Cześć, witamy w Garażowych rozmowach. Dziś naszym tematem będzie agresja drogowa.
Ruch uliczny stosunkowo często porównuje się do całkiem dobrze działającej, bardzo skomplikowanej maszyny. Istotnie, gdyby się na tym skupić i po prostu poobserwować z lotu ptaka, to jest to widok fascynujący. Ale tak jak w maszynie może się coś zepsuć, tak i w ruchu drogowym zdarzają się różne problemy.
Jednym z nich jest agresja drogowa

fot. master1305, Freepik.com
Jest ona problemem nawet bez jakichś dalszych następstw, tyle tylko, że często do nich prowadzi. Do kłótni, bijatyk, kolizji, wypadków. W skrajnych przypadkach nawet do czyjejś śmierci.
Czemu więc takie zjawisko w ogóle się pojawia? Pomijając kwestie związane po prostu z psychicznymi predyspozycjami kierowców, często się to po prostu… opłaca. Pozwala się gdzieś wepchnąć, dojechać wcześniej, kogoś zastraszyć. Przynajmniej do momentu, gdy na danego kozaka znajdzie się większy kozak. Chyba że mamy do czynienia z dwoma takimi rodzynami, to wtedy pozostaje tylko zacząć sprzedawać bilety na walkę kogutów. Lub ewentualnie na jakąś późniejszą sekcję zwłok czy coś tego typu.
Czy regularnie widujecie przykłady agresji drogowej na żywo?
Ja nie – i całe szczęście. Skłamałbym jednak mówiąc, że nie widuję ich w ogóle, ale zwykle kończy się na wywrzaskiwaniu czegoś przez okno. Parę miesięcy temu widziałem, gdy jakiś jegomość wysiadł z samochodu na światłach i nad wyraz żywo dyskutował z kierowcą następnego auta.

– W których czipsach znalazł pan prawo jazdy? Bo kursu to pan na oczy nie widział. / fot. Freepik.com
Najbardziej zapadł mi jednak w pamięci przypadek sprzed lat
Na co dzień pomykałem wtedy po Krakowie. Na skrzyżowaniu pod domem handlowym Jubilat zauważyłem, że jakaś kobieta przez otwarte drzwi samochodu wrzeszczy na innego kierowcę, a potem z całej siły mu te drzwi zatrzaskuje. Chwilę później było jeszcze ciekawiej, bo gdy światło zmieniło się na zielone (jechaliśmy w stronę Mostu Dębnickiego i dalej), kobieta zaczęła zajeżdżać wspomnianemu drugiemu kierowcy drogę i robić mu tzw. brake-check, czyli hamować tuż przed maską niemal do zera. Chyba nie muszę wspominać, że tym samym blokowała też kilka-kilkanaście innych samochodów, ponieważ w tym miejscu ruch był spory przez cały dzień.
Po kilku takich akcjach nie wytrzymałem i gdy akurat agresorka została na chwilę z tyłu, bo atakowany ją ominął, zanim się pozbierała sam ją szybko wyprzedziłem i przez kolejnych kilka kilometrów jechałem obok atakowanego kierowcy, przez co nie miała jak nas wyprzedzić i powtórzyć tej chorej akcji – choć pamiętam widok z lusterka i jej skakanie po pasach, jakby szukała dziury którą mogłaby się przecisnąć.
Dość o mnie, pora na Was. Zapraszamy do komentowania i dyskusji.
Zdjęcie główne: diana.grytsku, Freepik.com