Dom aukcyjny Bonhams sprzedał nie lada ciekawostkę: wygląda jak Aston Martin Lagonda, ale… nie do końca. I nie do końca nim jest.

Gdy producent samochodów buduje pierwsze prototypy, zwykle nie bardzo zależy mu na tym, by wszyscy dookoła od razu wiedzieli, jak nowe auto będzie wyglądać. Sposoby na rozwiązanie tego problemu są różne, ale w tym najwcześniejszym okresie często opierają się na korzystaniu z karoserii innych modeli – a czasem nawet aut innych marek, choć to raczej skrajne przypadki, jak testowanie mechanizmów McLarena F1 w Ultimie czy wrzucenie podwozia i układu napędowego Jaguara XJ220 do Forda Transita.

Gdy Aston Martin szykował mniej więcej od połowy lat 80. swoje nowe coupe o nazwie Virage, postanowił poupychać przyszły samochód w coś nawet bardziej odjazdowego – tym czymś była kanciasta Lagonda.

Tyle tylko, że Aston Martin Lagonda był mierzącym niemal 5,3 m sedanem

Aston Martin Lagonda

A 5,3 m było długością, której w żadnym stopniu nie przewidywano dla Virage’a – gotowy samochód z 1989 r. miał 4735 mm długości, czyli mniej więcej tyle, co Ford Mondeo Mk3. Co więc zrobiono? No skrócono Lagondę, i to tak dość solidnie, bo rozstaw osi zmalał o 30 cm. Z samochodu wyleciały też oczywiście tylne drzwi, dając w efekcie coś, co wyglądało trochę brytyjsko, trochę amerykańsko, a przy tym zaskakująco nieźle – choć chyba jednak z odrobinę dłuższym rozstawem osi byłoby jeszcze lepiej.

Aston Martin Lagonda

Prototyp miał przód i tył z Lagondy 4. serii, ale inne panele nadwozia zapożyczono ze starszych serii.

Pod maskę trafił najpierw seryjny silnik 5.3 V8, ale w 1987 r. zastąpiono go nowszą, poprawioną jednostką o tej samej pojemności, ale z 32 zaworami, co zwiększyło moc do 335 KM – dla porównania, seryjna Lagonda z jednostką 16-zaworową dysponowała mocą na poziomie 284 KM (choć spotyka się też informacje o mocach od 260 do ponad 310 KM).

Aston Martin Lagonda

Za przeniesienie napędu odpowiadała tu 5-biegowa, manualna skrzynia ZF, co samo w sobie nadawało autu zupełnie innego charakteru – Aston Martin Lagonda wyposażany był w 3-biegowy automat Chryslera. W 1987 r. pojazd otrzymał także docelowe tylne zawieszenie Virage’a, czyli oś DeDion.

Po premierze Virage’a, prototyp zniknął z dróg… ale nie na długo

Dowiedział się o nim pewien kolekcjoner Astonów, który był przy tym człowiekiem raczej wysokim – a 1,9 m wzrostu uniemożliwiało lub przynajmniej utrudniało jazdę wieloma sportowymi modelami w tych czasach. Okazało się, że prototyp jest idealny pod względem ilości miejsca, a co więcej, Aston Martin dał zgodę nie tylko na odsprzedaż auta, ale i na dostosowanie go do wymagań nabywcy.

Samochód w zasadzie zbudowano od nowa – został rozebrany niemalże do ostatniej śrubki. W podwoziu pojawiło się fabrycznie nowe zawieszenie Virage’a, a pod maską – fabrycznie nowy silnik. Skrócono przełożenie główne, co poprawiło przyspieszenie, tylko w nieznacznym stopniu wpływając negatywnie na prędkość maksymalną.

Nadwozie zyskało nowy, niebieski lakier z palety Forda, a wnętrze wykończono na nowo. Zamontowano też proste, analogowe wskaźniki zamiast znanych z Lagondy wskaźników cyfrowych.

Auto było testowane przez magazyn Thoroughbred & Classic Cars, a wnioski były jednoznaczne – to znakomita i komfortowa konstrukcja, sprawdzająca się bez zarzutu niezależnie od prędkości podróży. Od kilku dni przekonać może się o tym nowy właściciel, ponieważ samochód sprzedano na aukcji Bonhams. Za ile? Za 287 500 funtów, czyli 1,55 mln zł. Nie podejmuję się oceny, czy to dużo czy mało, ale warto wspomnieć, że samochód ma na liczniku zaledwie niespełna 3100 przejechanych kilometrów – jest w zasadzie jak nowy. I jedyny taki na świecie. No i jest zdecydowanie najładniejszą (prawie) Lagondą na świecie.

No dobra – chyba ta kwota jest w porządku.

Aston Martin Lagonda

 

fot. Bonhams

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy - dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to