Wszyscy bez wątpienia kojarzycie porschowskie G-Modell, czyli najdłużej produkowaną generację samochodu o oznaczeniu amerykańskiego numeru alarmowego. Na pewno pod ten numer dzwonił niejeden świadek ataku nadsterowności, z którego znana była wersja Turbo. Loty w botanikę oraz infrastrukturę miejską nie powinny jednak stać się częścią życiorysu tego fikuśnego, ale i dopracowanego wynalazku, jakim jest Porsche 911 Carrera Coupe Reimagined by Singer. I nie chodzi tu bynajmniej o brak turbo.
Pomysł na brak turbosprężarki w Porsche 911 drugiej generacji nie jest niczym nowym. Okraszona złą sławą turbodziura, powodująca wyżej wymienioną nadsterowność, była na tyle głośnym problemem, że producent zdecydował się pójść w stronę pewnego kompromisu – wyrzucamy turbo, ale zostawiamy to samo zawieszenie, hamulce, ospoilerowanie i poszerzenia. Żeby nie być zbyt stratnymi, cenowo nowy model uplasowano w okolicach klasycznego 911 Turbo. Tak w 1984 roku powstało Porsche 911 Carrera Supersport, znane również jako SSE.
Wóz szybko okazał się hitem sprzedaży – wyglądał jak milion dolarów i nie próbował zabić kierowcy na każdym winklu. Jego sukces przyczynił się do powstania Porsche Exclusive w 1986 r., czyli prawdopodobnie pierwszego w historii działu specjalnego dużej i znanej marki, zajmującego się wyłącznie zindywidualizowanymi zamówieniami dla tych bardziej wymagających.
Hołdem dla wersji SSE jest właśnie 911 Carrera Coupe od Singera
Trudno tu jednak mówić o ugrzecznianiu i kompromisach – bardziej trafna będzie tu swoista subtelność w przypiłowaniu pazura. Singer pokazał nam już co rozumie poprzez nowoczesne wcielenie klasycznego 911 Turbo podczas Goodwood Festival of Speed w 2022 roku. To rozumienie miało 510 KM, sześciobiegowy manual, dwie turbosprężarki i hamulce węglowo-ceramiczne. Ach, no i przy tym brak niepotrzebnych cudów pokroju tabletów i innych głupot rozpraszających kierowcę.
Carrera Coupe wypluwa 420 KM, czyli nie aż tyle mniej od wyżej wspominanego ananasa, a robi to tym większe wrażenie, że tę moc wykrzesano bez używania turbo. Bazą silnika jest sześciocylindrowy motor z Porsche 964 (a dlaczego, o tym za chwilę), odpowiednio zmodyfikowany przez Singera i Coswortha – czterolitrowy, o zmiennych fazach rozrządu, z czterema zaworami na cylinder, z głowicą chłodzoną wodą, a cylindrami… powietrzem.

Dosyć surowe wnętrze skrywa wbrew pozorom sporo smaczków.
Pomimo braku turbiny, tylny napęd i ponad 400 koni wręcz proszą się o lot bokiem, zatem zadbano również o obecność ABS, ESP i kontroli trakcji. Amortyzatory są oczywiście regulowane elektronicznie, a podwozie odpowiednio wzmocnione (we współpracy z Red Bull Advanced Technologies), by przyjąć nieco brutalniejsze traktowanie, niż zwykła Carrera SSE. Poszerzenia z kolei są wykonane z włókien węglowych i nieco zmienione względem oryginalnych tak, by wycisnąć maksimum z aerodynamiki przy zachowaniu klasycznego charakteru.

Flaczory na wierzchu, czyli odsłonięty mechanizm wybieraka. Na pewno ładniej, niż w Spykerze C8.
A skąd mowa o Porsche 964? No więc, tak naprawdę… Singer Carrera to JEST Porsche 964
Choć produkcja 911 Carrery Coupe Reimagined by Singer ogranicza się do zaledwie 100 sztuk, nie jest to produkcja sensu stricte. W rzeczywistości cały proces polega na zgłoszeniu się do Singera ze swoim Porsche 964, a oni zajmują się resztą, czyli tak naprawdę rozłożeniem samochodu na części pierwsze i złożeniu go całkowicie na nowo według swojej wizji, z pewnym polem do manewru dla samego właściciela.

Z tej perspektywy zazwyczaj oglądało się 911 Turbo, chyba że akurat wykonywało piruet na zakręcie. W przypadku tego egzemplarza nagłe ćwiczenie łyżwiarstwa figurowego jest nieco mniej prawdopodobne.
A co do powiedzenia może mieć przykładowy właściciel takiego przyszłego Singera? A no może na przykład, poza oczywistymi oczywistościami jak spersonalizowany lakier i kolor wnętrza, wybrać pomiędzy przytwierdzonym na stałe spoilerem-płetwą, a spoilerem aktywnym, wysuwanym automatycznie powyżej pewnej prędkości. Może też wybrać maskę gładką, lub taką z wysuwanymi (pop-up) pośrodku reflektorami. Może też… wybrać każdą z tych opcji i przekładać je sobie wedle upodobań. Żeby było mu wygodniej, otrzyma też na nie wygodny transporter.
Ciekawostką jest także skrzynia – w standardzie każdy właściciel otrzymuje sześciobiegowy manual, ale może zdecydować się na dwa rodzaje dźwigni. Poza zwykłą, osłoniętą tunelem, jest też taka dla prawdziwie doceniających surową inżynierię – umiejscowiona nieco wyżej, z widocznym mechanizmem wybieraka.
Żeby nie było tak znowu surowo, każdy Singer będzie wyposażony w klimatyzację, nawigację oraz kompatybilność z Apple CarPlay. Wszystko jednak zostanie wkomponowane na tyle dyskretnie, żebyśmy nadal mogli poczuć się jak w latach osiemdziesiątych.
Dobra, a ile za taką przyjemność?
Tak jak to bywa w przypadku aut wyjątkowych, nietuzinkowych i szytych na miarę – cena to bardzo wysoka, zupełna niewiadoma. Patrząc na to, ile pracy i zasobów zostanie włożonych w każdy egzemplarz, możemy śmiało sądzić, że będzie ona wyższa niż pocięcie błotników i wsadzenie potężnego spoilera przez uzależnionego od nikotyny Japończyka. I wyższa od nowej 911 z salonu.
Czy się nam podoba, czy nie, obok Carrery Coupe Singera nie da się przejść obojętnie, a już na pewno nie da się nie docenić kunsztu inżynierskiego, jaki stoi za stworzeniem tego wolnossącego potwora. Osobiście mam tylko pewne wątpliwości odnośnie „ugrzecznionego” rodowodu w porównaniu do wersji Turbo.
Mianowicie – wśród pięciu dostępnych trybów jazdy widnieje też tryb „Off”.
Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy – dzięki!



