Cześć i czołem, kluski z rosołem. Zapraszamy na Garażowe rozmowy, gdzie po raz kolejny będziemy Was o coś pytać. To trochę jak na lekcjach w szkole, tylko przyjemniej.
Pytanie, które zadajemy Wam w tym tygodniu dla wielu osób może być trudniejsze, niż się wydaje. Z jednej strony mogłoby się bowiem wydawać, że znaczna część naszych Czytelników przy każdej okazji chwyta kluczyki i wskakuje do auta, a z drugiej – różnie to bywa z ilością codziennych obowiązków i związaną z tym ilością wolnego czasu, różnie to bywa z finansami, wreszcie: różnie też bywa ze stanem technicznym samochodu, którym chciałoby się pojeździć. Bo może na przykład jest w trakcie remontu?
Mi zdarza się wskoczyć za kierownicę by pojeździć bez celu, choć rzadziej niż kiedyś
Jednak gdy tylko mam ku temu okazję, to na ogół z niej korzystam – bo prowadzić po prostu lubię, lubię też poznawać nowe trasy lub obserwować, co zmienia się przy drogach mi znanych, ale od dłuższego czasu przeze mnie nieodwiedzanych.
Oczywiście do tematu można też podejść w inny sposób: mi po prostu każdy kurs, obojętnie czy udaję się w jakieś konkretne miejsce lub w konkretnym celu czy nie, sprawia przyjemność. I to nie tylko w moim samochodzie – po prostu na tyle lubię prowadzić, że z chęcią ponownie zrobiłbym np. jakieś 1000 km Hyundaiem i20 w ciągu dnia. Ale okej, przyznam że jeszcze chętniej ponownie usiadłbym za sterami Lexusa RC F. Albo choćby RX-a 450h sprzed dwóch generacji, który jest chyba najbardziej relaksującym samochodem, jakim miałem okazję jeździć. Nie najlepszym, nie najbardziej komfortowym, ale właśnie najbardziej relaksującym.
Samą przyjemność z prowadzenia można rozumieć na różne sposoby – i wszystkie są dobre
Może tu chodzić o jakąś adrenalinę, może chodzić o komfort i relaks, może też chodzić o przyjemność płynącą z odsłuchu systemu audio lepszego niż ten w domu – zależy kto czym jeździ.
Gdy miałem jeszcze Peugeota 205 w stanie, który wizualnie sugerował kondycję „TÜV sagt nein” (ale mechanicznie i blacharsko był wbrew pozorom w porządku), uwielbiałem kruzować nim po mieście późnym wieczorem i w nocy. Ot, krótkie wypady do 50 km, bo na takim dystansie niesamowicie miękkie fotele zapewniały świetny komfort. Powyżej 50 km stawały się odrobinę uciążliwe, a powyżej 100 km – koszmarne. Lubiłem też posłuchać gaźnikowego TU1.
Oczywiście tutaj zaraz ktoś powie, że TU1 (dla niewtajemniczonych: 1,1 l pojemności i 55 KM) do niczego innego poza powolną jazdą się nie nadaje, i będzie mieć w tym trochę racji – ale na wysokich obrotach wóz miał taką cechę, że sprawiał wrażenie jakby wchodził właśnie w nadświetlną. Dokładnie tak jak z tych wszystkich memów i dowcipów: gaz w podłogę, dwójka, trójka, a tu nadal jedziemy poniżej 90 km/h poza terenem zabudowanym. Aczkolwiek realne (według GPS) 140 km/h na autostradzie utrzymywał bez większego kłopotu.
No, ale ja się tu rozgaduję, a przecież teraz jest chwila na oddanie klawiatur (i ekranów) Wam.


