Zastanawialiście się nad nowym Volkswagenem, ale nie chcieliście płacić powyżej 100 tys. zł? No to już po temacie, bo Volkswagen up! znika z rynku.
Pamiętacie początek wieku? Ja akurat, z racji swej przypadłości zwanej peselozą, pamiętam go całkiem nieźle. Nieźle miał się wówczas również segment małych, miejskich aut. Renault w najlepsze sprzedawało wciąż świetne pierwsze Twingo (i powoli szykowało jego następcę), Ford Ka bezproblemowo znajdował kolejnych nabywców, Fiat był u progu zaprezentowania drugiej generacji Pandy a Japończycy już od dawna, choć z różnym powodzeniem, oferowali kilka modeli zeuropeizowanych kei carów. I, jak to często mawiają ludzie z cięższą pesolozą niż moja, nikt nie narzekał. Był wybór – również dla mniej majętnych (lub też niepotrzebujących niczego większego) klientów na nówki-salonówki.
Swoją reprezentację w segmencie A miał również Volkswagen
Na przełomie wieków całkiem sporym powodzeniem cieszyło się pocieszne Lupo, pamiętane m.in. z ultraoszczędnej wersji 3L. Jego następca, opracowany w Ameryce Południowej Fox, nie miał nawet odrobiny uroku poprzednika. Nie powtórzył też jego sukcesu, w związku z czym już w 2011 r. przedstawiono następcę.
Nowy model nazwany up! (tak, z małej litery i z wykrzyknikiem), był – przynajmniej jak na VW – całkiem odważnie i nowocześnie stylizowany. Szczególnie zwracał uwagę tył, z pokrywą bagażnika pokrytą w całości szkłem. W środku cieszyła deska rozdzielcza, która mogła być ozdobiona panelem w kolorze nadwozia. Tam jednak najwyraźniej widoczne były też oszczędności.
W oczy rzucało się niepełne wykończenie drzwi, gdzie, niczym w Seicento, boczki otaczała lakierowana blacha, zaś tylne szyby, nawet w 5-drzwiowej wersji, nie były opuszczane a jedynie uchylane. Całość jednak mogła się podobać. I ewidentnie podobała się, biorąc pod uwagę wyniki sprzedaży.
Razem z up! pojawiło się jego koncernowe rodzeństwo
Skoda Citigo i Seat Mii różniły się nieco od up-a skromniejszymi detalami, zarówno z zewnątrz (choćby brakiem wykończonej szkłem pokrywy bagażnika) jak i wewnątrz. Były za to całkiem podobne do siebie nawzajem – poza znaczkiem można było odróżnić je od siebie po grillu, reflektorach i tylnych światłach. Citigo sprzedawało się dobrze również i u nas, podczas gdy Mii cieszyło się powodzeniem głównie w rodzimej Hiszpanii. Oba modele zeszły ze sceny już 2 lata temu, zostawiając na placu boju najdroższego z trojaczków Volkswagena. Ten zaś zdążył dorobić się kilku ciekawych wersji.
Volkswagen up! – ten usuvowiony i ten wzmocniony
W drugiej dekadzie naszego wieku moda na SUV-y i crossovery rozkręcała się coraz mocniej. Trudno zatem dziwić się Volkswagenowi, że postanowił zaprezentować up-a również z nieco podniesionym zawieszeniem i kilkoma plastikowymi nakładkami. W ten oto sposób powstał Volkswagen cross up, którego sprzedaż ruszyła w 2013 r.
Znacznie ciekawsza była jednak wprowadzona w 2018 r. wersja GTI. Najmocniejszy up! miał pod maską, tak samo jak pozostałe wersje, 1-litrową rzędową trójkę. W jego przypadku jednak był to silnik TSI o mocy 115 KM. To, co we współczesnych kompaktach z ledwością wystarcza do względnie sprawnej jazdy, w lekkim pudełku segmentu A potrafiło dostarczyć masy frajdy. Do tego nie zabrakło tu kraciastej tapicerki nawiązującej do pierwszego Golfa GTI.
W międzyczasie VW up! doczekał się drobnego liftingu
W 2016 r. wprowadzono kilka modyfikacji. Zmieniły się zderzaki i tylne światła, zaś do gamy silnikowej dołączyła wersja TSI o mocy 90 KM. Starsze, również 1-litrowe, 3-cylindrowe jednostki MPI o mocach 60 i 75 KM pozostały w ofercie.
VW e-up, czyli elektryczny znak czasów
Coraz mocniej rozprzestrzeniająca się elektryfikacja nie ominęła również najmniejszego Volkswagena oraz jego koncernowego rodzeństwa. Wersja na prąd, nazwana e-up, pojawiła się w 2013 r. Elektryczny VW wyposażony był w litowo-jonowy akumulator o pojemności 16,4 kWh i kosztował dość słone 26,9 tys. euro. W 2018 r. wprowadzono skromniej wyposażoną wersję wycenioną na niecałe 23 tys. euro, co poskutkowało… szybkim przekroczeniem mocy produkcyjnych i zaprzestaniem przyjmowania zamówień. Przynajmniej na pewien czas.
Rok 2020 przyniósł nową wersję e-upa, wyposażoną w baterię o niemal dwukrotnie większej pojemności. W połączeniu z ceną, wynoszącą wtedy niecałe 22 tys. euro, i rządowymi dopłatami, spowodowało to, że w rodzimych Niemczech elektryczny Volkswagen wskoczył na drugie miejsce najlepiej sprzedających się wtyczkowozów.
Normy kontra Excel, czyli koniec małych autek
Niestety, nawet zelektryzowany up! nie miał szans w zetknięciu z nowymi normami. Produkcja miejskich samochodów zwyczajnie przestaje się opłacać. Te spalinowe nie uzyskują wymaganych wyników w testach WLTP, które premiują hybrydy plug-in (paradoksalnie, im większe, tym lepsze), zaś elektryczne okazują się zbyt drogie dla dotychczasowych nabywców. Nie pomagają w tym nawet rządowe dopłaty, które zresztą powoli się kończą – abstrahując już od faktu, że mało który mieszkaniec europejskiego miasta dysponuje własnym garażem z możliwością ładowania. Wszystko to sprawiło, że mały, zwinny up! musiał uznać ekologiczną wyższość 2,5-tonowych SUV-ów z wtyczką. A że mało który właściciel hybrydy plug-in kiedykolwiek podłączy ją do prądu? To już nieistotny szczegół.
„Press F to pay respects”
Do historii przeszła już scena w grze „Call of Duty: Advanced Warfare”, gdzie podczas pogrzebu towarzysza broni głównego bohatera gracz miał przycisnąć klawisz F by w geście szacunku położyć dłoń na trumnie. Od tamtej pory setki milionów internautów wpisało literę F jako komentarze do czyjegoś odejścia, zakończenia działalności zespołu czy upadku firmy. Także i my wpisujemy F w hołdzie dla małego Volkswagena, którego zniknięcie kończy erę przystępnych cenowo aut marki, której znaczenie to „samochód dla ludu”. Chcesz nowego VW? Proszę bardzo, cennik Polo zaczyna się od 103 tysięcy. Oczywiście następca opisywanego modelu też się pojawi, ale raczej nie szybciej niż w 2026 r. i – a jakżeby inaczej – będzie elektryczny.









