Norma emisji spalin Euro 7 mogła być ostatnim gwoździem do trumny samochodów spalinowych w Europie. Ale wygląda na to, że jednak nie będzie.
Przed Euro 7 drżeli wszyscy. Wszyscy poza bandą urzędników, która – pomiędzy łykami kawy i przegryzaniem tego wafelkami z nadzieniem śmietankowym – zapowiadała, że tak trzeba i tak będzie.
Norma emisji spalin Euro 7 miała być bardzo restrykcyjna
Na cel wzięto m.in. dalsze zmniejszenie emisji tlenków azotu czy cząstek stałych, ale to nie wszystko. Zgodnie z założeniami Euro 7, mniejsza miałaby też być np. emisja pyłu z klocków hamulcowych. To ostatnie zakrawa już na kretynizm wyciągnięty z miejsca, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, bo celem klocków hamulcowych ma być zapewnienie jak najkrótszej drogi hamowania, a użycie mniej pylących materiałów – choć w teorii słuszne – mogłoby skutkować wydłużeniem tejże drogi hamowania. Pojawiły się też pomysły na… odkurzacze uruchamiane podczas hamowania.
Wszystko to jest bardzo piękne, ale koszt wprowadzenia tych wszystkich poprawek, usprawnień i tak dalej oznaczałby wzrost kosztu wyprodukowania auta o jakieś 10 tys. zł. 10 tys zł, o które trzeba by było podnieść cenę, bo przecież producent nie będzie na to wykładać ze swojej kieszeni. O ile w samochodach wyższych segmentów nie byłoby to aż tak dotkliwe, to dokładnie te same modyfikacje, w dokładnie takiej samej cenie, trzeba by też było wprowadzić w autach miejskich. A to by wybiło niemal cały segment. A może i bez „niemal”.
Rada Unii Europejskiej potwierdza: nie będzie tak źle
Rzecz w tym, że tak czy owak zakaz sprzedaży samochodów spalinowych ma wejść w życie w 2035 r. Stwierdzono więc, że nie ma co dobijać jeszcze na ostatniej prostej tego segmentu rynku, choć oczywiście nie wynika to z dobrego serca Rady. Jest całkiem prawdopodobne, że jednym z powodów złagodzenia Euro 7 jest rozpychanie się w Europie tanich, elektrycznych aut z Chin i po prostu chęć utrudnienia im tego – a czy to słuszne i czy będzie skuteczne, to już inna rzecz.
Hamulcom, oponom i tak dalej i tak nikt odpuszczać nie zamierza – tyle że najpierw będą przeprowadzone pomiary tych emisji, żeby móc zaproponować takie wymagania, które faktycznie da się spełnić. Mają też się pojawić wymogi dotyczące minimalnej trwałości akumulatorów trakcyjnych – aż dziw, że dopiero teraz.

Właściwie to pod fragmentem o trwałości akumulatorów powinienem wstawić zdjęcie pierwszego Nissana Leaf, ale ponieważ jest brzydki, to łapcie Hondę e.
Nie ma się co łudzić – i tak wszystko dąży do wyrzucenia z rynku aut spalinowych
Ale taki prezent daje jeszcze jakąś nadzieję, że może coś przez te 12 lat się zmieni, choćby w zakresie paliw syntetycznych. Z jednej strony 12 lat to niewiele, ale z drugiej – to szmat czasu. Trzeba go tylko (tylko! Hahahaha) dobrze wykorzystać. Trzymam kciuki – a potem pewnie zacznę jeździć zabytkami, gdy wszystko inne zawiedzie.
