Od pewnego czasu często natrafiam na różne komentarze dotyczące tego, by w ramach szybkiej jazdy albo zabawy w drift jechać na tor wyścigowy, a nie urządzać sobie zabawę na autostradach bądź parkingach. Obawiam się, że osoby, które tak twierdzą, nigdy nie były na torze i nie za bardzo wiedzą, o czym piszą.

Co jakiś czas pojawiają się informacje na temat przyłapania kogoś na szybkiej jeździe po autostradzie lub na kręceniu bączków gdzieś na uboczu. Otrzymują oni oczywiście mandaty zgodne z prawem, choć nie zawsze w pełni uzasadnione rozsądkiem – jeśli chodzi o te za kontrolowane (lub nie) poślizgi gdzieś z dala od wszystkiego.

Zawsze pojawia się wtedy dużo komentarzy

Duża część z komentujących głosi hasła mówiące o tym, że jeśli ktoś chcę szybko jeździć lub driftować, to niech sobie pojedzie na tor. I w ogóle to po co samochody mają dużo mocy, skoro maksymalnie możemy jeździć tylko 140 km/h – co znowu jest pewną nieznajomością tematu, bo przecież od mocy zależy nie tylko prędkość maksymalna.

Crosley Cobra

Niech wszyscy jeżdżą tym. / fot. borowags, BringaTrailer.com

I tu pojawiają się moje wątpliwości co do autorów tych twierdzeń. Otóż jeśli byliby kiedykolwiek swoim samochodem na którymś torze wyścigowym w celu szkolenia lub na track dayu, albo chociaż mieliby jakiekolwiek pojęcie na temat jazdy sportowej czy o tym, jak te tory wyglądają, to szybko by się dowiedzieli, że mało gdzie można sobie pozwolić na naprawdę szybką jazdę w wartościach bezwzględnych. Mam tutaj na myśli zbliżanie się do prędkości maksymalnych albo chociaż sporo wyższych niż autostradowe 140 km/h.

Większość torów w Polsce to tory mocno techniczne z dość niską prędkością średnią

Trudno znaleźć tak długie proste, by normalnym samochodem (czyli np. bez skróconych przełożeń w skrzyni biegów lub dyferencjale) osiągnąć prędkość maksymalną, a im mamy mocniejszy fabrycznie samochód, tym ta prędkość jest zazwyczaj wyższa, więc mimo nawet długiej prostej na przykład na torze w Poznaniu i tak nie damy rady rozpędzić samochodu do kresu jego możliwości. Oczywiście jest też coś, co chyba każdy fan motoryzacji lubi i do czego dąży – czyli szybka jazda w zakrętach, duże przeciążenia boczne i wykorzystywanie właściwości trakcyjnych samochodów do maksimum. Sam bardzo to polubiłem i uważam to za świetną i naprawdę wymagającą zabawę. Mnie po pierwszych minutach na Torze Łódź w mojej Maździe MX-5 bolał brzuch od zapierania się w zakrętach, gdy jeszcze nie zamontowałem pasów szelkowych.

Tak czy owak przykładowo na ww. torze osiągałem maksymalnie prędkość około 100-110 km/h, a na szkoleniu RWD Rookie na torze Ułęż mimo dużo dłuższych prostych rozpędzałem się maksymalnie do okolic 140 km/h. To nie jest ogromna prędkość (na prostej) i każdy, kto choć raz byłby na torze, wiedziałby, że tak to właśnie wygląda. Poniżej część przejazdu na Torze Łódź, tu osiągałem prędkość jedynie nieco ponad 100 km/h.

Jednakże wiele osób, w tym i ja, ma czasem ochotę pojechać też po prostu szybko, czy to dla samej przyjemności, by chwilę „pozasuwać”, czy dla sprawdzenia osiągów swojego samochodu. A do tego tory wyścigowe po prostu się nie nadają. Więc stwierdzenie o tym, że jeśli chcemy bardzo szybko jeździć, to powinniśmy jechać na tor, jest po prostu nieznajomością tematu i pewną ignorancją.

Nie namawiam ani nie usprawiedliwiam testowania osiągów maksymalnych na drogach publicznych z ograniczeniami

Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na to, że nie za bardzo jest gdzie to zrobić i tor nie jest odpowiedzią na wszystkie potrzeby, jak to uważają niektórzy głoszący swoje teorie w Internecie. Nie uważam też, że w odpowiednich warunkach szybka jazda jest czymś tak strasznym, jak niektórzy twierdzą, grunt to robić to np. na pustym, pozbawionym ograniczeń odcinku autostrady – tutaj w lepszej pozycji są oczywiście mieszkańcy zachodniej części kraju ze względu na bliskość Autobahn.

tor wyścigowy

Na torze Ułęż osiągałem maksymalnie około 140 km/h.

Ale wróćmy jeszcze do poślizgów

Tu sprawa też nie jest tak prosta, jak znalezienie toru. Otóż ponownie, gdyby niektórzy choć trochę interesowali się tematem, to szybko zauważyliby, że wcale nie tak łatwo jest znaleźć ośrodek, na którym moglibyśmy pojechać swoim seryjnym samochodem, by parę razy zarzucić tyłem i albo trochę się pobawić, albo zobaczyć jak auto zachowuje się, gdy przesadzimy z gazem i tym podobne.
Wiele torów w przypadku otwartych track dayów pozwala na jazdę z pomiarem czasu, oczywiste więc jest, że drift jest zakazany, bo stwarzałby zagrożenie pomiędzy uczestnikami i uniemożliwiałby jazdę na czas. Sporo torów nie urządza również treningów driftingowych, a przynajmniej nie na co dzień. Być może grupy zorganizowane mogą sobie na to pozwolić, ale tu wchodzimy na poziom profesjonalny – coś zupełnie bez sensu dla posiadacza zwykłego tylnonapędowego samochodu, który na przykład chciałby nauczyć się zawracania na ręcznym.

tor wyścigowy

Są miejsca, gdzie za kilkaset złotych możemy wjechać na trening tego typu, ale mają dość wysokie wymagania. Chociażby Tor Jastrząb oferuje treningi, ale wymagają oni minimum podstawowej klatki bezpieczeństwa lub rollbara, a także pasów sportowych. Tu pojawia się problem, bo już trzeba przygotować samochód, a klatka może znowu powodować problemy z przejściem przeglądu okresowego. Wpadamy więc w absurd, jeśli mówimy o kimś, kto chciałby chwilkę potrenować od czasu do czasu, zakręcić ze dwa bączki – komu to nie sprawia frajdy? I pojechać do domu, bez stresu o to, że blokuje innych uczestników, gdy mu jeszcze do końca nie wychodzi lub brakuje szpery i mocy.

Jeszcze mi nie wychodzi, ale ćwiczeniami w takim miejscu krzywdy nikomu nie zrobię.

Jeśli ktoś znajdzie taki plac z dala od zabudowań czy infrastruktury, to naprawdę nikomu nie powinien przeszkadzać i nie ma nic złego, jeśli ktoś chce w ten sposób potrenować. Niestety jedyna obawa to policjanci, jeśli akurat będą mieli zły dzień, bądź uprzejmi nagrywający i wysyłający naszą zabawę do prowadzących profile w sieci, które lubią nakręcać wyświetlenia z takich sytuacji. Nie rozumiem więc do końca w takich sytuacjach oburzenia i przytaczania argumentów o torze wyścigowym, bo jest to praktycznie nie do zrealizowania w ten sposób – ale żeby to wiedzieć, trzeba mieć minimum zainteresowania i chęci… doskonalenia jazdy czy odkrywania, poznawania swojego samochodu. Gdyby takie potrzeby pojawiały się u komentujących którzy narzekają i przytaczają tory wyścigowe jako jedyne miejsca do nauki poślizgów, to szybko doszliby do wniosku, że to wcale nie tak jak myślą.

 Trening poślizgów na śniegu.

Jasne, upalanie głośnych samochodów nocami na parkingach gdzie znajdują się inne samochody, nie jest zbyt mądre i nie powiem, że to pochwalam. Jednakże robiąc to z głową, z dala od budynków, samochodem z tłumikiem i bez postronnych osób jest wręcz czymś godnym pochwały i naśladowania.

I tego się będę trzymać.

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy - dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to