Toyota pokazała właśnie swoje najgłośniejsze (dosłownie i w przenośni) dzieło ostatnich lat – sportowy model GR GT, który znajdzie się na szczycie gamy Gazoo Racing. Przy okazji pokazano też bliskiego wersji produkcyjnej koncepcyjnego Lexusa LFA, ale… szkoda strzępić ryja.
Nie będzie to szczególnie odkrywcze stwierdzenie, ale jeszcze 10 czy 15 lat temu Toyota kojarzyła się niemal wyłącznie z hybrydami (a więc i pośrednio ekologią), nudą, wypadem na działeczkę i z taksówkami. I to pomimo tego, że ta marka ma na koncie CAŁE MNÓSTWO modeli sportowych czy choćby usportowionych – tyle tylko, że spora część z nich nigdy nie była sprzedawana poza Japonią, a nawet jeśli była, to często nie w tych najciekawszych silnikowo i wyposażeniowo wersjach. Przykładowo nie mieliśmy w Europie Toyoty MR2 (SW20) 2.0 turbo, nie mieliśmy turbodoładowanej Toyoty Starlet Glanza, nie mieliśmy różnych Corolli z wysokoobrotowymi, 20-zaworowymi silnikami 1.6.
Ale coś się zaczęło zmieniać
Mam tu oczywiście na myśli GR Suprę, która może i korzystała z techniki BMW, ale… robiła to lepiej od samego BMW w jego Z4. No i niesamowitego GR Yarisa, który… cóż, jest niesamowity. Po liftingu może brzydszy, ale obiektywnie i subiektywnie jeszcze lepszy – i nawet skrzynia automatyczna go nie zepsuła. Moje wrażenia z jazdy takim autem znajdziecie tutaj.
Po Yarisie pojawiła się GR Corolla (niestety nie u nas, ale zdaniem osób, które jeździły obydwoma autami, to choć Corolla też jest świetna, to jednak mniejszemu modelowi nieco ustępuje) i szereg pogłosek o nowych modelach. Przykładowo wiemy, że są duże szanse na nową generację MR2 – zapewne z nowo opracowanym dwulitrowym silnikiem z turbo.
Ale świat czekał od dłuższego czasu na coś innego. I właśnie to dostał
Tym czymś jest nowa Toyota GR GT. I tak jak GR Yaris i przyszła GR MR2 (brzmi trochę jak wkurzony Francuz, jeśli przeczytacie to w języku z kraju słynącego z sera, wina i imigrantów), też ma skonstruowany od podstaw silnik. Czy to właśnie ta dwulitrówka? Nie no, nie. Przecież to ma być auto na szczycie gamy Gazoo Racing, mówiłem. No to może podkręcone 3.0 R6 z BMW (i GR Supry)? Nie, też nie.
Nowa Toyota GR GT ma świeżutki silnik 4.0 V8 twin-turbo
W przeciwieństwie do wyżej wymienianych modeli, GR GT jest hybrydą. Ale nie lękajcie się – to nie jest ten rodzaj hybrydy, który ma uszczęśliwić Excela z tabelkami wypełnionymi danymi na temat emisji spalin. To ten rodzaj hybrydy, który ma uszczęśliwić kierowcę, dając dodatkowego kopa wtedy, gdy to potrzebne – jak choćby przy niskich obrotach, zanim turbiny porządnie się rozkręcą. Docelowe parametry układu napędowego (jeszcze niepotwierdzone twardymi danymi technicznymi) to 650 KM i 850 Nm. Dodam, że jest to hybryda zamknięta, z jednym silnikiem elektrycznym – to nie plug-in. Zgaduję, że to właśnie ten silnik miał trafić do planowanego Lexusa LC F, zanim skasowano plany na produkcję takiej wersji.
Treść ważniejsza od formy
Toyota chwali się, że projektując GR GT punktem startowym były parametry aerodynamiczne auta, a nie jego wygląd. Innymi słowy: to wygląd nadwozia dopasowywano do oczekiwanych parametrów, a nie usiłowano do gotowej karoserii jakoś wykminić, jak tam upchnąć wszystkie elementy aerodynamiczne i tak dalej. Takie podejście określa się mianem reverse-design.
Efekt jest taki, że samochód robi ogromne wrażenie (nie tylko jak na Toyotę – w ogóle!), ale też… jakąś fantastyczną pięknością nie jest. Przykładowo maska mierzy mniej więcej piętnaście kilometrów (co jest pewnym wyczynem przy długości nadwozia wynoszącej 4820 mm) i przypomina mi pod tym względem Zimmera Quicksilver. Oczywiście Toyota ma silnik umieszczony faktycznie pod maską, ale spójrzcie tylko, ile miejsca jest jeszcze przed nim – cały silnik mieści się za przednią osią. Dałoby się tu upchnąć motor dwukrotnie większy. Układ napędowy ma tu układ transaxle, a więc skrzynia biegów (ośmiobiegowy automat) znajduje się przy tylnej osi.
Pewną ciekawostkę stanowi fakt, że choć stylistyka zdradza, z jaką marką mamy do czynienia (przynajmniej z przodu), to ani na nadwoziu, ani we wnętrzu nie ma ani jednego znaczka Toyoty. Nic. Zero. Null.
Są tylko plakietki GR i oznaczenia GT. Być może Japończycy chcą powydzielać osobne submarki (tak jak ma to miejsce z Century), a być może ma to związek z postrzeganiem marki przez osoby, które w tym segmencie celują co najmniej w Mercedesa-AMG GT czy Porsche 911 w topowych wersjach. Ale jeśli w tej drugiej kwestii mam rację to… logo nie powinno stanowić żadnego problemu. Właśnie przez to, co napisałem wyżej: japońska marka wyrasta na jedną z najciekawszych na rynku pod kątem oferty modeli sportowych. Jeśli dla kogoś to nie jest argument i i tak z powodu widocznego logo poszedłby po Mercedesa czy Porsche, to… i tak nigdy nie był w targecie.
GR GT to pierwsza Toyota z całkowicie aluminiową ramą przestrzenną
Do kompletu mamy tu wykonane z włókna węglowego: dach, maskę, drzwi i kilka innych miejsc. Całość ma być odpowiednio wytrzymała i zapewniać nisko położony środek ciężkości (jak widać na zamieszczonej wcześniej grafice).

Ale te linie papilarne z przycisku świateł awaryjnych to by mogli jednak wyczyścić. Zdjęcie postarane na czterdzieści procent.
Oprócz wersji drogowej, pokazano też wyścigową GR GT3
Także i tu pod maską znajdziemy 4-litrowe V8, ale bez układu hybrydowego – nie dopuszczają tego przepisy w klasie GT3. W zamian mamy tu całe połacie włókna węglowego i – oczywiście – znacznie bardziej rozbudowany pakiet aerodynamiczny.
Jest jeszcze on, nowy Lexus LFA
Zwykle nie piszemy o konceptach bliskich wprowadzenia do produkcji, ale tym razem chyba jednak wypada. Jest tylko jeden tyci problem: nowy Lexus LFA wygrywa z Toyotą głównie wyglądem, bo na pewno nie układem napędowym.
To znaczy… może i będzie mocniejszy czy szybszy (nie wiadomo, nie podano jeszcze parametrów), ale wiemy na pewno, że nowy LFA będzie mieć napęd elektryczny. Póki jeszcze nosił nazwę Sport Concept (nie tak dawno temu… w sierpniu tego roku), to mi to nie przeszkadzało, ale w tej sytuacji… Ja rozumiem, że czasy są jakie są, ale skoro Toyota może zrobić nowy super-samochód z V8, to dlaczego Lexus tak rozwadnia nazwę nie tak znowu starego, ale już legendarnego modelu? Przecież opracowane wspólnie z Yamahą V10 było czymś wyjątkowym nawet w tej klasie, podobnego typu silnik (nie tylko pod względem układu, ale też charakterystyki) stosowało chyba tylko Porsche w Carrerze GT. Wzięli, wywalili, wstawili jakiś blender czy inny odkurzacz. Jak napisałem na samym początku: szkoda strzępić ryja.
Nowy Lexus LFA nie ma w zasadzie żadnych szans, by stać się podobnie kultowy jak jego poprzednik. Nie da się ukryć, że i Toyocie będzie trudno wzbudzić u ludzi takie pożądanie…









