Może i Ram 1500 nie jest u nas dostępny równie łatwo co Skoda Fabia, może mało który petrolhead po tej stronie oceanu wzdycha do wielkich pickupów, ale zadziały się z nim rzeczy smutne, imponujące, ciekawe i dziwne, a w niektórych przypadkach wszystko to naraz. Zapraszam więc na wycieczkę po krainie elegancji, ekologii, luksusu i technologii. Zaraz, czy wciąż mowa o pick-upie?
Od premiery obecnej generacji Rama 1500 minęło już 5 lat, czyli nadszedł dobry moment na lifting. Co prawda w świecie pojazdów użytkowych czas płynie wolniej, ale z kolei Amerykanie używają ich powszechnie w roli osobówek, więc tu nie ma to zastosowania. Producent najwyraźniej zdaje sobie z tego sprawę, bo większość zmian raczej trudno uzasadnić względami użytkowymi. Zacznijmy od tego, że…
… nowy Ram 1500 wygląda zaskakująco elegancko
Oczywiście, nadal ma raczej ciężarową sylwetkę i proporcje, bo to tylko lifting i te kwestie raczej nie mogły się znacząco zmienić. Właściwie to wyraźne zmiany zaszły tylko z przodu, gdzie pojawiły się nowe, smuklejsze reflektory i zmodyfikowany grill. Wróć, nowe grille – Ram bowiem, jak to zwykle w tym segmencie bywa, ma kilka różnych wzorów tego elementu w zależności od wersji – konkretnie aż osiem.
Niezależnie od wzoru grill będzie większy i bardziej pochylony do przodu, co ma dawać „heroiczny” wizerunek – a przy tym pewnie jeszcze lepiej ukrywać przed maską dzieci czy Mazdy MX-5. Wracając do elegancji – szczególnie w przypadku nowej wersji Tungsten (czyli po naszemu wolfram – czemu tak? czemu nie!) odnoszę wrażenie, że gdyby trochę przeskalować w dół ten styl, to bardzo dobrze sprawdziłby się on na jakimś dużym SUV-ie premium, i to nawet niekoniecznie z tych sugerujących wyglądem szybkie oddalenie sprzed ich maski na pas obok.
Wewnątrz – „Marian, tu jest jakby luksusowo”
A przynajmniej może być, we wspomnianej wersji Tungsten. W USA rośnie popularność tzw. „luxury trucks”, czyli pick-upów premium, i Ram stworzył tę wersję właśnie w celu konkurowania w tym segmencie. Wnętrze wykończone przeszywaną skórą Natura Plus w dwóch odcieniach, zamszowa podsufitka, „inspirowany kryształem” wybierak biegu i detale określane wspaniale marketingowym „brushed platinum patina aluminum litho bezels” – zdecydowanie bardziej kojarzy się to z limuzyną czy SUV-em z wyższej półki, niż z wołem roboczym.
Do tego dochodzi pokaźny zestaw gadżetów. O wygodne siedzenie dbają fotele z 24-kierunkowym elektrycznym sterowaniem, podgrzewaniem, wentylacją, masażem i jeszcze oddzielnie, elektrycznie sterowanymi zagłówkami. Poza tym jest jeszcze system audio Klipsch Reference Premiere wyposażony w aż 23 głośniki, dwie bezprzewodowe ładowarki dla smartfonów i 10,25-calowy ekran przed pasażerem, który wygląda trochę jak dodatek rodem z AliExpress. Choć ten ostatni nie tyle jest charakterystyczny dla topowej wersji, co po prostu stanowi wyposażenie opcjonalne. A żeby można było chwalić się też dotychczasowymi ekranami, to podstawowy, 12-calowy dostał wyższą rozdzielczość, a do niego dołączył opcjonalny, 14,5-calowy z możliwością podzielenia widoku.
Nie bez powodu Ram uznaje ten model za swój najbardziej zaawansowany technicznie, bo to wcale nie koniec elektronicznych nowości. Poliftingowe 1500 będzie dostępne z systemem pół-autonomicznej jazdy poziomu 2, a jeśli komuś to nie wystarczy, to będzie dostępny też bardziej zaawansowany system określany jako Hands-Free Driving Assist. Ma on pozwalać na autonomiczną jazdę przy dowolnej prędkości, choć – oczywiście – kierowca musi pozostać uważny i kontrolować sytuację, a system będzie kontrolował, czy… kierowca kontroluje jego. Genialne, brzmi jak rozwiązywanie samodzielnie stworzonych problemów i bardziej uciążliwy sposób na jazdę niż samodzielne prowadzenie.
Uff, dość elektroniki! Co pod maską?
Duże zmiany – to kolejny rozdział żegnania się z V8 Hemi. Ram 1500 po liftingu nie będzie już miał w ofercie żadnych ośmiocylindrowych silników, a zastąpią je turbodoładowane R6 Hurricane. Słabsza ma oferować 426 KM i 623 Nm (ciekawostka – 6.2 V8 z konkurencyjnego Silverado ma dokładnie identyczne parametry), a mocniejsza aż 548 KM i 706 Nm. Około 183 KM z litra w pick-upie, czy tylko mi coś tu nie gra? Ten wynik przebija BMW M3 Competition i właściwie równa się z M3 CS. Oczywiście, według zapewnień producenta, nowe silniki mają oferować lepszą ekonomię i niższe emisje, mimo dużego stopnia wysilenia. Nieufnym pozostaje dotychczasowy, 309-konny Pentastar, czyli wolnossące 3.6 V6. Choć ta wersja zapewne nie będzie miała ponad tony ładowności i uciągu na poziomie ponad 5,2 t – a takie parametry ma maksymalnie oferować nowy spalinowy Ram 1500, zapewne w mocniejszej wersji R6 twin-turbo. To wzrost o odpowiednio około 230 i 125 kg.
Chwila, „spalinowy” Ram 1500? Będzie też inny?
Tak, to nie koniec nowości napędowych, bo pojawi się też wersja elektryczna. Hybrydowa? Elektryczna z range extenderem, to będzie dobre określenie. Choć Ram już wcześniej prezentował zupełnie nowy, w pełni elektryczny model 1500 REV, to wyposażona w range extender wersja Ramcharger (podoba mi się ta nazwa; Dodge stosował ją już w latach 70. XX w.) nie ma z nim nic wspólnego, będąc odmianą zwykłego 1500.
No, dobra, z tym nic to przesadziłem – wspólne z REV będą osiągi. Ramcharger będzie napędzany dwoma silnikami elektrycznymi o łącznej mocy 672 KM i momencie obrotowym 833 Nm – to odrobinę więcej mocy i mniej momentu niż ma REV. Takie samo będzie za to przyspieszenie, które do 60 mph (97 km/h) ma wynosić zaledwie 4,4 s. Może i bez sensu, ale takie osiągi w aucie o wymiarach dwóch przeciętnych kiosków to musi robić niesamowite wrażenie. Prąd do zasilenia tego rakietowego sklepiku z prasą będzie pochodził z akumulatora o pojemności 92 kWh, a gdy ta się wyczerpie, jej uzupełnienie będzie możliwe na dwa sposoby.
Jednym z nich jest oczywiście ładowanie, które może odbywać się z mocą nawet 145 kW prądem stałym – nie jest to może wartość rekordowa, ale i tak wysoka, i ma pozwalać na odzyskanie około 80 km zasięgu w 10 minut. I tak jak wiele smartfonów, Ramcharger będzie sygnalizował ładowanie pulsującym światełkiem – będzie nim podświetlane logo RAM. Drugą opcją jest użycie spalinowego range extendera, czyli… dobrze znanego Pentastara. Z jego pomocą pickup ma dysponować zasięgiem aż 1110 km, co brzmi już naprawdę użytecznie, nawet biorąc pod uwagę typowy optymizm takich wartości i amerykańskie odległości. Jeszcze bardziej imponują możliwości przewozowe, wyższe niż w wersji bez elektrycznego napędu. Ładowność ma wynosić rekordowe w klasie 1191 kg (Ducato się szyderczo śmieje), a uciąg 6350 kg, czyli na urlop można spokojnie zabrać pół domu.






