecież dzieciaki u nas w Junior Cup robią niesamowite rzeczy. Tymek Rusnak zaczynał u nas dwa lata temu i jak go zobaczyłem, jak leciał teraz – bo już wyszedł z juniorów i jechał jako junior plus – wygrał odcinek ze wszystkimi! Fakt, że mu pomogły warunki pogodowe, ale mimo wszystko, 17-latek po 2 latach jeżdżenia, wygrał ze wszystkimi! Jechał przepięknie. Tak powinno być, to powinno wciągać nowych ludzi.
Chodzi o budowanie relacji, o zupełnie inny – emocjonalny – związek z tym sportem?
Tak! Kiedy to będzie coś, co jest dla tych ludzi, jak zobaczą swoich sąsiadów, swoje wnuki w rajdówkach, to jest zupełnie inne podejście. Już oni o to zadbają, żeby nie było głosów, że tu mają być tylko kwiatki, chodzenie, cisza i nic więcej, bo przecież tu mamy tradycję rajdową. A tradycją nie będzie, jak się raz w roku pojawi tu kilku panów bogaczy, którzy przejadą, jak przejadą. Na czas, a nie dla publiki. Wtedy już nie ma tych emocji. Powiedzmy sobie szczerze, kilku pojedzie fajnie, kilku pojedzie tak samo. Potem wszyscy wyjadą.
Jak to przestanie przynosić komukolwiek tutaj, na dole, profity, jak się okaże, że sklepy przestaną zarabiać, że kibice nie będą przyjeżdżać, że hotele będą puste, a jedyne, co dostaniemy, to tylko zamknięte drogi dla bogaczy, to wymrze. Jak właścicielka hotelu będzie miała cały weekend zamkniętą drogę dojazdową dla klientów, a jako alternatywę brak rajdu i turystów przez cały weekend, to wiadomo co wybierze. Jeśli będziemy robić tylko raz do roku elitarną imprezę, to będzie tu to samo, co w Małopolsce swego czasu, czyli nic. A jeśli się będzie wykorzystywało policję do takich świńskich numerów, to panowie z policji też się mogą zdenerwować i w ogóle nie dopuszczać tutaj żadnych imprez.
Bardzo dużo osób, które weekendowo kibicują, ale nie są takimi rajdowymi fanami, którzy jeżdżą po świecie za imprezami, nie ma świadomości jak głęboko te przepisy i to wszystko co robi PZM wchodzi właśnie w tę sferę amatorską. Nie masz wrażenia, że to nawet nie dociera do masowego odbiorcy, że problemem nie jest zrobienie licencji i dołączenie do PZM, tylko to, że próbuje się pokazać, że nie ma alternatywy?
Tak… Diabeł się w ornat przebrał i ogonem nam dzwoni. Komunikacja PZM jest ładnymi frazesami obita, a tak naprawdę chodzi tylko i wyłącznie o jedno, o wykończenie konkurencji. I nawet już nie chodzi o ten nasz jeden Rajd Wikinga. Chodzi właśnie o to wrażenie, że PZM trzyma nad wszystkim pieczę, że nie wolno zrobić nic bez nich. Jak pozostaje w powszechnym przekonaniu taka wizja, to PZM pozostaje mocny. A ja właśnie uważam, że można zrobić coś bez nich. I to ich najbardziej gryzie, że można zrobić coś bez nich. Takich jak ja pokaże się iluś tam w Polsce, każdy udowodni, że to nie będzie tak jak do tej pory z obligu się wszystko należało jednemu związkowi, że można żyć bez 20 delegatów PZM, których organizator musi ubrać, wyżywić i zapłacić za to, że się po prostu będą kręcić i patrzeć na rajd, a później sjesta.
Okazuje się, że taki pan z PZM nawet nie lubi tych rajdówek, on woli żużel, on robił licencję na sędziego dla żużlu, ale musi tu stać, bo i jemu nie przedłużą licencji…
No tak, i można odnieść takie wrażenie, że PZM jest jedyny. Dochodziło do tego, że nasi sędziowie, którzy mają też licencje PZM słyszeli, że jak będą u nas sędziować, to będą karani odebraniem licencji. Tymczasem u mnie sędzia przez sześć rund Wyścigów Górskich i Rajdu Wikinga przejdzie takie szkolenie i zdobędzie takie doświadczenie, że później stojąc na RSMP, on umie wiele, wiele rzeczy. Nie tylko czytać kartkę z przygotowanymi przez was odpowiedziami, których każecie się nauczyć na pamięć. U nas sędzia czy safety przejdzie szkołę życia. Tymczasem mając jedną imprezę w regionie nikt się nie będzie chciał w to za bardzo bawić, nikt nie będzie miał też dobrych kompetencji. Zaczną się pojawiać ludzie z łapanki, którzy akurat przyjdą. Ja mam bardzo dużo nowych osób, ale też mam stały trzon tych sędziów, którzy przychodzą u mnie pracować od lat i zaczynają gdzieś bawić nawet zawodowo w to, bo im to doświadczenie z naszych rajdów i wyścigów później procentuje. PZM nie rozumie, że oni mają lepszych sędziów, bo ci sami sędziowie jeżdżą po Polsce na imprezy amatorskie.
To samo można powiedzieć o zawodnikach. Jedni zdobywają u nas bezcenne doświadczenie na prawdziwych OS-ach, a potem mogą iść dalej do PZM. Ale niektórzy chcą u mnie po prostu pojeździć, nawet ja będę chciał sobie pojeździć, ale nikt z nas nie pójdzie zrobić licencji, bo już jesteśmy za starzy na zdobywanie tytułu mistrza świata. Zresztą w ogóle z takich założeń wziął się mój pomysł dla juniorów – oglądając Kallego Rovanperę, jak zobaczyłem co ten chłopak robi w wieku 14 lat, to doszedłem do wniosku, że jak będzie miał 18 lat, to żaden z naszych zawodników, którzy zaczynają jeździć o wiele później, nie ma szans w światowych rajdach, bo nie miał opcji zdobyć takiego doświadczenia. Junior Cup naprawdę procentuje. Ja nie mówię tylko o liczbie zawodników, ale też o jakości, o tym ilu ich zostało, jak oni jeżdżą, jakie robią postępy…
Wracając do możliwości i przepisów, jak to było z tymi konwojami?
Szukaliśmy rozwiązania, w którym zawodnicy nie musieliby jeździć na OS-y lawetami. Znalazłem w przepisach rozwiązanie w postaci konwojowania pojazdów – dwa pojazdy „PILOTY”, a między nimi kolumna 20 rajdówek. Rozmawialiśmy z policjantami z Komendy Wojewódzkiej. Wskazali, że to jest wykorzystanie drogi w sposób szczególny, trochę jak w przypadku odcinka specjalnego, ale bez zamykania ruchu dla wszystkich innych uczestników. Z tym, że było już za mało czasu na wszystkie formalności związane z takimi zgłoszeniami. Postanowiliśmy więc zorganizować testowo konwoje w takiej formie, by przetestować to rozwiązanie na przyszły rok. Dzięki temu rajdówki też jechały spokojnie, wszyscy byli zdyscyplinowani, było super. No i właśnie wyłapaliśmy ten błąd, o którym wspomniałem wcześniej, ale jeżeli miałbym zrobić to jeszcze raz, to znów bym to zrobił. Bo dla mnie to był test na to, co możemy zrobić, żeby imprezy w ogóle się odbywały przy obecnych zmianach w ustawie i tym wszystkim.
Konwoje były pod szczególną obserwacją, na drogach pojawiły się nieoznakowane radiowozy, rozstawiono dodatkowe radary. To była pokazówka. Demonstracja siły ze strony PZM. Pokazanie, co oni mogą zrobić. A tak naprawdę nic nam nie mogli zrobić. Sprawdzono dowody, ale przecież zawodnicy mogli jeszcze w 2024 roku zrobić legalnie przegląd i mieć ten przegląd cały czas. Tak jak mówię, ten rok miał być przejściowy. Z jednej strony na imprezach PZM były auta na białych blachach, a z drugiej do nas przydzielono dodatkowe kontrole. Jak widać, są równi i równiejsi.
Dla mnie to jest takie ideowe. Może już nie będzie okazji zrobienia kolejnego Rajdu Wikinga. Może już nie da się odkręcić tych przepisów, ale próbuję, walczę i gdzieś mam pomysł na to. Tylko to wymaga czasu, pieniędzy i kontaktów. Ja dlatego nie chcę z panem Grzegorzem Grzybem rozmawiać, bo ja nie mam o czym z nim rozmawiać. Pan Grzyb może mi zaproponować jedynie rozwiązania zgodne z tym, czego chce Związek. On nie zrobi nic przeciwko Związkowi, bo Związek mu nie pozwoli pracować nad tym, żebyśmy my jako amatorzy mogli robić imprezy. Ja muszę sobie znaleźć swoją drogę ponad panem Grzegorzem. Dla mnie to jest cały czas śmieszne, gimnazjalne. Bijemy się o to, czy można sobie pojeździć samochodem po drodze. To są problemy pierwszego świata, nie?
To może warto założyć polską federację w kontrze do polskiego związku?
Jest taki pomysł. Może przyjdzie czas na to, żeby założyć federację.
Nie jest tak, że to właśnie teraz nadszedł ten czas?
Może i to jest właśnie ten czas, dlatego chcę też pokazać swoim znajomym, zawodnikom, kibicom, chcę dotrzeć do jak największej liczby ludzi i powiedzieć, że może warto się zebrać. Chcę, żeby ludzie wiedzieli, że nie trzeba mieć zgody PZM na motorsport. Ja z różnymi ludźmi gadałem, z różnych zakątków Polski, w których te przepisy ubiły im imprezy. Tylko że większość z nich cały czas uważa, że żeby cokolwiek zrobić, to potrzebna jest zgoda PZM-otu. Sam związek natomiast wie, że w jego żywotnym interesie jest to, by podtrzymywać tę iluzję. Żeby się go ludzie bali, bo jak się przestaną bać, jak się dowiedzą, że to jednak jest wszystko dęty balon i można robić sobie imprezy bez PZM-otu. W dodatku lepsze, bo to przecież jest skostniała instytucja, zepsuta na tyle, że ja nie widzę szans na naprawę tego od środka, bo za dużo dobrych ludzi tam poszło i później mówiło jaki tam jest beton. Tam jest beton, który zastępuje jeszcze większy beton już zbrojony…
Ja mam na tyle dużo roboty z całą ekipą od Wikinga i Wyścigów Górskich, że ja się jeszcze nie chcę kopać dodatkowo z koniem, urzędnikami, zgodami. To jest kosmos po prostu. Wiesz, myśmy mieli ze cztery razy w ciągu tego miesiąca sytuacje, które mogły sprawić, że cały rajd będzie odwołany. Tu trzeba było walczyć o wszystko, o każdy kawałek, każdy centymetr, każdy OS. Jak ja mam jeszcze usłyszeć, że ja nie robię tak jak należy, bo u mnie zawodnik wjeżdża od prawej, a w przepisach z 1964 roku jest napisane, ze ma wjeżdżać od lewej i koniec…
Ja po prostu chcę robić imprezy po swojemu. Ktoś chce przyjechać do mnie, wie, że mogą być obsuwy czasowe, jak najbardziej, ale za to też wie, że przejedzie jak najwięcej kilometrów. Może i gdzie indziej będzie miał wszystko na czas, wszystko idealnie, z tym, że jak przyjdzie co do czego i będzie dzwon na OS-ie, to się okaże, że zapłacił sobie za wycieczkę turystyczną po górach, po lasach, z kaskiem na haku i ze spacerową prędkością. U mnie też mogą być takie sytuacje, ale my robimy wszystko, żeby jeździć. To się liczy. To jest właśnie to, co kochamy. Zmienność, adrenalina, nieprzewidywalność. To nie jest takie poukładane od linijki i że jak nie pasuje do linijki to wypada. Jak wygrywasz taką imprezę jak nasze, czy chociaż dojeżdżasz do mety na kołach, no to to smakuje, bo to było wyzwanie. Robimy coś nie dlatego, że jest łatwe, tylko właśnie dlatego, że jest trudne.
Dziękuję za rozmowę.
Zdjęcia: Dawid Winkler (@davei.am)





















