Samochody klasyczne to branża wymagająca wiedzy i pasji. Zajmuje się nimi m.in. Piotr Życzyński – kolekcjoner, właściciel House of Classics, a także współzałożyciel magazynu Classicauto, dzięki któremu mnóstwo osób – w tym i piszący te słowa – mocniej zainteresowało się klasykami. Przybliżamy postać Pana Piotra i temat old- i youngtimerów w wywiadzie. Przy okazji przekonacie się także, że miano „Tatromaniak” wcale nie musi dotyczyć fanów górskich wędrówek i może kojarzyć się z czymś równie przyjemnym – z motoryzacją. Zapraszamy!
Piotr Szary, Petrolheart.pl: Czy jest Pan zdania, że samochody mają duszę? A jeśli tak, to czy mają ją wszystkie auta bez wyjątku?
Piotr Życzyński: Tak. Wszystkie mają duszę. Bez wyjątku. Nawet Tico i Matiz, którego nie cierpię.
Jaki był Pana pierwszy samochód?
W 1991 roku stałem się szczęśliwym posiadaczem Trabanta 601 z 1971 roku. To był czas, kiedy tego typu auta przekształciły się z nieosiągalnego marzenia w nic niewarty złom. Mój Trabant został kupiony za 1.500.000 zł (150 zł po denominacji) na złomie, bo wtedy ludzie jak chcieli się pozbyć starego wozu to oddawali go na złom, z którego można go było odkupić w całości lub w częściach. Miałem wtedy 11 lat i wspaniałych rodziców, którzy mi umożliwili zakup auta, co było niezrozumiałe dla mojego otoczenia. Już wtedy co prawda pragnąłem mieć Trabanta 600, ale niestety nie było nic na sprzedaż. Czas na pierwszą 600-tkę nastąpił rok czy dwa później. Egzemplarz, który mam do dziś kupiłem po zdaniu matury w 1998 roku. Jest przepiękny, oryginalny, a na liczniku widnieje 55.000 km.
Czy ktoś w Pana rodzinie interesował się motoryzacją i „zaszczepił” w panu fascynację samochodami?
Wujek ze Szwajcarii pokazywał mi fajną motoryzację raz do roku. Peugeot 205 1.6 GTI, BMW E12 528i, Renault 25 Ph1 V6 – to dla mnie wozy sentymentalne, bo „wujek takiego miał”. Pobyty w Szwajcarii w latach 80. bardzo mnie inspirowały i do dziś mam słabość do aut, które wtedy widziałem jako dziecko. Renault Alpine, Opel Senator 3.0 24V CD, Lancia Thema 8.32, Opel GT to powiew szwajcarskiego luksusu. Oczywiście warszawskie osiedla lat 80. i 90. oraz książki Zdzisława Podbielskiego także mnie ukształtowały. Finalnie zakochałem się w marce Tatra…
Czym jeździ Pan obecnie na co dzień – o ile jest taki samochód? Czymś współczesnym? A może właśnie Tatrą?
Nie posiadam współczesnego auta. Moja kolekcja liczy od 10 do ponad 20 klasyków w zależności od dnia tygodnia, zatem zawsze jest coś czym mogę jeździć. W ostatnim roku sporo jeździłem Lancią Themą 8.32 by Ferrari z 1988 roku, a w zimie przesiadłem się do Renault Megane Coupe Ph1 z 1996 roku. Zawsze staram się eksperymentować, szczególnie na zimę, gdzie moim celem jest zakup auta unikatowego, co najmniej 25 letniego i do kwoty 20-30.000 zł. Po zimie go sprzedaję i tak co roku. Fajna zabawa.
Czego słucha Pan za kierownicą? Czy ma na to wpływ to, którym samochodem akurat się Pan porusza?
Jestem urodzonym diagnostą, tak więc przede wszystkim dźwięku silnika. Jak lecę w trasę, to słucham audiobooków i podcastów. Na niemieckiej autostradzie słucham electro, a jak jadę Cadillakiem z 1949 roku to Milesa Davisa. 😉
Który z klasyków lub youngtimerów z którymi miał Pan do czynienia najlepiej nadawałby się w Pańskim odczuciu do codziennej eksploatacji bez większych wyrzeczeń?
Każdy, który jest w bardzo dobrym stanie i ma odpowiedni zapas mocy spełnia wymogi bycia „daily”. W 2022 roku nie miałem jeszcze Lancii i pół roku przejeździłem Renault 16 o mocy 54 KM. Choć moc nie powalała, to była naprawdę wystarczająca do sympatycznego podróżowania. Prawda jest taka, że jedyne wyrzeczenie, które trzeba zaakceptować to brak klimatyzacji. W Lancii mam, ale to youngtimer, a nie oldtimer.
A czy ma Pan jakieś niezrealizowane motoryzacyjne marzenia?
W miarę upływu czasu marzenia się zmieniają. Jeżeli jakieś marzenie zbyt długo jest nierealizowane, to zamienia się w inne. Tak było z Audi Quattro Sport oraz Lamborghini Countach. Nie lubię jeździć wozem o wartości domu, którego nie można ubezpieczyć. Nie jara mnie też wydawanie takich pieniędzy na auta, dlatego marzenia te zniknęły. Obecnie marzę, żeby mieć przez chwilę American LaFrance Speedster z 1918 roku – to taki wóz wyścigowy zbudowany na bazie wozu straży pożarnej z fantastycznym 14,5-litrowym motorem o 6 cylindrach. Drugim marzeniem jest Tatra 87, ale obecnie marzenie to przez cały czas się ode mnie oddala.
Na tzw. śmietniku historii wylądowało już wiele marek samochodów z różnych krajów. Której z nich najbardziej Panu szkoda i czy chciałby Pan, żeby ktoś zajął się jej „wskrzeszeniem”?
Tatra – dział pojazdów osobowych. Ta jedna z najstarszych marek samochodowych na świecie wyprodukowała ostatnie auto osobowe w 1999 roku. Ma potencjał do wskrzeszenia!
Jaki samochód najbardziej pozytywnie Pana zaskoczył (w stosunku do oczekiwań względem tego pojazdu), a jaki – najbardziej rozczarował?
Najbardziej zaskoczyło mnie to jak dobrze jeździ Tatra 613. Pierwszą sztukę kupiłem w 2005 roku za 3500 zł. W drodze powrotnej z Krakowa do Warszawy wskoczyłem na autostradę i ku mojemu zdziwieniu szybko osiągnąłem dopuszczalny limit obowiązujących przepisów, a na obrotomierzu nie było nawet 3000 obr/min. Odlot.
Chyba Trabant 600 najbardziej mnie rozczarował tym jak wolno jeździł jak go kupiłem. Jako dzieciak non stop podróżowałem nim w swojej wyobraźni. Potem zrobiłem prawo jazdy i nastąpił czas weryfikacji dziecięcych marzeń. Dobrze, że szybko na swojej drodze spotkałem dawnego mistrza, Włodka Pawluczuka, który szybko wzmocnił silnik w moim trampku i do dziś bez problemu osiąga 130 km/h zamiast pierwotnych 90…
Jakiego samochodu nigdy by Pan nie kupił?
Nie cierpię Daewoo Matiza i Tico, mam także obrzydzenie do niektórych radzieckich pojazdów, bo mi się źle kojarzą. Poza tym staram się na nic nie zamykać.
Przejdźmy do kwestii związanych z House of Classics. Obecnie jest to już jeden z najbardziej cenionych w kraju podmiotów zajmujących się handlem samochodami klasycznymi. Ale skąd decyzja o założeniu tej firmy? Czy wzięła się z młodzieńczego marzenia, czy może z suchego rachunku potencjalnych zysków i strat i ze stwierdzenia, że da się lepiej niż robią to inne firmy o podobnym profilu działalności?
Zawsze marzyłem o tym, aby posmakować wielu samochodów choćby przez chwilę. Kiedyś bardzo się z nimi zżywałem, ale przy moim emocjonalnym charakterze to była droga donikąd. W pewnym momencie trochę wyluzowałem, znalazłem dystans do ich awaryjności, zbudowałem flotę 7 klasyków i to był mój złoty środek. Zawsze któryś jeździł, zawsze któryś był w warsztacie.
Moja obecna firma jest kolejną ewolucją. Wybudowałem dom z olbrzymim garażem w jego bryle. Mieszkamy w nim z moją partnerką i synem. Samochody to część naszego życia tak samo jak zabytkowe przedmioty, którymi się otaczamy. Jeździmy zabytkowymi rowerami marki Flaming, zdarza nam się słuchać muzyki z radioli z 1960 roku. Moje dziecko jest otoczone nie tylko nowymi zabawkami, ale także tymi z lat 80. i 90.
W 2022 roku sprzedałem 30 klasyków, a w 2023 roku było to już 40 samochodów. Sam kupuję i sam sprzedaję. Współpracuję z firmami, które pomagają mi odpowiednio przygotować auta do sprzedaży. Najważniejsze jest to, aby każdy wóz mi się personalnie podobał, abym cieszył się z każdego zakupu, a wtedy satysfakcja ze sprzedaży będzie jeszcze większa. I nie chodzi tutaj tylko o pieniądze, ale o to że moje samochody podobają się także innym, a są to auta unikatowe, nie do końca oczywiste w naszym kraju.
Czy wyszukiwanie samochodów odpowiednich do zaoferowania w House of Classics zawsze polega na polowaniu na egzemplarze w najlepszym stanie, czy zdarza się też może zakup aut w słabszym stanie, ale w jeszcze ciekawszych wersjach, specyfikacjach (np. mocno limitowanych)? Czy zdarza się, że ktoś zwraca się do Państwa w pierwszej kolejności, bez wystawienia pojazdu gdziekolwiek w ogłoszeniu czy na aukcji?
Interesują mnie wyłącznie auta w bardzo dobrym stanie, w pełni sprawne. I tak zawsze jest coś do poprawienia i to zajmuje czas. Nie fascynuje mnie remontowanie, lecz historia danego auta, jego zapach, to jak jeździ i jak wygląda.
Kolor jak i wersja ma dla mnie olbrzymie znaczenie. Nie preferuję bazowych wersji z małymi przebiegami. To nie mój klimat. Moje podejście wynika z mojego doświadczenia – dotychczas miałem 600 klasyków i swoje utopiłem. Jedyne samochody, które mogę remontować to wozy niepowtarzalne, niezdobywalne w bardzo dobrym stanie. Auta marki Tatra to wozy których praktycznie nie da się kupić w książkowym stanie. Tak samo jest z podwoziami aut japońskich. Jak kupuję Lancera albo Subaru i nie muszę robić w nim podwozia, to idę na dobrego drinka. 😉
Skoro już jesteśmy przy temacie topienia: czy zdarzyło się kiedyś Panu stracić na jakimś samochodzie, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że będzie on dobrą inwestycją?
No pewnie! Na autach przestałem regularnie tracić od 2014/2015 roku – wtedy klasyki zaczęły cieszyć się większą popularnością, a ceny poszybowały w górę. W końcu była szansa na odzyskanie kasy utopionej w naprawach aut kupionych w stanie dobrym i doprowadzanych do stanu bardzo dobrego. Niestety sam zakup aut okazał się też mniej przystępny. Wraz z biegiem czasu oduczyłem się kupowania średniaków, bo auta w stanie bardzo dobrym również wymagają dopieszczenia i to zabiera sporo czasu i pieniędzy. Tak już jest z klasykami. Jeżeli chodzi o moje błędy decyzyjne, które powodowały straty? Popełniałem jeden błąd podczas zakupu. Nie panowałem nad emocjami i w konsekwencji coś przeoczałem. Zdarza mi się to do dziś, ale po prostu rzadziej z racji posiadanego doświadczenia.
Czy na ostatnich targach Retromobile coś Pana zaskoczyło czy raczej targi te dokładnie pokryły się z Pańskimi oczekiwaniami i trendami w branży?
Zaskoczyły mnie tym, że można mając Renault Fuego zrobić na jego bazie loterię, gdzie nagrodą główną jest właśnie ten samochód. Retromobile wyznacza pewne trendy, ale nic specjalnego w tym roku mnie nie urzekło. No może poza stoiskiem MG, które w rękach chińczyków dba o swoją historię i docenia wartość marki bardziej niż jej pierwotni właściciele. Na stoisku Renault też widać, że ta marka ma szansę wyprzedzić konkurencję o galaktykę najnowszym wcieleniem Renault 5.
A gdyby miał Pan wybrać ulubione targi klasyków – które by to były i dlaczego?
Jestem na większości targów. Retromobile otwiera oczy, Essen, Stuttgart – pokazują pewne trendy, a w Bolonii i Bremen można coś kupić.
Które samochody najchętniej zabrałby Pan ze sobą do uzupełnienia własnego garażu z Retromobile, a które z Bremen Classic Motorshow?
Retromobile to królestwo Bugatti. Zabrałbym Bugatti 57 Atlantic i EB110.
Z kolei w Bremen kupiłem Mercedesa W123 250 w kolorze limonkowym i przebiegiem 51.000 km oraz Opla Commodore 2.8 GS/E z przebiegiem 95.000 km. Mercedesa sprzedałem natychmiast, natomiast Commodore przechodzi proces przygotowania do sezonu.
Które z wystawionych na ww. targach aut mają Pańskim zdaniem największy potencjał inwestycyjny?
W Paryżu były aż trzy sztuki Astona Martina V12 Vantage, auta którego powstało zaledwie 1200 sztuk na początku drugiej dekady XXI wieku. W moim garażu stoi 1 z 2 egzemplarzy sprzedanych jako nowe w Polsce, dlatego mocno mu kibicuję. Osobiście uważam jednak, że warto interesować się autami popularnymi, które cieszą się olbrzymim sentymentem, ale wyginęły sztuki w bardzo dobrym stanie, a fajne kolory i wersje są na wagę złota. Świetnym na to dowodem jest Renault Twingo w wersji Benetton, w kolorze żółtym, z faltdachem i małym przebiegiem, które sprzedałem na aukcji we Francji rok temu za rekordową kwotę.
Czy targi takie jak Retromobile, Bremen Classic Motorshow czy inne wcześniej wspomniane to odpowiednie miejsce na zakup pierwszego klasyka bądź youngtimera dla kogoś, kto dopiero stawia swoje pierwsze kroki w świecie klasycznej motoryzacji? A może ktoś taki powinien się skupić na innych źródłach, jak choćby House of Classics?
Jak ktoś ma w życiu dużo szczęścia, jest samoukiem i zarazem mechanikiem, to może spróbować kupić sam swoje pierwsze auto w Bremen. Te niemieckie targi słyną z aut od 2 do 50 tysięcy euro. W sam raz na początek.
Retromobile to targi abstrakcyjne. Nie brakuje aut do 25.000 euro na specjalnie wyodrębnionej dla nich części hali, ale dominują auta za kilkaset tysięcy a nawet miliony euro. Tutaj trzeba dysponować naprawdę doświadczeniem i potężną wiedzą, której nie da się zdobyć w internecie w krótkim czasie.
Prowadząc House of Classics staram się udowodnić, że auta klasyczne kupione z mojego garażu są atrakcyjne cenowo, mają znaną historię i albo są gotowe do zabawy lub mają rozpoznane czynności serwisowe do wykonania. Nie sprzedaję projektów ani marzeń na papierze, bo wiem że lepiej wziąć kredyt w banku na bardzo ładne auto niż kupić wóz do remontu, a jego proces odbudowy traktować jako system ratalny. Moim zdaniem takie podejście jest złe i często ma smutny koniec. Oczywiście rozumiem to, jeżeli mówimy o wozach ultra rzadkich lub o niepowtarzalnej historii.
Na koniec jeszcze pytanie być może odrobinę abstrakcyjne: załóżmy, że do Pańskiej kolekcji trafił klasyk o salonowym przebiegu, rzędu 10-50 km. Pańskim zdaniem powinien zacząć jeździć, stać by nie stracić na wartości czy… zależy od tego, jaki byłby to model?
To nie jest pytanie abstrakcyjne, bo już kilka razy byłem w posiadaniu takich aut. Próbowałem jeździć Maserati Merakiem SS z 1980 roku, który miał 1300 mil. Niestety koszt jednego kilometra i utraty wartości mnie przytłaczał i go sprzedałem, choć miałem go zostawić dla siebie. Trafił w świetne ręce, do dużej, polskiej kolekcji. Właściciel jeździ nim kilka razy do roku i nie przejmuje się postępującym przebiegiem.
Drugim nowym autem, które przeszło przez moje ręce był Mercedes-Benz W123 200D z 1977 roku i przebiegiem 223 km od nowości. Tym autem nie zamierzałem nawet jeździć, od razu miałem w głowie dalszą jego odsprzedaż. Jest teraz tam gdzie jego miejsce – w prywatnym muzeum. Ironia losu jest taka, że auta użytkowe pokroju Mercedesa są rzadziej spotykane w stanie nowym niż super cary. Z mojego punktu widzenia ważne było to, aby wspomniany merc zachował się dla potomnych jako prawdziwy pomnik minionej epoki. Niewykluczone, że nie ma drugiego takiego na świecie.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Zdjęcia: Tomasz Sarna, Marek Wiśniewski



