Drodzy Czytelnicy, dziś pora na drugi wpis gościnny na łamach Petrolheart.pl. Za kierownicą klawiaturą: GratoWiedźma, czyli Dominika Węcławek – dziennikarka (m.in. Machina, Przekrój, Newsweek, Polityka), autorka książek, opowiadań i komiksów, współautorka „Encyklopedii polskiego hip-hopu”… i jeszcze o wiele więcej. Oddajemy Dominice WordPressa i zapraszamy Was do lektury.
Nurt #safariallthecars może wydawać się działaniem wbrew zdrowemu rozsądkowi, modzie i niekiedy także na pohybel ekonomicznej jeździe, a jednak w mojej ocenie ma mnóstwo sensu i przynosi wiele radości.
Niedawno redaktor Julian Wach świetnie wypunktował tu wyzwania związane z przyglebianiem samochodów. Rozpisał to Wam elegancko dołączając solidny wykład o przenoszeniu środka ciężkości, kinematyce i tak dalej. Wyjaśnijmy więc sobie od razu, że nie zamierzam robić podobnego wykładu z fizyki i mechaniki. Nie chcę też odbierać frajdy redaktorowi Kosiorkowi w przygotowaniu cyklu pt. „500 sposobów na safaryzację auta: lift miękki, twardy i al dente”, poza tym o typach liftów można pisać książki.
Zamierzam Was tu chwilę po prostu poewangelizować, wychodząc z założenia, że podnoszenie każdego samochodu to najlepsze, co, możecie zrobić, jeśli wasza fura nie służy do jazdy torowej, wyścigowej i udziału w różnych ligach driftingowych.
Nurt #safariallthecars polega z grubsza na tym, żeby uterenowić każde auto. KAŻDE.
Od wyglądającego jak gotowa baza na terenówkę starego Volvo kombi, po Tico waszego sąsiada i tamto bonusowe Porsche 911 GT2 z NFS: Undercover. Tak. Bierzecie dowolną osobówkę i hop! W górę! Wiem, że brzmi to szalenie i wbrew wszelkim trendom wśród domorosłych pasjonatów przerabiania aut, ale na tym właśnie polega zabawa.
Po co w ogóle liftować?
No właśnie, dla mnie w nurcie #safariallthecars chodzi przede wszystkim o przywrócenie frajdy w motoryzacji. Sami widzicie, ktoś zabrał „f” z tego słowa i teraz trzeba kupować dokładki, dystanse, inne sprężyny i amortyzatory, żeby sobie poszaleć. Nie chcę się teraz z wami bawić w lekcję historii motoryzacji, ale po prostu kiedyś każde auto miało godność i prześwit, który pozwalał przemierzać nim pola dawno zapomnianych bitew w drodze na targowisko. Weźmy takie auto ostateczne jak Citroen 2CV. Pojedziesz tym zarówno do kościoła w górach, do najbliższej saharyjskiej oazy na rubieżach Maghrebu, na posterunek Policji w Marsylii i na koniec tamtego pola po styrtę siana. A jak dobrze przetniesz wzdłuż, to wyjdzie z tego najwspanialszy plażowóz świata, czyli Mehari, którym z kolei możesz nawet przewieźć rusznicę przeciwpancerną przez bezdroża Kandaharu.
A zrobisz to samo współczesną osobówką? No właśnie. Dumaj, drogi Czytelniku, ale obydwoje dobrze wiemy, że nawet przeciętny SUV w bazowej wersji z najtańszym ogumieniem jest dziś jakiś taki krawężnikosceptyczny. Owszem, są wspaniałe auta typu tamto urocze quattro, które zimą wyciągało ciągnik siodłowy ze śniegu, ale jeśli go nie zliftujesz, to te cztery koła napędzane sprytem i geniuszem niemieckich inżynierów (oraz jakimś zduszonym komputerowo silnikiem) nie pokażą pełni potencjału.
Tymczasem kilka prostych ruchów podnoszących dowolną osobówke w górę sprawi, że nawet najbardziej dziurawa ulica w twojej okolicy nie będzie ci straszna, a szutrowe, czy polne drogi zaczną zapraszać cię do eksploracji mniej uczęszczanych szlaków.

fot. 911r, BringaTrailer.com
No dobra, ale czy takie podniesione auto nadaje się w teren?
Każde auto nadaje się w teren jeśli jesteście wystarczająco odważni – to ostatnie słowa człowieka, który idąc przez bagno w stronę horyzontu, na którym majaczy traktor szukał w ogłoszeniach internetowych najtańszej oferty pod hasłem „miska olejowa”. Z oddali wolał go gość, który nie miał zasięgu ale prosił o sprawdzenie cen sprzęgła. Nie będę powtarzać tego przysłowia, że im lepszą masz terenówkę, tym dalej idziesz po traktor, ale przyznam, że jeżeli chodzi o zliftowane auta, najłatwiej powiedzieć „to zależy”. Znam ludzi, którzy z radością przemierzają takimi samodzielnie podnoszonymi pojazdami najdalsze zakątki Eurazji, ludzi, którzy bardzo chętnie wybierają się nimi w mroczne ostępy Bieszczad i takich, którzy mają już wykupiony abonament na posty w grupach typu „wklejka”. Każde auto ma swoją specyfikę. Każdy lift, zwłaszcza jeśli robimy go sami, bywa inny. Dlatego zabawa jest taka wspaniała. Jeśli masz cudowne małe, lekkie autko, to w zasadzie twoim limitem jest wyobraźnia, lub najostrzejszy z ukrytych na szlaku kamieni.
Sama z sentymentem i rozrzewnieniem patrzę na fabryczne wybryki takie jak stara Pandzina 4×4, czy Golf Country Syncro. To ideał aut do zabawy w mieście i na wsi, no ale przecież najlepszy ubaw jest nie wtedy, kiedy weźmiemy na safari gotowca, tylko sami coś zepsujemy i z dumą patrzymy na te piękną katastrofę, jaką na siebie ściągnęliśmy tym pomysłem.
Do dziś też nie zapomnę swojego najdurniejszego pomysłu, jakim było wbicie się w najbardziej rozmokłą część górskiej łąki i bezcelowa walka, w której moje zliftowane kombi RWD pokazało całą absurdalność pomysłu na podnoszenie go – pozwoliło mi dotrzeć aż do tego miejsca, a następnie zakopać tylne koła, niosące lekki i wypełniony na tamten czas powietrzem potężny bagażnik, oraz solidnie zakotwiczyć w miękkiej ziemi dziób z nieruchomą przednią osią dociskaną cholernie ciężkim, 2,4-litrowym silnikiem Diesla. W Lany Poniedziałek. Tuż przed rodzinnym obiadem. NIE ŻAŁUJĘ NICZEGO, ale teraz zrobiłabym to już inaczej.
Czyli są jakieś wady safariallthecars?
No jasne, że są. Pierwszą z nich jest właśnie to, że najczęściej mamy pseudoterenowe auto w zasadzie bez rozwiązań terenówki. Wydaje nam się, że podnosząc pudło naszego rydwanu staliśmy się sułtanami off-roadu, a tak naprawdę jesteśmy po prostu szaleni wpychając się tam, gdzie przyda się jednak napęd na 4 koła, reduktor i inne takie duperszwance. Oczywiście podnoszenie AWD, Syncro, quattro, czy – wymieniając już z imienia i nazwiska – takiej małej, dzikiej Corsy 4×4 turbo ma więcej sensu, niż podnoszenie Skody Favorit, ale nie ma policji liftowej, która powstrzymała kiedykolwiek, kogokolwiek przed jakimkolwiek szalonym pomysłem na podniesienie.
Drugą wadą jest pewne niedostosowanie, bo gdyby producenci chcieli, żeby pewne elementy auta były wyżej, to by to zrobili, nie? Otóż niekoniecznie, natomiast musicie wiedzieć, że robiąc nieprzemyślany lift możecie na przykład doprowadzić do szybszego wyeksploatowania takich drobiazgów jak choćby skrzynia biegów (przy napędzie na przednią oś).
Trzecią wadą jest – no dobra, muszę to powiedzieć, mimo, że napisałam we wstępie, że nie będzie – przeniesienie środka ciężkości. Może to oznaczać, że auto przestanie się tak fajnie trzymać drogi, zacznie być podatne na wychyły i o ile nie brzmi to źle jeśli lubicie szanty i dobrze znosicie choroby morskie, to przy pewnej dozie braku szczęścia i umiejętności możecie znacznie łatwiej zaliczyć jakieś intensywne dachowanko. A to nie są już takie wesołe sprawy.

fot. DSFM2005, BringaTrailer.com
Czwartą wadą bywa spalanie. Ono wzrasta. No bo wiecie – cała buda idzie w górę, więc wszystkie misterne obliczenia producenta aby jakoś tam okiełznać współczynnik Cx idą w las razem z Wami i Waszym autem w stylu safari. Przypominam jednak, że robimy lifty nie po to, żeby zaoszczędzić na tankowaniu, tylko żeby mieć frajdę, robić rzeczy głupie i bezsensowne jednocześnie nie zagrażając życiu innych i nie sprowadzając jakiegoś dramatycznego zagrożenia w ruchu lądowym. Jedni wydają cały hajs na narkotyki, inni przepuszczają go na radę rodziców i gwasze, a wy macie po prostu podniesione auto.
Powiem Wam jeszcze z własnego doświadczenia, że nie ma co też dramatyzować, bo nawet stare, zliftowane kombi w dieslu z automatem, załadowane po dach, wiozące cztery osoby dorosłe i dziecko, mogło osiągnąć w trasie spalanie w granicach 7,6 l/100 km.
Piąta wadą jest nieumiarkowanie. No bo jak się już zrobiło takie safarnięcie, to przecież warto dołożyć jakieś inne pierdolety. Reflektory do lepszego doświetlania bezdroży, może nawet jakieś orurowanie, żeby to było jakieś. Wyciągarkę, no bo ile można walczyć z pasami transportowymi i grzechotką? Może do tego jeszcze bagażnik dachowy. Nie wspominałam jeszcze nawet o oponach, prawda? A jakieś fajne A/T by wypadało zamówić. Co najmniej 5, bo przecież fabryczny zapas nie wystarczy.
Nie oszukujmy się jednak – zliftujesz czy nie zliftujesz, wydatki i tak będą
Natomiast dzięki temu, że masz auto podniesione wymianę dowolnego elementu, który nie jest częścią zawieszenia, zrobisz bez podnośnika. Wygodna pałatka i cyk. Zaufaj mi, byłam tam pewnego ciepłego wiosennego poranka wykręcając rozrusznik bez wyciągania lewarka z bagażnika.
I uwaga! Zalet jest o wiele więcej, bo wbrew pozorom #safariallthecars to także genialny pomysł dla mieszczuchów, zwłaszcza w Polsce. Pozwólcie, że wyliczę: wysokie krawężniki, wyrypane torowiska, koszmarne dziury w asfalcie, pozapadana kostka, dziwne wertepy na nieutwardzonych drogach dojazdowych, niespodziewane wykopy, progi zwalniające, kałuże głębokie jak Hańcza i rozległe niczym Bajkał, koleiny po traktorach, koleiny po ciężarówkach, koleiny po koleinach – wszystkie te przeszkody znikają niczym łzy w deszczu. Gwarantuję. A frajdy z jazdy takim autem nikt Wam nie zabierze.
Spodobał Ci się powyższy tekst? Sam też chciałbyś napisać coś na Petrolheart.pl? Nie ma sprawy! Napisz do nas na redakcja@petrolheart.pl lub na Facebooku, ustalimy co i jak – i a nuż niedługo pojawi się tutaj Twój artykuł?


