Żeby stworzyć idealny film grozy dla miłośników aut, potrzeba było zniszczyć kilkanaście aut, zbudować jedną replikę i wskrzesić mit o pewnym zabójczym wozie policyjnym.

Jest wiele filmów, w których samochody (zwłaszcza starsze) mają szczególny status, ale jest tylko jeden horror, który z miejsca podbija serca graciarzy i sprawia, że krew krąży żwawiej, a oddech przyspiesza. Mam na myśli „Christine”, czyli ekranizację jednej z książek Stephena Kinga poświęconą Plymouthowi Fury o mocno morderczych skłonnościach, który po latach wrastania w krzakach wpadł w oko pewnemu zahukanemu nastolatkowi i… opętał go.

Hydraulika w służbie zła

Film „Christine” jest o tyle ciekawym ewenementem, że swą premierę miał w 1983 r. – czyli w tym samym roku, co książka i mimo, że celowo balansuje na granicy groteski i kiczu – w czym duża zasługa sprawnego reżysera jakim był John Carpenter (tak, jestem stronnicza, bo lubię Carpentera, także jako twórcę muzyki), to ma świetny klimat i zaskakująco odporne na starzenie efekty specjalne. I to właśnie ten aspekt sprawił, że po kolejnym seansie zaczęłam się zastanawiać, jak bez komputerów udało się nakręcić tak spektakularną i sugestywną scenę, jak odrodzenie Christine, czyli (uwaga, spoiler, a nawet dwa błotniki…) moment, w którym zdewastowany przez prześladowców młodego właściciela Plymouth sam się naprawia. Wszystkie wgniotki wygładzają się, potłuczone szyby i lusterka na powrót zmieniają się w gładkie tafle, a cała bryła auta powraca do swej właściwej formy.

I tak jak przy scenach niszczenia przeciętny miłośnik starej motoryzacji irytuje się, frustruje a nawet smuci, tak w chwili, gdy tytułowa Christine z nieszczęsnej kupy złomu znów zmienia się w przepiękną, lśniącą maszynę, człowiek wzdycha z zachwytem, a przez myśl przechodzi, że może i jego auto mogłoby tak samo się.

Plymouth Fury

Weźmy się i wyklep… się sama, dobra? – kadr z filmu „Christine”, reż. John Carpenter

Oczywiście za tym samosiem stoi w tym przypadku ogromna pomysłowość ekipy filmowej, zwłaszcza wiernego druha Carpentera, Roya Arbogasta. Zbudował on wierną kopię Plymoutha Fury, ale z tworzywa – tak, by nawet przy bardzo bliskich ujęciach karoseria odpowiednio lśniła, a chromy w komorze silnika błyszczały jak należy. Wewnątrz w strategicznych miejscach podpięte zostały linki prowadzące od samej karoserii do pomp hydraulicznych, które sprawiły, że konkretne elementy takie jak osłony filtrów, czy błotniki same się wgniotły. Po nakręceniu całej sekwencji wgniatania i zapadania się w sobie auta wystarczyło tylko puścić ją w odwrotnej kolejności. Ot i cała magia.

Plymouth Fury

Plastikowa replika Plymoutha wygląda do dziś niesamowicie realistycznie, zwłaszcza, gdy wraca do formy. Kadr z filmu „Christine”, reż. John Carpenter

Trzeba jednak przyznać, że praca na prawdziwych, pełnowymiarowych replikach robi wrażenie i sprawdza się o wiele lepiej, niż komputerowo generowana symulacja. Jest w tym czterdziestoletnim obrazie magia. Niestety o wiele smutniej robi się kiedy zdamy sobie sprawę, że na potrzeby całego filmu opowiadającego o aucie, które było złe do szpiku kości (a raczej do gołej ramy), ekipa zakupiła 27 samochodów, zarówno Plymouthów Fury, jak i modeli Belvedere i Savoy z lat pięćdziesiątych po to, by je rozbijać, podpalać i rozwalać…

Plymouth Fury

Christine jak żywa. Plymouth Fury w pełnej krasie. / fot. Barrett-Jackson

Wiem, że w trakcie prac nad filmem auta te miały mniej niż trzydzieści lat, ale wciąż myśl, że takie piękne skrzydlaki oddały swe budy tylko po to, by siać terror i przerażenie w wyimaginowanym świecie może trochę przygnębiać.

Przecież człowiek restaurowałby, albo – niczym filmowy Arnie – po prostu poprosił, żeby takie autko zrobiło swoje i wróciło do formy. Z całej tej rzezi skrzydlaków ocalało ledwie kilka Furii, jedna z nich jakiś czas temu została wylicytowana za kwotę 275 tys. dol. Przyznacie, że to niezbyt wygórowana kwota za kultowe, samonaprawiające się, nieco mordercze auto (radio, czasem grające, gratis!).

Prawdziwe mordercze auto

Co ciekawe w USA jeździ prawdziwy nawiedzony samochód, który był inspiracją dla Stephena Kinga (czyli nie chodzi o Teslę rozjeżdżającą ludzi). Mowa o Dodge’u 330 LE z 1964 r., który ma równie ciekawą przeszłość co książkowo-filmowa morderczyni, a wszystko zaczęło się od policji. Złotego orła, bo taki przydomek zyskało auto, kupiono dla mundurowych z komisariatu w Old Orchard Beach. To miasteczko znajduje się w stanie Maine, czyli dokładnie w tym samym regionie, w którym akcję swoich opowieści osadzał zarówno Edgar Allan Poe, jak i Stephen King. Przypadek?

Dodge 330

Tak wyglądał Dodge 330 na grafikach reklamowych.

Złoty orzeł krążył sobie spokojnie po okolicy umożliwiając policjantom typowe policyjne działania- jakieś patrole, jakieś skromne pościgi, te sprawy… Dość szybko okazało się, że auto ma aurę. Każdy z trzech kolejnych mundurowych, którzy jeździli tym Dodgem, popełnił rozszerzone samobójstwo (czyli zabił siebie i najbliższych).

Po trzecim identycznym przypadku zdecydowano się sprzedać auto w ręce cywilne. Wylicytowane przez przedstawiciela rodziny Allenów stało się ich rodzinnym skarbem, by po latach trafić pod opiekę Wendy Allen, która jest… wiedźmą. Tak, dobrze czytacie. Wiele osób tytułuje ją wiedźmą, ale Wendy należy do romskiej rodziny zamieszkującej okolice Maine od dziesięcioleci, pisze książki, wiersze, prowadzi bogate życie społeczne i ezoteryczne. W jej rękach Złoty orzeł poczuł się najwyraźniej zadbany i kochany, ale to nie spodobało się lokalnej społeczności.

Nie ma zbyt wielu lepszych ujęć Dodge’a morskiej wiedźmy…

Co jakiś czas życzliwi sąsiedzi próbowali zdewastować morderczego Dodge’a. W efekcie spadały na nich klątwy. Jeden zginął od uderzenia pioruna, innego potrąciła śmiertelnie ciężarówka, jeszcze inny wrócił do domu i wymordował całą swoją rodzinę.

Nic więc dziwnego, że w pewnym momencie zorganizowana grupa bez wiedzy i zgody właścicielki rozkręciła auto na części i wywiozła je na różne złomowiska tak, by nie dało się już nigdy odbudować tego nawiedzonego pojazdu, który ma na swoim koncie co najmniej 14 ofiar. Wendy Allen nie byłaby jednak wiedźmą, gdyby nie postanowiła, że odbuduje auto stanowiące dziedzictwo jej rodziny. Objechała wszystkie złomowiska i poskładała Złotego orła ponownie w jeżdżącą całość.

Ile w tym prawdy? Trudno powiedzieć

Sama Wendy jest osobą specyficzną, nienawidzi Stephena Kinga, twierdzi, że nawiedzone auta nie istnieją a obecnie… szuka morderców swojego syna. Sami więc widzicie, że to nie są proste sprawy – a Wy myśleliście pewnie, że „Christine” to zmyślona historyjka o zrzucaniu odpowiedzialności za zło na przedmioty i o zemście frajerów z gratami w tle…

 

Zdjęcie główne: dom aukcyjny Barret-Jackson

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy – dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to