Hyundai Ioniq 6 N zadebiutował właśnie na Goodwood Festival of Speed, bo nie ma lepszego miejsca na zaprezentowanie nowego samochodu o sportowym charakterze. Nawet jeśli to po prostu kolejny elektryk.
Złośliwi laicy powiedzieliby pewnie, że ile to roboty uzyskać bardziej sportowy charakter, kiedy masz już dość szybkie auto, które – jak każdy współczesny elektryk (sprawdzić czy nie Dacia Spring) – nie musi czekać minutami, aż moc liniowo przybędzie i przełoży się na wzrost prędkości. W dodatku przecież elektryczne samochody są dobrą bazą na torowe ścigadełka, bo z automatu mają niżej położony środek ciężkości i tak dalej… No ale to są marudy, które pewnie wrzucają wszystkie elektryki do jednego wora, a wór do jeziora.
Hyundai Ioniq 6 N – limuzyna z torowym potencjałem
Tymczasem przychodzi Hyundai, który cichaczem zdobywa od lat uznanie jako producent ciekawych, niezawodnych samochodów i dwa lata po premierze usportowionej wersji swojego pierwszego elektrycznego wyrośniętego hatchbacka, czyli Ioniqa 5 N, na tym samym torze w Wielkiej Brytanii prezentuje prawdziwie dopakowaną wersję swojego elektrycznego fastbacka, czyli modelu Ioniq 6 N.
Bazowa Szóstka produkowana na autorskiej hyundaiowej platformie E-GMP zadebiutowała trzy lata temu i z jednej strony zdobyła sobie liczne grono fanów, odsadzając niejednokrotnie konkurencję z Tesli w rankingach sprzedaży, z drugiej pozostawiała wciąż sporo przestrzeni do udoskonaleń.
I tutaj oddano przestrzeń specom z Namyang, którzy postanowili wdrożyć swoją ideologię trzech filarów N-Feeling: Corner Rascal + Racetrack Capability + Everyday Sports Car. W ten sposób pojazd, który może i lekki nie jest, bo podchodzi pod 2 tony masy własnej, otrzymał kilka przydatnych udoskonaleń, które pozwolą mu faktycznie stać się wiecznie głodnym kolejnych zakrętów, zwinnym autem torowym, które możecie też z powodzeniem wykorzystywać na co dzień nie tylko jako auto rodzinne, ale nawet i sedana do codziennych zadań. Bonusowo mamy tu też świetny współczynnik oporu powietrza Cx wynoszący 0,21 oraz doskonały rozkład masy i wspomniany już nisko osadzony środek ciężkości.
Co więc zostało zmodyfikowane? Przede wszystkim całkowicie przeprojektowana jest geometria zawieszenia, mamy też nowe amortyzatory adaptacyjne.
Dwa silniki elektryczne odpowiadające za napęd na wszystkie koła zostały wzmocnione. Po elektrykowemu można powiedzieć, że zwiększono siłę koercji magnesów (o 19,8 proc.), dzięki czemu silniki lepiej znoszą pełne i długotrwałe obciążenie – co oznacza, że można dłużej cieszyć się możliwościami stwarzanymi przez napęd elektryczny. Kimchi wyszło Koreańczykom wyjątkowo ostre, bo oferuje w sumie 650 KM, 770 Nm, rozpędza się do 100 km/h w 3,2 s i może rozpędzić się do 257 km/h.
Ulepszenia do potęgi N
Nowy Hyundai Ioniq 6 N oferuje kierowcy możliwość zasymulowania sekwencyjnej skrzyni biegów. Jeśli lubicie klikać łopatkami, to komputer ma wgrany udoskonalony program N e-Shift, więc macie szanse pozarządzać sobie momentem obrotowym. N Grin Boost ukryty pod pięknym czerwonym przyciskiem to z kolei dający się uruchomić na 10 sekund tryb maksymalizujący osiągi – to właśnie w NGB osiągane są maksymalne 650 KM i 770 Nm.
N Track Manager to z kolei totalnie psychologiczna zabawa, której odpalanie powinno być zakazane w warunkach miejskich, natomiast może dać frajdę w warunkach torowych, gdy wybieracie się na trening i chcecie mieć nie tylko wszystkie odczyty pod ręką, ale też odpalić znaną z gier funkcję samochodu-ducha, z którym możecie się ścigać na kolejnych okrążeniach. Ioniq podpowiada też jak ulepszyć drifty… No właśnie. Powiem Wam szczerze, że dla mnie wiele aut elektrycznych ma bardzo fajny potencjał torowy i aż się proszą o to, by zamiast nudnej kontroli utrzymania pasa ruchu i jakichś tam blokad uślizgu miały coś wprost przeciwnego. No i 6 N to ma.
Ma cały osobny program do driftu i opcję N Drift Optimizer, która w zasadzie nie tylko ułatwia, ale też uczy jak dobrze driftować – tak przynajmniej mówi teoria. A praktyka? No ja bym testowała. HALO, HYUNDAI, ZGŁASZAM ZAPOTRZEBOWANIE NA SAMOCHÓD TESTOWY.
Jest też dodatkowe oświetlenie ambientowe we wnętrzu (N Ambient Shiftlight), które ma za zadanie sygnalizować optymalne momenty zmiany wirtualnych biegów. Niestety, ponieważ to elektryk, to wraz z cichą pracą silników pojawia się konieczność emitowania imitacji głośnych dźwięków stymulujących emocje. Mamy więc na pokładzie system zdolny do generowania dźwięków inspirowanych motorsportem, wirtualnym prototypem N 2025 Vision Gran Turismo (z gry Gran Turismo 7) czy po prostu science fiction. Tryby te noszą nazwy, odpowiednio, Ignition, Evolution oraz Lightspeed.
Nowa wersja, nowy wygląd
Nie może być też tak, że skoro Ioniq 6 N jest lepszy pod skórą, to będzie wyglądał tak samo, jak zwykła seria. Wiemy dobrze, że urok tkwi w detalach, a trzeba przyznać, że Hyundai N potrafi doskonale połączyć dyskrecję (no ej, na 650 koni nie wygląda!) i siłę przekazu. W ten sposób 6 N ma może niezauważalne dla laika poszerzenia nadkoli, ale też zdecydowanie zauważalne, szerokie skrzydło, który w połączeniu z charakterystycznym spadzistym grzbietem może budzić skojarzenia z Porsche 911 GT3.
Dodatkowo przód zyskał nie tylko nowe, wąskie lampy nadające mu nieco charakteru, ale też dokładki, dyfuzory, deflektory i poukrywane żaluzje poprawiające przepływ powietrza. Są nowe felgi, muszą więc być i nowe opony. I tutaj Hyundai nie uznał już żadnych kompromisów, więc i nabywcy tego modelu muszą się pogodzić z tym, że wraz z wysokimi osiągami podążają też wysokie wydatki na absolutnie wszystko. Zatem… Hyundai Ioniq 6 N wyposażony jest w opony stworzone specjalnie do tego modelu przez firmę Pirelli – model P Zero PZ5 z autorskim wzorem, który ma poprawiać prowadzenie i pozytywnie wpływać nie tylko na osiągi, ale i na żywotność ogumienia. Rozmiar to skromne 275/35 R20.
Enka dostępna będzie m.in. w charakterystycznym odcieniu Performance Blue Pearl, który jest już znakiem rozpoznawczym aut spod znaku N oraz dominantą kolorystyczną zespołów motorsportowych Hyundaia. Wnętrze to oczywiście modna w ostatnich sezonach (tak, to ironia) czerń, ale będą też dyskretne błękitne akcenty – choćby stylowe dwa błękitne paski wplecione w czarne pasy bezpieczeństwa.
Fotele? Oczywiście kubełkowe. W wersji bazowej narzekali na jakość wykończenia i tandetne plastiki? No cóż, znacie zapewne te mądrości, które mówią, że jeśli ktoś cię nie docenia, to znaczy, że jesteś w niewłaściwym miejscu. Na torach wyścigowych nikogo nie będzie obchodzić, że twój fabryczny plastik wygląda, jakby go klepali na Żeraniu w poniedziałek rano. Docenią, że nie jest to docinany fleksą karbon z elementami przyklejanego na kolanie weluru.
Nie podobało się, że z tyłu jest mało komfortowo i dzieci mogą mieć ciasno? Świetnie, po co wozić dzieci, lepiej wywalić ten rząd siedzeń i wspawać homologowaną klatkę. A skoro już o tym mowa, to w zasadzie wzmocnienie już tam jest. Aby usztywnić tył samochodu dodano wzmocnione belki, natomiast dla równowagi, by nie zamienić auta w taczkę telepiącą się na dziurach są też dodatkowe tuleje tłumiące drgania i poprawiające komfort jazdy. Czego jeszcze chcieć więcej? Cennika. Na razie bowiem auto robi furorę na trwającym właśnie festiwalu Goodwood, ale ile kosztować będzie te niemal 5 metrów sportowej rozpusty o teoretycznym zasięgu 649 km (według WLTP, bateria 84 kWh)? Tego jeszcze póki co nie wiemy.
Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy – dzięki!








