Grönholm obudził lwa, Schwarz pokazał, że nie zardzewiał, Kuzaj nie odpuszczał, a Kajto? Znów rozdawał karty. Rekordowy, trzeci Polski Rajd Legend przyciągnął tłumy kibiców i zamienił rajdowe trasy w żywe wspomnienie czasów, gdy motorsport elektryzował całą Europę.

Polski Rajd Legend, organizowany przez Auto Moto Klub Kłodzko, w ciągu zaledwie trzech lat przeszedł drogę od pięknego marzenia garstki pasjonatów do wydarzenia, które śmiało można wymieniać wśród najciekawszych imprez motorsportowych na kontynencie. Gdy impreza debiutowała, wszystko wyglądało bardzo kameralnie: na starcie pojawiło się zaledwie 36 załóg, z czego 12 rywalizowało w klasach historycznych SKJS. Wśród zaproszonych gości znalazł się Patrick Snijers, a na kultowych dolnośląskich odcinkach specjalnych oglądaliśmy między innymi Macieja Wisławskiego w roli pilota, w pamiętającej złotą erę rajdów Toyocie Celice GT-Four. Już wtedy było czuć, że rodzi się coś wyjątkowego. Mało kto jednak mógł przypuszczać, że ta inicjatywa urośnie do wydarzenia o europejskiej randze i zacznie być wymieniana jednym tchem z Rallylegend San Marino.

Polski Rajd Legend 2026

Marcus Grönholm w swoim Peugeocie 206 WRC w Kłodzku podczas Polskiego Rajdu Legend 2026.

Rekordowy rajd opanował kotlinę kłodzką

Kto wrócił do Polanicy-Zdroju na trzecią edycję, mógł przeżyć niemały szok. Park maszyn przeniósł się na drogę prowadzącą do Kłodzka, gdzie już od środowego popołudnia ustawione w długich rzędach samochody przyciągały tłumy spacerowiczów. Nic dziwnego – samo przejście między stanowiskami było atrakcją. Kilka kroków dzieliło Lancię Deltę HF Integrale od Audi quattro S1, Subaru Imprezę od Forda Escorta Cosworth, a kosmicznie wyśrubowane „wurce” od konstrukcji pamiętających lata siedemdziesiąte.

Najpiękniejsze było jednak to, że niemal wszystko pozostawało na wyciągnięcie ręki. Kibice mogli zaglądać do serwisów, obserwować pracę mechaników, podziwiać detale samochodów, które młodsi znali bardziej z archiwalnych zdjęć niż z własnych wspomnień. Zawodnicy chętnie rozmawiali, pozowali do wspólnych fotografii, rozdawali autografy, naklejki i inne gadżety. Nikt nie sprawiał wrażenia zmęczonego obecnością fanów – wręcz przeciwnie, widać było, że wszyscy świetnie się bawią i ładują swoje akumulatory. I właśnie ta atmosfera wyróżnia Polski Rajd Legend. Nie ma tu bariery pomiędzy kibicem a zawodnikiem, nie ma poczucia, że oglądamy widowisko zza płotu – każdy staje się częścią tego wydarzenia, a walutą są podziw i szacunek, a nie cena pakietu VIP w przedsprzedaży.

Tłumy na konferencji prasowej Polskiego Rajdu Legend 2026.

Wśród kibiców można było spotkać rodziny z dziećmi, zawodników nie tylko z amatorskich imprez, kolekcjonerów, fotografów i zwykłych turystów oraz mieszkańców, którzy wpadali na rajd „tylko na chwilkę”, by sprawdzić, co się dzieje, a po kilku godzinach zdzierali gardła wspólnie z weteranami dopingu.

Nawet konferencja prasowa zgromadziła tłumy – i trudno się temu dziwić, skoro w jednym miejscu pojawili się Marcus Grönholm, Bruno Thiry, Armin Schwarz, Kajetan Kajetanowicz i wielu innych znakomitych gości. Jeszcze kilka lat temu podobne zestawienie nazwisk wydawałoby się czymś zupełnie nierealnym podczas młodej imprezy na Dolnym Śląsku, dziś jest naturalnym elementem programu. Organizatorzy z roku na rok starają się też dopracować sam harmonogram tak, by emocje na odcinkach specjalnych przeplatały się z czasem na spotkania z zawodnikami. Już samo przełożenie startu honorowego na czwartek pokazało, że zarówno samochody jak i ludzie są tutaj w centrum uwagi.

Prawdziwie gorąca atmosfera.

Start na dychę

Dzięki uczynieniu ze startu najważniejszego punktu programu w dniu otwarcia imprezy, każdy zawodnik mógł poczuć się jak gwiazda wieczoru. Tłumy słuchały jak urzeczone rozmów ze wszystkimi załogami i fetowały wszystkie samochody zjeżdżające z rampy – nie tylko te najbardziej rozpoznawalne i najmocniejsze, ale absolutnie każde, nawet zamykającą stawkę Favoritkę. Kibice zachęcali kierowców do podkręcania obrotów, machali flagami, odpalali race i robili zdjęcia. W ich zachowaniu nie było grama znużenia – wprost przeciwnie, apetyt rósł i zaostrzał się. Gdy kolejne załogi zjeżdżały z rampy bokiem, a auta prześcigały się w strzałach z wydechu, trudno było mówić o trzymaniu emocji na wodzy.

Start honorowy w Polanicy-Zdroju.

Piątek na pełnej prędkości

Właściwe ściganie otworzyły dwa odcinki specjalne w Radkowie, które połączyły miejskie fragmenty z bardziej krajobrazowymi partiami tras, wzbogaconymi dodatkowo o szutrowe sekcje. Stali bywalcy imprez mogli rozpoznać fragmenty dróg znanych jeszcze z czasów Tarmac Masters, tym razem jednak odcinek poprowadzono w nieco zmienionym kierunku. Choć zawodnicy zarzekali się często, że będą jechać dla zabawy i dla kibiców, najczęściej już w chwili odliczania do startu przechodzili w tryb walki. Mało kto kusił się od razu na spektakularne „bączki” pod publikę – w pierwszych sekcjach loty bokiem były raczej efektem brawury i nierozgrzanych opon niż zaplanowanej strategii. Z czasem jednak kierowcy rozkręcali się, dosłownie i w przenośni. Niestety, niektóre pojazdy też się „rozkręcały”, sprawiając, że awarie uziemiały ścigających. Na szczęście wieczorem przyszedł czas na prawdziwy spektakl.

Polski Rajd Legend 2026

Hubert Laskowski podczas Super OS Kłodzko na Polskim Rajdzie Legend 2026.

Jeżeli ktoś nie był tam osobiście, trudno mu będzie uwierzyć, co działo się wokół trasy kłodzkiego superoesu. Tysiące ludzi. Transparenty. Race. Fajerwerki. Doping niosący się pomiędzy budynkami. Ludzie zajmowali miejsca długo przed rozpoczęciem odcinka – każdy chciał zobaczyć ten wyjątkowy pokaz, każdy chciał poczuć tę energię. A kiedy pojawiły się samochody, rozpoczęło się prawdziwe święto.

Możliwość zobaczenia na żywo dawnych samochodów WRC to coś, czego nie da się zastąpić transmisją internetową. Stać między przedwojennymi kamienicami i czuć w klatce piersiowej, jak pracują silniki, usłyszeć charakterystyczny gwizd i „wdech” turbosprężarki, wychwycić słodki zapach wysokooktanowego paliwa… To właśnie wtedy człowiek przypomina sobie, dlaczego pokochał rajdy.

Legendy, które nie zardzewiały

Równie mocno na wspomnienia zadziałał gościnny przejazd Marcusa Grönholma w Peugeocie 206 WRC. Fin przyjechał do Polanicy z dokładnie tym samochodem, którym budował swoją legendę w latach 2000-2002 – zdobył nim dwa tytuły mistrza świata i 30 zwycięstw w rundach WRC. To właśnie ten okres definiował jedne z najgłośniejszych pojedynków w historii rajdów: Grönholm kontra Colin McRae i jego Ford Focus RS WRC, Grönholm kontra Richard Burns w Subaru Imprezie WRC, wreszcie moment przełomowy, gdy Fin przerwał serię czterech kolejnych tytułów mistrzowskich Tommiego Mäkinena. Kiedy więc oglądało się znów mistrza za kierownicą srebrnego Peugeota, czuć było ducha historii.

Polski Rajd Legend 2026

Panowie poza rajdówkami – spokojni i skupieni. Na pierwszym planie Marek Suder i Patrick Snijers,

Nie inaczej jest w przypadku innego gościa specjalnego – Armina Schwarza, który wyjechał na trasy  w Toyocie Celice ST165. Pierwsza wielka GT-Four, od której zaczęła się późniejsza dominacja Toyoty w rajdach lat 90., już samym dźwiękiem i sylwetką wywołuje ciarki. Sam Schwarz, wieloletni kierowca fabryczny Toyoty i Mitsubishi, jest dziś żywym symbolem czasów, gdy na trasach ścigały się Celiki, Delty Integrale, Escorty Cosworth i pierwsze Imprezy. Tym razem w podróż wehikułem czasu zabrał… swojego syna, bo taki właśnie jest ten rajd, może i legendarny, ale też bardzo rodzinny.  Skoro zaś już o Imprezach mowa, to Bruno Thiry, startujący Subaru Imprezą, reprezentował pomost między Grupą A a nowoczesnym WRC: pięciokrotny podiumowiec mistrzostw świata i mistrz Europy ERC 2003, wieloletni kierowca fabryczny Forda, Subaru i Skody, starał się z jednej strony trzymać emocje na wodzy, ale widać było tę dziecięcą radość. O Patricku Snijersie z kolei można pisać w kontekscie naszego Rajdu Legend już nie tylko jako o ambasadorze – on jest tu w zasadzie domownikiem, który wita pozostałych kolegów. On pierwszy zaufał organizatorom i uwierzył w to wydarzenie i za każdym razem, kiedy wyjeżdża na te OS-y, kibice pamiętają już nie tylko to, co robił w przeszłości, ale też cieszą się, że wraca co roku do Polanicy.

Polski Rajd Legend 2026

Który mamy rok? Dzięki Polskiemu Rajdowi Legend możemy śmiało powiedzieć, że najlepszy!

Łady – łajdaczki i mocarne Quattro

Szalejące na każdym fragmencie odcinka węgierskie Łady, nie tylko VFTS, przypomniały z kolei, że nie wszędzie klasyczne rajdówki ustąpiły miejsca Subaru czy Mitsubishi. Na Węgrzech kultura ścigania się „Łajdaczkami” nigdy nie zanikła – powstała tam wręcz osobna subkultura zawodników i warsztatów, które te samochody budują, odtwarzają i rozwijają. W ten sposób Węgrzy dziś należą do najlepszych specjalistów od tej marki w Europie. Dla węgierskich kibiców, których w Polanicy było w tym roku wyjątkowo dużo, te samochody są częścią narodowej tradycji. I trzeba przyznać, że każda z załóg pokazała, jak należy używać napędu na tył.

Polski Rajd Legend 2026

Łady bezapelacyjnie podbiły serca kibiców.

Nie mniejsze widowisko zafundowali też ulubieńcy publiczności, łotewscy bracia Velme w swoim spektakularnym Audi quattro. Ivars (kierowca) i Andris (pilot) fascynacją Grupą B zarazili się jeszcze jako nastolatkowie – oglądali kasety VHS z rajdami, grali w kultowe samochodówki i marzyli o jeździe Audi S1 E2. Marzenie było na tyle silne, że po latach postanowili takie auto po prostu zbudować. Ich Audi Sport quattro S1 E2 powstawało około trzech lat w oparciu o historyczną dokumentację FIA z lat 80. i dziś może pochwalić się mocą 500 KM przy masie rzędu 1250 kg, przyspieszając do setki w mniej niż 3 sekundy. Sam Ivars przyznawał kiedyś, że Audi wymaga agresywnego stylu i „wrzucania” go w zakręt, ale właśnie za to pokochali je Polacy i witali braci Łotyszy owacjami na stojąco i okrzykami podziwu.

Polski Rajd Legend 2026

Bracia Velme potrafią okiełznać demona drzemiącego w quattro.

Gromkimi brawami i gorącym dopingiem, oraz prawdziwie płomienną oprawą witany był też nasz mistrz, Kajetan Kajetanowicz. Jadąc w Citroenie C3 WRC, potężnej maszynie z zupełnie innej epoki, bliższej tym rajdówkom, które obecnie szaleją na światowych rajdach, starał się włączać elementy efektywnej jazdy pod kibiców, ale sam dobrze wiedział, że jego wóz najbardziej na świecie kocha prędkość, a nie loty bokiem. Mimo wszystko coś się tam zawsze udało pokręcić, może nie tak dużo, jak oczekiwaliby najwięksi miłośnicy sztuki driftu, ale wciąż było to imponujące przeżycie.

Polski Rajd Legend 2026

„Jestem szybkością.” Kajto z Maciejem Szczepaniakiem i ich C3 WRC w kosmicznym oklejeniu triumfowali w generalce Polskiego Rajdu Legend 2026.

Lokalny patriotyzm – siła i piękno Rajdu Legend

Załogi związane z ziemią kłodzką, czy szerzej po prostu z tą częścią Dolnego Śląska mogły liczyć na absolutnie wyjątkowy doping. Każdy ich przejazd wywoływał eksplozję okrzyków, gwizdów i braw – widać było, jak bardzo mieszkańcy identyfikują się z tym rajdem i jak są dumni z zawodników reprezentujących region. Bartosza Pawarskiego i Kamila Kuklewskiego fetowano niczym mistrzów świata – i patrząc na końcowe wyniki, trudno się temu dziwić. Ekipa BSK Tech w Mitsubishi Lancerze Evo IX przez cały rajd prezentowali bardzo wysokie tempo, szczególnie na szybkich partiach odcinków specjalnych. Załoga do końca walczyła o czołowe lokaty w jednej z najmocniej obsadzonych kategorii, kończąc zmagania na trzecim miejscu w klasie i piątym w klasyfikacji generalnej.

Polski Rajd Legend 2026Warto też zauważyć piękne przejazdy Subaru prowadzonego przez Marcina Mizgałę z Jakubem Sawińskim na prawym fotelu – witane fajerwerkami i fanfarami… Aż szkoda, że awaria wykluczyła załogę z walki o czas. Awaria pokonała też duet Andrzeja Janeczko i Agnieszki Dyndewicz jadących znaną i lubianą repliką Peugeota 206 WRC Krzysztofa Hołowczyca i Macieja Wisławskiego.

Polski Rajd Legend 2026Agnieszka Szmidt, kolejna reprezentantka ziemi kłodzkiej, pojawiła się z kolei tym razem – wyjątkowo – za kierownicą pięknej Skody 130 RS. Nie był to może najszybszy samochód w stawce, ale z pewnością jeden z najbardziej stylowych. W świecie, w którym liczą się ułamki sekund i kolejne konie mechaniczne, jej pojazd przypominał, że rajdy to także pasja do motoryzacyjnych klasyków. Ostatecznie to właśnie Agnieszka pilotowana przez Łukasza Szweda wygrała w klasie A1 z załogą Katarzyna Uszok-Adamczyk/Piotr Rusin w Trabancie P 601 R.

Polski Rajd Legend 2026

Piękny widok.

Damy z maluchami

Trudno powiedzieć, by na liście startowej PRL działały parytety, ale kobiet i tak było sporo. Gościliśmy m.in. reprezentantkę starej szkoły z Niemiec, Tanję Zingelmann-Hartjen, która po latach zrealizowała swoje młodzieńcze marzenie i startuje w rajdach historycznych swoim ulubionym Escortem. Ze Słowacji przyjechała z kolei żywiołowa Michaela Dorčíková, która do rajdów przeszła z wyścigów torowych, a na polskiej imprezie wjeżdżała się w Celikę GT-Four. Z kolei Gosia Prus powróciła do Polanicy za kółkiem Subaru – i trzymam kciuki, aby można ją było częściej oglądać na rajdach właśnie w tym aucie. Nie sposób też nie zauważyć ekipy, która zdecydowanie przyciągała uwagę – mam tu na myśli Ladies Rally Team.

Polski Rajd Legend 2026

Dziewięć takich Maluszków, a w każdym po dwie damy. Oto Ladies Rally Team na Polskim Rajdzie Legend 2026. W samochodzie na zdjęciu: Karolina Ptaszek i Gabriela Dziedzic.

Panie nie mogły wymarzyć sobie lepszego zespołowego debiutu w świecie rajdów historycznych. Osiemnaście kobiet w dziewięciu Maluchach walczyło dzielnie nie tylko o sekundy, ale też o kilometry rajdowego doświadczenia, a widok całej floty Fiatów 126p wzbudzał niemałą radość wśród kibiców. A co najważniejsze, osiem z dziewięciu załóg ukończyło ten rajd, co wcale nie jest takie oczywiste. Jednego Fiata dopadła awaria.

Epickie powroty, piękne historie

Trasy okazały się bezlitosne dla sprzętu. Nie oszczędzały skrzyń biegów, półosi, napędów ani zawieszeń. Były dachowania, były spotkania z żywopłotami, oranie schodków i koszenie trawników. Były awarie i nerwowe naprawy prowadzone do późnych godzin nocnych. Nie brakowało ducha sportowej przyjaźni, często ponad podziałami językowymi. W parku maszyn pewne sprawy są uniwersalne – przynajmniej na tak wspaniałej imprezie jak Polski Rajd Legend.

Polski Rajd Legend 2026

Ten „Kant” rządził na całym rajdzie.

Dzięki współpracy i wsparciu na kolejnych odcinkach wracali na koła ci, których ściągano wcześniej na linie albo na lawecie. Zresztą rytm rajdu przypomina hollywoodzką produkcję, nie brak tu także prawdziwie epickich kulis.

Jedną z takich zakulisowych historii napisała załoga Palinka Rally Team. Paweł Sitek, założyciel, kierowca i spiritus movens zespołu, może pochwalić się imponującym dorobkiem: jest drugim wicemistrzem Polski HRSMP 2024 w kategorii Historic Open -2000, mistrzem Rajdowych Mistrzostw Południa 2023 w klasie Classic oraz mistrzem cyklu Tarmac Masters 2022 w klasie TM3. Nawet największe sukcesy nie przygotowały jednak zespołu na to, co wydarzyło się podczas Rajdu Wikinga 2025. Załoga pojawiła się tam gościnnie, chcąc sprawdzić świeżo przygotowany silnik. Zamiast radości z udanych testów przyszło brutalne zderzenie z rajdową rzeczywistością – na jednym z odcinków Łada przy dużej prędkości opuściła trasę i wykonała widowiskową, ale niezwykle kosztowną rolkę. Załodze na szczęście nic się nie stało, samochód został jednak doszczętnie zdemolowany.

To był początek prawdziwej walki. Karoseria wymagała gruntownej odbudowy, perspektywa kolejnych startów stanęła pod znakiem zapytania, a finansowanie zespołu od lat spoczywało głównie na barkach samego Sitka. Jakby tego było mało, podczas ratowania rozbitego samochodu wichura zniszczyła także namiot serwisowy. Gdyby ktoś napisał taki scenariusz do filmu, uznano by go za mało prawdopodobny.

A jednak historia nie skończyła się na lawecie. Ładę udało się odbudować dzięki setkom godzin pracy oraz wsparciu partnerów, kibiców i przyjaciół zespołu. Wróciła dokładnie tam, gdzie jej miejsce – na odcinki specjalne Polskiego Rajdu Legend. I jak na prawdziwą rajdową opowieść przystało, zakończenie okazało się bajkowe: Palinka Rally Team nie tylko dotarł do mety, ale wygrał klasę H1. Łada, która jeszcze kilka miesięcy wcześniej wyglądała jak kandydatka na dawcę części, triumfowała, a panowie nie omieszkali kręcić bączków radości tam, gdzie się dało.

Gorączka sobotnich lotów

Sobotnie odcinki w Zieleńcu i Polanicy-Zdroju były już absolutnym szaleństwem. Prędkość, szuter, asfalt i emocje zmieszały się w proporcjach idealnych. Pobocza były systematycznie przystrzygane przez kolejne samochody, opony zostawiały autografy na nawierzchni, gardła kibiców odmawiały posłuszeństwa, a kurz unosił się nad trasami jeszcze długo po przejeździe ostatnich załóg. Leszek Kuzaj leciał jak na skrzydłach. Z perspektywy kibiców, zwłaszcza na takich odcinkach jak Zieleniec, to było jeżdżenie na limicie. Z perspektywy samego Kuzaja? Pewnie była to po prostu jazda „po kuzajowemu”. Takie tempo budziło podziw, ale też i wzruszenie, zwłaszcza że powrót Kuziego do ścigania już na zawsze kojarzyć się będzie chyba właśnie z Rajdem Legend i staraniami, które podjęły takie ekipy jak „Kochamy Rajdy”.

Adam Sroka z kolei tak kręcił, że ukręcił – zgubić koło w taki sposób to jak zdobyć złoty medal. Trzeba przyznać jednak, że jechał przy tym pięknie, a mimo dramatu wywiózł z rajdu drugi najlepszy czas.

Może w tej sytuacji za rok dla załóg w Skodach trzeba otworzyć pas startowy zamiast placu? Zwłaszcza że aż chciałoby się zobaczyć więcej przelotów Huberta Laskowskiego w Skodzie z sercem Subaru, zwłaszcza że ten młody zawodnik należy do ekipy „dobrych dusz”, dzięki którym ten rajd jest właśnie taki.  A skoro już otwieramy biuro odlotów, to pięknie latała też załoga Paweł Grzywacz/Sebastian Lenkowski. Ich Subaru Impreza nie należało do najmocniejszych samochodów stawki, ale na hopach wyglądało jak stworzone do zdobywania przestworzy – każdy przejazd był obietnicą czegoś wyjątkowego, a kibice szybko nauczyli się wypatrywać charakterystycznej sylwetki Imprezy.

Polski Rajd Legend 2026

Głośno i spektakularnie – to znak rozpoznawczy Jarząbka.

Nie brakowało także fanów francuskich wojowników, takich jak Renault Clio S1600. Te niewielkie, ale bardzo zwinne auta dwie dekady temu we wprawnych rękach potrafiły triumfować na niejednej trasie. Nic więc dziwnego, że gdy ponownie za ich sterami zobaczyliśmy takich kierowców jak Sebastian Frycz czy Michał Kościuszko, te małe przecinaki mknęły widowiskowo. Dla Frycza był to powrót do samochodu, którym przed laty zdobywał tytuły w mistrzostwach Polski i wygrywał Rajd Rzeszowski – stając się wówczas najmłodszym zwycięzcą rundy RSMP w historii. Kościuszko natomiast wsiadł do rajdówki, którą wywalczył sobie przed laty międzynarodową karierę w JWRC.

Każdy inny, wszyscy wspaniali

Obok gwiazd pierwszego planu i absolutnych klasyków ścigania, na liście startowej znalazło się kilkanaście samochodów, które dla prawdziwych miłośników motoryzacji stanowiły równie wielką atrakcję. Fiński kierowca i przedsiębiorca Matias Henkola przyjechał do Polanicy jednym z najbardziej szalonych Audi quattro w Europie – ekstremalnie zaawansowaną ewolucją Audi Sport quattro S1 E2, rozwijającą w konfiguracji rajdowej około 800 KM (a przy maksymalnym doładowaniu nawet blisko 1000 KM). Ciekawostką jest paliwo: Henkola od lat promuje ideę bardziej zrównoważonych rajdów, a jego Audi jeździ na odnawialnych paliwach syntetycznych i biopaliwach o bardzo niskim śladzie węglowym. Wizualnie i dźwiękowo to jedno z najbardziej brutalnych aut Grupy B, jakie można sobie wyobrazić – a jednocześnie przykład na to, że nawet ekstremalny motorsport może funkcjonować bez klasycznej benzyny wyścigowej.

Polski Rajd Legend 2026

Saku Salmivaara w Fordzie Escorcie Mk2 pokazał z kolei wszystko to, co od dekad kojarzy się z fińską szkołą rajdową: odwagę, lekkość prowadzenia i imponujące wyczucie samochodu. Escort Mk2 zajmuje w rajdowej historii szczególne miejsce – to właśnie tym modelem triumfowali mistrzowie przełomu lat 70. i 80., a dla wielu fińskich kierowców był fundamentem późniejszych sukcesów. Salmivaara prowadził go dokładnie tak, jak należało: agresywnie, widowiskowo i z ogromnym szacunkiem dla rajdowej tradycji. Ależ on pięknie tańczył w zakrętach, jak on pożerał kilometry tras – to była czysta poezja.

Wśród zagranicznych gwiazd szczególną sympatię kibiców wzbudzał także Frank Kelly. Irlandczyk od lat uchodzi za jednego z najbardziej widowiskowych kierowców rajdów historycznych, a jego słynny „Baby Blue” Ford Escort Mk2 stał się rozpoznawalny daleko poza Wyspami Brytyjskimi. Do Polanicy Frank przyjechał ze swoją córką, Lauren, tworząc jeden z najbardziej rodzinnych i zarazem najbardziej lubianych (i zwariowanych) duetów całej imprezy. Szli bokiem tam, gdzie tylko się dało, a kibice odwzajemniali im się równie entuzjastycznym dopingiem. A kiedy się dało, to zapraszali do wspólnych zdjęć, rozmów i uścisków.

Wśród najstarszych i najbardziej charakterystycznych konstrukcji stawki wyróżniał się Saab 96 V4 Pawła Hoffmana – czarny „dżentelmen” z silnikiem V4 i napędem na przednią oś, który nie imponuje osiągami, ale ma w sobie autentyczność, jakiej nie da się podrobić; to właśnie takim modelem Saab budował swoją rajdową legendę w latach sześćdziesiątych. Może Hoffmann nie postawił go na dachu, niczym legenda szwedzkiego ścigania, Carlsson, ale postanowił wykarczować kilka drzew… A Saab dalej jechał.

Równie wyjątkowy był Trabant P 601 R Katarzyny Uszok-Adamczyk i Piotra Rusina – na pierwszy rzut oka niepozorny, wręcz budzący uśmiech, w rzeczywistości symbol motorsportu za żelazną kurtyną. Sama zawodniczka doskonale wpisuje się w klimat imprezy – pierwsze sportowe doświadczenia zdobywała w górskich realiach Beskidów i okolic Wisły, a dziś przypomina, że rajdy zawsze były sportem ludzi z pasją.

Polski Rajd Legend 2026

W stawce nie zabrakło też Porsche. 911 SC 3.0 Piotra Zaleskiego i Piotra Szadkowskiego to samochód o niemal mitycznym statusie – umieszczony za tylną osią silnik, charakterystyczna sylwetka i niepowtarzalny dźwięk sprawiają, że sam jego widok na odcinku specjalnym jest wydarzeniem. Załoga udowodniła to nie tylko widowiskiem – to właśnie ona wygrała klasę A4. Jeszcze większą rzadkością było Porsche 924 Turbo Mária Krajčiego – model przez lata pozostający w cieniu słynnej „jedenastki”, dziś rzadko spotykany na trasach rajdów historycznych. O ile 911 kojarzy się z sukcesami i sportową chwałą marki, o tyle 924 Turbo przypomina okres odważnych eksperymentów Porsche — czy udanych? Kibice do dziś się spierają.

Renault Mégane Maxi Arkadiusza Kuli i Krzysztofa Niedbały to jedna z największych niespodzianek technicznych rajdu. Mégane Maxi było prawdziwym potworem ery Kit Car – auta tej klasy ważyły mniej niż tonę i rozwijały niemal 300 KM. Mimo napędu tylko na przednią oś, na asfalcie potrafiły walczyć z autami WRC, a nawet je pokonywać. W Polanicy załoga odpierała ataki między innymi Łady VFTS Zsolta Karsaia w klasie K2. Subaru Legacy RS Marcina Majchera i Mateusza Adamskiego to z kolei rarytas dla fanów historii Subaru – rajdowy poprzednik Imprezy, dziś znacznie rzadszy na trasach niż późniejsze „niebieskie potwory”. Załoga nie tylko przypomniała tę historię widowiskiem, ale i wygrała klasę B5 4×4.

Polski Rajd Legend 2026

Osobną historię niosła Lancia Delta Integrale w barwach Repsol Ireneusza Tobiaszewicza i Szymona Matulki, znana dziś wśród kibiców pod imieniem „Fenix” – i trudno o bardziej trafny przydomek. Samochód kilka lat temu niemal doszczętnie spłonął podczas pożaru garażu; wydawało się, że jedna z najbardziej charakterystycznych Delt w kraju bezpowrotnie zniknęła z rajdowych tras. Stało się jednak inaczej. Po długiej, wymagającej odbudowie samochód wrócił do życia, a na odcinki specjalne wjechał w ubiegłym roku, stając się symbolem determinacji właściciela i miłości do motorsportu. Obok „Feniksa” kibice mogli oglądać także inne wcielenia rajdowej legendy: Kazimierz Kałużny i Wojciech Tomalik zaprezentowali Deltę w historycznych barwach Martini, a Andrzej Szczepaniak i Oktawian Ostrowicz pojawili się w biało-zielonej Delcie Giesse. Razem stworzyły niezwykle rzadki dziś widok kilku Integrale zgromadzonych podczas jednej imprezy.

Święto dla wszystkich

Muszę przyznać, że może nie zawsze i nie każdy kierowca prowadził swoje auto tak, jak marzyło się kibicom, ale te niemal 140 załóg choćby samą obecnością i swoim entuzjazmem rozpieszczały fanów motoryzacji. W zasadzie to wszyscy potrzebowaliśmy poczuć się tak bardzo „zaopiekowani”. Kierowcy dostali doping nie z tej ziemi i dzikie, rozradowane tłumy na trasach.  Strefy kibica były ogromne, dostęp do odcinków bezpłatny, pola kempingowe przygotowane wzorowo – na przyjezdnych czekało nawet drewno na ogniska.

W każdym detalu było widać troskę  i szacunek. Wśród publiczności coraz częściej słychać było języki inne niż polski. Czesi i Niemcy od dawna są stałymi gośćmi tej imprezy, ale w tym roku wyraźnie zaznaczyli swoją obecność także Węgrzy, którzy gorąco dopingowali swoich zawodników. I trudno się dziwić – Polski Rajd Legend przestaje być wydarzeniem regionalnym. Coraz wyraźniej staje się imprezą o międzynarodowym znaczeniu.

Ludzie, dzięki którym to możliwe

Na koniec warto wspomnieć o tych, bez których ten rajd nie wyglądałby tak, jak wygląda. Ogromną rolę odgrywa kolekcja Marka Sudera, dzięki której kibice mogą oglądać wiele samochodów, które jeszcze niedawno zdawały się należeć wyłącznie do świata archiwalnych zdjęć i wspomnień. Trudno też przecenić wkład NAC Racing i Pawła Molgo – to właśnie dzięki ich zaangażowaniu, kontaktom i determinacji do Polanicy trafiają kolejne wielkie nazwiska światowych rajdów.

Obejmując swoim patronatem i stając się sponsorem tytularnym wydarzenia, Paweł w zasadzie przypieczętował swoją rolę jako jednego z ojców chrzestnych.  Dodam, że na konferencji prasowej w Polanicy zdradził, że jego kolekcja samochodów powiększyła się o dawne auto Pettera Solberga i powiedział, że w tej sytuacji także i samego Pettera możemy spodziewać się w Polsce niebawem. Trzymam za słowo (i liczę, że także jego żona, Pernilla, będzie mogła wystartować za kółkiem jakiegoś klasyka).

Dwa słowa o wynikach

Warto pamiętać, że najszybszy czas dnia (28:17,5) należał do gościa rajdu, Kajetana Kajetanowicza w Citroënie C3 WRC, który – podobnie jak drugi na mecie Adam Sroka – nie był klasyfikowany w generalce klas. Pierwszym realnie sklasyfikowanym zespołem byli Patrycjusz Grygo i Mariusz Kupiec (Subaru Impreza WRX STi), zwycięzcy najmocniej obsadzonej grupy D4, a trzeci w generalce. Jeśli jednak zapytalibyście kogokolwiek w sobotę wieczór na mecie w Polanicy o zwycięzców, usłyszelibyście, że w zasadzie czy to ważne? Najważniejsze były emocje, ożywione wspomnienia, miłość do motoryzacji i ryk silników.

Zdjęcia: Mariusz Szymczak Rally Visual

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy - dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to