Drodzy, dziś mamy przyjemność opublikować kolejny wpis gościnny. Jego autorem jest Łukasz „Juby” Ptaszyński, znany m.in. z licznych artykułów dla magazynu „GT”. Był także scenarzystą „Operacji Tuning” w TVN Turbo, znacie go również z YouTube’a z różnych kanałów o tematyce tuningowej. Nie przedłużajmy – oddajemy Łukaszowi klawiaturę, by ten mógł się podzielić tekstem pt. „Renesans tuningu”. Zapraszamy.
Moda ma to do siebie, że powraca. Podoba nam się to, co znamy. Najczęściej z lat młodości, które idealizujemy przez pryzmat pięknych wspomnień. To dlatego wiele osób ma sentyment do PRL-u i siermiężnej polskiej motoryzacji tamtego okresu, chociaż w latach, kiedy funkcjonowały rodzime marki wybierano je raczej z konieczności.
Pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków wychowało się na samochodach przełomu wieków. Ci, których motoryzacja fascynowała za młodu, na pewno liznęli modnego wtedy tuningu. Dzięki temu dziś powraca on na salony. Coraz częściej zmodyfikowane auta widać na spotach czy zlotach wiecznie młodych samochodów. Czy youngtimer z zestawem spoilerów, neonami czy drzwiami w stylu Lamborghini to dziś obciach i równa się z wykluczeniem z tak zwanego środowiska czy wręcz odwrotnie: to magnes przyciągający zazdrosne spojrzenia?
Pełnoletność osiągnąłem w roku 2000
Niewiele później, bo jeszcze przed zdaniem matury, zacząłem zawodowo zajmować się dziennikarstwem. Dość szybko porzuciłem pisanie o mobilnej telekomunikacji by zająć się tym, co kochałem od dziecka, czyli motoryzacją. Traf chciał, że na uczelnianym korytarzu Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego znalazłem ogłoszenie o naborze do miesięcznika „GT”. Jeśli tuning to dla ciebie coś więcej niż strojenie radia – od tych słów z owego anonsu zaczęła się moja wielka tuningowa przygoda.
Był rok 2003. Na ulicach królowały budżetowe nowe auta włoskiej i koreańskiej marki produkowane w Polsce. Używane Ople, Toyoty czy Volkswageny występowały nawet liczniej, jednak były generyczne, podobne do siebie i nie wyróżniające się z tłumu. Uwagę przyciągały auta drogie, niedostępne dla przeciętnego obywatela. Porsche, nowe wówczas Mercedesy, BMW czy w ostateczności niektóre modele Grupy Volkswagena. Na szczęście był sposób, żeby „łamać karki przechodniów” za ułamek ceny 911-tki czy S-klasy W220. Były nim modyfikacje, im bardziej rzucające się w oczy, tym lepsze.
Przeważnie bazowały na starszych autach zachodnich lub poczciwych Maluchach, Polonezach czy „bandziorach” jak wtedy nazywano Fiaty 125p. Nieco bogatsi „dłubali” Sportingi, które podobnie jak Astry GSi kojarzyły się z amatorskim sportem motorowym, ale nie tylko. Raczkujący Internet zrzeszał miłośników motoryzacji, fora płonęły od dyskusji o modyfikacjach. Jednak prawdziwymi krynicami lansu były zloty tuningowe, a najwyższą nobilitacją – prezentacja auta w gazecie branżowej.
Mój pierwszy tekst dotyczył wprawdzie BMW M3 typoszeregu E46 od Hamanna, ale był oparty o materiały prasowe tunera, więc się nie liczy. W miesiącu pisałem o kilku autach, przeważały Golfy, starsze generacje BMW czy Calibry oraz wszystko, co można było odziedziczyć po dziadkach czy rodzicach. Asortyment części do modyfikacji Polonezów, Daewoo czy tak cenionych ówcześnie w Polsce japończyków nie był duży. Pisząc wprost, był wręcz zerowy, trzeba było rzeźbić z czego popadnie. Zestawem obowiązkowym były felgi ze stopów metali lekkich, a w wersji budżetowej – kołpaki o fantazyjnych kształtach, które przez „bananowe towarzystwo” były, jak byśmy dziś powiedzieli, hejtowane.
Must have to przyciemnione szyby, obniżone zawieszenie (często po prostu cięte sprężyny) i przynajmniej końcówka wydechu
Pod maską „sportowe” świece, stożkowy filtr powietrza i… magnetyzery. Zabudowy audio to przynajmniej tylna półka z artylerią głośników, a najlepiej – skrzynia basowa z subwooferem na cały bagażnik. Neonowe podświetlenie podwozia czy liczne naklejki (memiczna lista życzeń na drzwiach złożona z kalkomanii renomowanych firm tuningowych) nikogo nie bulwersowały, wręcz przeciwnie.
Oczywiście niektórzy podchodzili do modyfikacji ambitniej. Nie brakowało swapów mocniejszych jednostek napędowych czy garażowych turbo-kitów. Powstawała tak polska scena wyścigów równoległych na dystansie ćwierć mili, podsycona filmami o szybkich i wściekłych, jak i kultura driftingowa, ale nie oszukujmy się – ulubioną rozrywką na zlotach było palenie gumy. Kultowy toruński Auto Tuning Show czy majówka z BMW były mekką takich zabaw i tuningu jako takiego. Były też duże spotkania fanów jednej marki, z VW Manią na czele, ale nie brakowało też zlotów bardziej lokalnych jak Borki czy Tuningowisko.
Z biegiem czasu pstrokate, nieco kiczowate modyfikacje zaczęły budzić zażenowanie, stały się synonimem obciachu
Podobnie jak kultowy dziś Opel Calibra, którego populację tuning mocno przetrzebił. Był moment w którym wydawało się, że wszystkie zostały zmodyfikowane, a Calibra Team został unieśmiertelniony w prześmiewczej piosence.
Apogeum był niebieski egzemplarz firmy LTS (Luksusowe Tapicerki Samochodowe) z nadwoziem ulepionym ze szpachli i żywicy.
Tuning podzielił się na nurty: czysty styl niemiecki, cultstyle, performance, jdm czy wreszcie styl śródziemnomorski, ale to temat na inną opowieść.
Modyfikacje przełomu wieków odeszły do lamusa, ale… nie na zawsze. Od pewnego czasu widać trend na ich powrót. Sam w tym roku na kanale o zabytkowej motoryzacji współprowadziłem odcinek o zmodyfikowanym w takim klimacie Polonezie Atu. Dokładnie tym samym, który debiutował „razem ze mną” w 2003 roku.
Zresztą wystarczy pojechać na dowolne spotkanie youngtimerów, żeby spotkać się z tak przerobionymi klasykami. Oczywiście najbardziej cenione są dziś modyfikacje zgodne z epoką produkcji auta, ale i tonące w szpachli auta z wydatnymi body kitami budzą sentyment. Nawet na poważnych imprezach targowych pojawiają się przerysowane projekty spod ręki Akiry Nakai (RAUH-Welt BEGRIFF RWB) czy zestawach nadwoziowych Rieger Tuning, Koenig Specials lub po prostu ubrane w akcesoria z katalogu D&W.
Czy lambo-doorsy, lampy lexus-look oraz reflektory z ringami zdominują scenę youngtimerów? Oczywiście, że nie! Będą egzotyką, swego rodzaju folklorem, ale nikt nie odważy się nie wpuścić z ich powodu auta na imprezę z selekcją. Są symbolem przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych do którego moi rówieśnicy mają sentyment. Bo kto nie tęskni za młodością?!
Zdjęcia Poloneza Atu: Artur Perzanowski, Minimalna Produkcja. Zdjęcia pozostałe: Łukasz „Juby” Ptaszyński












