Wszyscy chcielibyśmy, żeby nowy Dodge Charger godnie zastąpił schodzący model o tej samej nazwie, a także rewelacyjnie stylizowanego Challengera, który też spadł z rowerka. Jakoś tego jednak nie widzę.
Choć Dodge Charger w swej historii miał zarówno bardziej jak i mniej imponujących przedstawicieli, to spokojnie można uznać, że oferowane do niedawna sedany z mocarnymi silnikami V8, pomimo odejścia od wizji klasycznego 2-drzwiowego muscle cara, i tak były naprawdę godne uwagi. Co więcej, nawet trudno powiedzieć, żeby Charger jakoś bardzo zestarzał się wizualnie – duży lifting z 2014 r. spokojnie wystarczył na dociągnięcie produkcji do niedawna i w zasadzie wygląd auta był niemal tak samo udany jak w przypadku Challengera.
Ale nic nie może przecież wiecznie trwać. Oto nowy Dodge Charger
Generalnie wiedzieliśmy już od dłuższego czasu, czego się spodziewać, ale jakoś tak… chyba jakaś część mnie łudziła się, że coś jeszcze zmienią. Poprawią, o – to lepsze słowo. No ale nie.
Nowy Dodge Charger zabiera nas w przeszłość. I to nie jest dobra informacja
Przeszłość, w którą zabiera nas nowy model nie oznacza udanej reinterpretacji designu z 1969 r. Owszem, mamy tu nawiązania do Chargerów z tego okresu… problem w tym, że ponaklejano je na nadwozie, które wygląda, jakby pochodziło nie z 2024, a z 2009 r. – i to przy bardzo delikatnej ocenie, bo spokojnie można by mu jeszcze dołożyć kilka lat. Do tego mamy zbyt długi rozstaw osi, za małe koła, klapę bagażnika otwieraną wraz z szybą niczym w Chargerach L-body z lat 1983-1987 (?!) i wnętrze, które… które nie wiem co.
Owszem, mamy tu selektor kierunku jazdy w kształcie, który zapewne miał nawiązywać do jednej z kultowych końcówek dźwigni zmiany biegów Hurst, ale wnętrze jako całość jest po prostu bez sensu. Boczki drzwi nijak nie współgrają z wyglądem karoserii, mamy niepotrzebnie wielki ekran, a kierownica wygląda staro – przynajmniej tu jest jakaś koherencja z nadwoziem, które ma być dostępne także w odmianie 4- 5-drzwiowej.
Jeśli chodzi o wygląd nadwozia, to prawdopodobnie w dość dużym stopniu będzie je można poprawić odpowiednim doborem kolorystyki i felg. Niestety, za dobór tych detali na grafikach prasowych odpowiadał ktoś, komu najwidoczniej Stellantis kazał jeździć autem z silnikiem 1.2 PureTech, więc się odegrał srebrnym lakierem i zupełnie niewyróżniającymi się obręczami na większości obrazków. Całość wygląda jak wóz amerykańskiego nastolatka, który nie chce rzucać się w oczy, żeby czasem ktoś nie doczepił się do jego 140 koni z 4-litrowego V6 pod maską.
A tu nawet silnika spalinowego nie ma
Dodge Charger co prawda pojawi się w wariancie napędzanym sokiem z dinozaurów, ale będzie to miało miejsce dopiero w przyszłym roku. Pod maską znajdzie się tam rzędowa szóstka Hurricane o pojemności 3 l, która zależnie od wersji ma osiągać 420 lub 550 BHP (426-558 KM). Spalinowe Chargery mają nosić nazwę Sixpack, co jest nawiązaniem do trzech dwugardzielowych gaźników, które Dodge oferował w niektórych modelach w latach 60. i 70. XX w. – tyle że wtedy stosowano pisownię rozdzielną, Six Pack.
Skoro nie ma jeszcze spalinowego Chargera Sixpack to co jest? Charger elektryczny, ma się rozumieć. I wiecie, jak oni go nazwali? Daytona. DAYTONA. Doprawdy ciekawi mnie, czy to była inwencja kogoś z Dodge’a, czy może przyszedł tam jakiś koleś ze Stellantisa i kazał tak zrobić, to tak zrobili.

Porównajcie sobie z klasyczną Daytoną. Ciekawostka: skrzydło miało taką wysokość, że można było bez przeszkód otwierać bagażnik – choć głównym celem było uniknięcie konieczności radzenia sobie z zawirowaniami powietrza, tzw. brudnym powietrzem.
Charger Daytona (bleh…) jest dostępny w wersjach 503- oraz 679-konnej
Obie mają napęd na obie osie, podobnie zresztą jak będzie to w wersjach spalinowych. Bączki będzie można jednak pokręcić – auta mają być wyposażone w tryb przekierowujący całą moc na tylną oś. No fajnie, ale wolałbym chyba jednak blublublublu spod maski.
Aha, i jeszcze jedno: elektryczny Dodge Charger waży 2648 kg
Dwa tysiące sześćset czterdzieści osiem kilogramów. Jak słusznie zauważono na Motor1.com, jest to poziom maksymalnie dopakowanej wyposażeniem Kii EV9 – potężnego elektrycznego SUV-a. I odrobinę więcej od Cadillaca Lyriq. No ręce puchną od klaskania. Oczywiście za taki stan rzeczy odpowiada przede wszystkim spory akumulator trakcyjny, którego pojemność całkowita to 100,5 kWh, a użyteczna – 93,9 kWh. Aha, i wrzucili tam taki, bo nie przejmowali się efektywnością ani zasięgiem. No na pewno.
Osiągów Chargera Sixpack jeszcze nie znamy, ale Daytona zależnie od wersji ma przyspieszać do 60 mph (97 km/h) w 4,7 lub 3,3 s. Zasięg bazowej Daytony R/T ma wynosić 317 mil (510 km) na jednym ładowaniu, a 680-konnej Daytony Scat Pack – 260 mil (418 km).

Dodge Charger Daytona w wersji R/T. Ta wersja nadwoziowa pojawi się w 2025 r. A w ogóle to szanuję za rozmycie tła, skoro auto stoi.
Bardzo chciałbym napisać coś pozytywnego
I w sumie nawet przyszło mi coś takiego na myśl. Jeśli chcecie nowoczesnego pony czy muscle cara, kupcie sobie nowego Mustanga. Tam nadal V8 jest i ma się dobrze. A Dodge? A co to takiego ten Dodge?




