Objazd Kiusiu było moją pierwszą wyprawą jaką odbyłem kei carem po Japonii. Będąc z żoną w odwiedzinach u szwagra w miejscowości Kagoshima, stwierdziliśmy, że zbadamy tą wyspę nieco dokładniej. Gdy nadszedł czas pożegnań, wynajęliśmy samochód i wyruszyliśmy do Fukuoki żeby stamtąd wrócić do domu pociągiem.

Cała trasa ma około 520 km – jednak żeby to była przyjemność zdecydowaliśmy się rozbić ją na kilka dni zamiast robić czasówkę z sikaniem do kubka po kawie. Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscowości Kobayashi i Beppu, o których napiszę co nieco.

Mapa podróży po Kiusiu

Jaki samochód wynajęliśmy? O taki: to Nissan Dayz Roox

Podekscytowany czekałem na pierwszego w moim życiu kei cara! Nazwa tego modelu wywodzi się połączenia słów „Room” i „Max” – czyli po polsku po prostu „Przestronnex”. Nie był to najnowszy model (aktualnie dostępna jest kolejna generacja Rooxa), ale był to bardzo mało używany egzemplarz.

Nissan Dayz Roox

Pierwsze wrażenie: auto jest bardzo wysokie. Wymiary to: 3395 mm długości, 1475 mm szerokości i 1775 mm wysokości (!). Dla porównania, jest to zaledwie o 4 cm mniej od mojego Nissana Elgrand PE52. Ogólnie – śmieszne, krótkie, wąskie i bardzo wysokie pudełko.

Nissan Dayz Roox

Nissan Dayz Roox – wymiary.

Jest dużo przestrzeni w środku, na dwie osoby jest kapitalnie (tak przy okazji: osobowe kei cary są zwykle 4 osobowe). Zwłaszcza że tylna kanapa jest przesuwna, więc wrzucić bagaże to żaden problem. No, ale problem jest inny. Nawigacja jest „angielska” tylko z… nazwy?

Nissan Dayz Roox

Nissan Dayz Roox i nawigacja pół-angielska.

No tak, oczywiście, jak już znajdziesz miejsce docelowe to kliknij „Start navigation” i voila! A tak poważnie, to do dzisiaj tak to wygląda w wynajmowanych autach. Lepiej mieć na podorędziu telefon z Google Maps.

Nissan Dayz Roox

Nawet żona walczyła z tą nawigacją – a coś tam ogarnia w tym języku.

Samo auto w środku… jest okej. Odpuszczę sobie analizę plastików czy kwestię trzeszczenia (choć tu też jest okej). Kei cary to tanie auta, nowy Roox po opłatach to wydatek rzędu 45 tys. zł, więc siłą rzeczy nie spodziewam się cudów.

Jedna dwie rzeczy jednak mnie zszokowały. Otóż w tym aucie już był system kamer 360 stopni i dwie pary elektrycznych drzwi przesuwnych. Nieźle!

Pierwszy przystanek: Kobayashi-shi 小林市 (93 km)

Kiusiu, jak większość Japonii to góry, aktywne wulkany i ogólnie powolna jazda w górę i w dół. Dlatego bez większego napinania się, postanowiliśmy zjechać na noc do miejscowości Kobayashi (小林市). Jest to małe i sympatyczne miasteczko, choć nie ma w nim zbyt wiele życia.

Czas na garść wiedzy bezużytecznej: 小林 (Kobayashi) ma następujące znaczenie:

小 – mały, 林 – las – czyli po polsku 小林 znaczy zagajnik. Japończycy przeczytają to jako „Kobayashi” (ten ostatni znaczek, 市, oznacza miasto). Natomiast ciekawe jest to, że to Chińczycy przeczytają to jako „Shaolin”. Tak – świątynia Shaolin to świątynia-zagajnik!

My natomiast poszliśmy najpierw do hotelu się zameldować. Hotel przypominał jako żywo hotele robotnicze z dawnych czasów. Na wyposażeniu był telewizor z VHS, ale najbardziej zaskakujący był rozmiar korytarza.

Hotel Kobayashi

Hotel Kobayashi

Żeby była jasność: ja mam 176 cm i szczerze mówiąc nawet w Japonii nie czuję się jakiś wysoki, no chyba że na tle starszej generacji. Ale młodsi są zwykle przeciętnie podobnego wzrostu, a dużo osób jest znacznie wyższych. Nie spotkałem potem w Japonii równie niskiego budynku co ten hotel.

Pora na kolację – tym razem wybór padł na klasyczny bar gdzie serwują oden. Są to gotowane warzywa, sos sojowy, minimum kalorii.

Restauracja w Beppu

Po kolacji krótki spacer i powrót do hotelu. W mieście wiele się nie dzieje, więc pora odpocząć. Ale znaleźliśmy tą wspaniałą maszynę z… naleśnikami!

Automat z naleśnikami

I jeszcze trochę wiedzy bezużytecznej: automaty z różnego rodzaju rzeczami są popularne w Japonii. Są kraje, takie jak Polska, gdzie ludzie dorabiają sobie ustawieniem bannerów reklamowych na domach, podczas gdy w Japonii można ustawić sobie maszynę na posesji i czerpać z niej małe dochody. W mediach lansuje się jakieś pomysły a propos zużytych majtek, ale szczerze mówiąc nikt z moich znajomych takich maszyn nie widział – pewnie takie rzeczy są, ale to pojedyncze sztuki gdzieś w Tokio. Wracając do tematu – taki naleśnik (bardzo dobry!) to był wydatek 100-200 JPY, czyli około 2,80-5,60 zł.

Drugi przystanek: Beppu-shi 別府市 (255 km)

Rano pobudka i nieco dłuższa, około 4-godzinna podróż autostradą do Beppu. Autostrady w Japonii to zupełnie nie to, czego się można spodziewać przyjeżdżając z Europy. Wąskie, jednopasmowe, ograniczone do 70 km/h, czasem 90 km/h i do tego bardzo drogie. Opłaty za drogi do Beppu wyniosły nas w przeliczeniu mniej więcej 150 zł.

Austostrada w Kiusiu

Nissan Dayz Roox jest dość wygodny – fotele są naprawdę ok, wyciszenie też jest niezłe. Problem jest taki, że moc jest znikoma (64 KM – na więcej nie pozwalają przepisy) i wjeżdżając pod górę czasem nie da się jechać szybciej niż te 50-60 km/h. Ustawione tu i ówdzie znaki przypominające żeby nie zatrzymywać się z powodu groźby zatrucia się wyziewami aktywnych wulkanów nie poprawiają komfortu psychicznego.

Dodatkowo na zakrętach ma się nieco duszę na ramieniu – auto jest bardzo wysokie i wąskie, a do tego stoi na bardzo wąskich oponach na malutkich kółkach. Nie miałem jednak żadnych problemów z utratą kontroli.

Selfie w Dayz Roox.

Beppu to jedna z bardziej znanych miejscowości turystycznych w Japonii. Znanych – ale nie obcokrajowcom. To miejsce, do którego jeżdżą Japończycy – słynne są gorące źródła, jako że miasto jest położone na aktywnym wulkanie. Wszędzie w mieście stoją małe i większe onseny, czyli łaźnie. Cena za wejście do wielu z nich to około 100 JPY (2,80 zł), więc naprawdę niedużo. Rozmawiając z lokalnymi bywalcami tych łaźni dowiedziałem się, że ze względu na niskie ceny nawet nie używają łazienek w domu, tylko idą od razu do publicznych łaźni.

Onsen w Beppu

Samo miasto robi wrażenie ze względu na ładną zabudowę, a nocą dymy ze szczelin w ulicach tworzą niesamowity klimat.

Noc w Beppu

Zamek w Beppu

Powrót do domu: Fukuoka 福岡市 (147 km)

Ten odcinek drogi raczej nie zawierał już nic wartego opisania – ot, zatankować, oddać auto i jedziemy dalej pociągiem. Czas na małe podsumowanie tej trasy przez pryzmat naszego auta.

Jechało się wygodnie, nie padało na głowę, było ciepło i przestronnie. Wnętrze jest bardzo jasne – raz że auto miało jasną tapicerkę, ale także ogromne okna. Poza tym rozstaw osi jest spory, więc nie czuje się jakby jechało się krótkim autem. Do tego gadżety typu kamery i elektryczne drzwi – naprawdę to robiło wrażenie w tak niedrogim samochodzie.

Wadą jest natomiast to, co przede wszystkim definiuje kei cara, czyli silnik. 660 cm3 i 64KM. To naprawdę słabo jedzie, zwłaszcza pod górę. W mieście jest ok, ale na trasie to nie wystarcza. Nawet nie chodzi o moc, ale o dostępność tej mocy. Siłą rzeczy auto pali nie tak mało (jakieś 6 l/100km na tej trasie), do tego jest dość głośne gdy się je ciśnie pod górę (żeby utrzymać choć te 60 km/h).

Te wszystkie wady nie zmieniają jednak ostatecznej oceny, że jest to bardzo udane i sensownie zaplanowane auto i 612 tys. japońskich nabywców tego modelu (i to tylko generacji z lat 2009-2019) dokonało naprawdę dobrego wyboru.

Nissan Dayz Roox

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy - dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to