Drodzy Czytelnicy, dziś pora na następny wpis gościnny. Podobnie jak poprzednio, tekst popełnił Łukasz „Juby” Ptaszyński znany m.in. z magazynu „GT” czy z „Operacji tuning” na TVN Turbo – i nie tylko. Tym razem przeczytamy kilka słów na temat zarobkowego przewozu osób w Warszawie, a konkretniej – o samochodach używanych tam do tego celu. Oddajemy Łukaszowi klawiaturę i życzymy Wam przyjemnej lektury.
Nie jestem fanem przewozów osób. Wszelkie aplikacje do zamawiana przewodu osób budzą we mnie obawy. Przede wszystkim o bezpieczeństwo przejazdu, ale i o niemożność dogadania się z kierowcą. A lubię zarówno gadać jak i słuchać. Opowieści taksówkarza są dla mnie wartością dodaną do kursu. Podczas słuchania jednej z nich zrodził się pomysł na ten tekst.
Otóż dawno nie widziałem na postoju Mercedesa W124
Popularny „Baleron” częściej gości na zlotach youngtimerów niż służy jako taksówka, a prawilnego, w kolorze budyniu (kolor charakterystyczny dla niemieckich taxi) widziałem ostatnio w… garażu handlarza klasykami.
Long story short: podczas odwiedzin w Gdyni chciałem przemieścić się z nowej dzielnicy, Śródmieścia Morskiego, do Orłowa. Korzystam głównie z usług firmy, w której kursy realizują licencjonowani taksówkarze, ale zamówienie składa się poprzez aplikację. Niezależnie czy jest to Warszawa czy Trójmiasto, najczęściej dostaję SMS z potwierdzeniem w stylu „będzie grafitowa Toyota…” co najczęściej oznacza Priusa, Corollę, w porywach do Camry. Kiedy zobaczyłem, że przyjedzie po mnie Mercedes, zachodziłem w głowę którym modelem stuttgarckiego producenta opłaca się w 2024 roku wozić ludzi.
Kiedy zobaczyłem czarne W124 250D, od razu na mojej twarzy pojawił się tzw. banan
Szczególnie, że pan Andrzej okazał się „klasycznym cierpem” (co wcale nie jest dla mnie określeniem pejoratywnym, mój Tata jeździł, ja też liznąłem tego zawodu). Podczas krótkiego kursu dowiedziałem się, że auto nawinęło na koła ponad milion czterysta tysięcy kilometrów, co dla wolnossącego diesla z pięciobiegowym manualem jest dopiero rozgrzewką. Dobry stan blacharki to zasługa przedliftingowej wersji (odporniejszej na „rudą szmatę” niż model znany już jako klasa E) i remontu, który wóz przeszedł 5 lat temu. Wnętrze: gabinet. MB-Tex jest nie do zabicia, chociaż nie jechałem modelem, który fabrykę opuścił z opcją taksówkarską. Normalnie podróż w czasie. Polecam. Podczas tego wyjazdu nie chciałem już korzystać z usług innego kierowcy w innym aucie, dzięki czemu wysłuchałem kilku historii spod trójmiejskich hoteli lat 90.
Pamiętam, że jako kilkulatek z zaciekawieniem przyglądałem się najpierw remontowi „Beczki” W123 200D, który mieszkający na moim osiedlu taksówkarz przeprowadzał pod chmurką, a potem, bodaj w 1995 roku, składaniu w takich samych warunkach następcy, czyli W124 przywiezionemu z Niemiec w częściach.
Początek lat 90. w Warszawie to okres, kiedy „na słupach” królowały auta z gwiazdą w logotypie. Im większe i bardziej luksusowe były to Benze, tym większe było prawdopodobieństwo, że postojem zarządza mafia taksówkarska. Pod warszawską Rotundą można było wtedy znaleźć W126 300SD z amerykańskim frontem w długim nadwoziu, pobliski Hotel Forum imponował W140-tką pana Wieśka, a port lotniczy na Okęciu opanowała szemrana korporacja Airport Taxi z samymi Mercedesami we flocie. Zresztą cywilizowane korporacje też w pewnym okresie szczyciły się tym, że ich tabor składa się wyłącznie z aut z gwiazdą. Tak było w Sawie, powstała wręcz korporacja Merc-Taxi, której nazwa nie pozostawiała złudzeń, jakim wozem realizowany będzie kurs. Szczególnie na początku lat 90., jak i gospodarki wolnorynkowej, miało to niebagatelne znaczenie, wszak poruszanie się po mieście taksówką (jako pasażer) było przejawem statusu materialnego, więc wóz nie mógł być byle jaki.
Pierwsze taksówki w Warszawie pojawiły się w 1908 roku
Nie spodobało się to dorożkarzom, którzy widzieli w automobilach kres swojego zawodu. Pewnie tak by się stało, gdyby nie II wojna światowa i fakt, że warszawskie taksówki zostały zarekwirowane przez okupanta. Na ulicach nadal królowały dorożki, pojawiły się też riksze. W 1946 roku zmotoryzowanych taksówek naliczyć można było na stołecznych ulicach 22.
Taksówek przybywało lawinowo, w 1949 roku ich liczba przekroczyła 1000. Stan taboru pozostawiał jednak wiele do życzenia. Przeważały zdezelowane auta przedwojenne, często porzucone przez wycofujący się front. Mimo to przewóz osób był usługą drogą i elitarną. W ramach walki z prywatną inicjatywą w styczniu 1951 powstało Miejskie Przedsiębiorstwo Taksówkowe (MPT), które zaczęło świadczyć usługi 23 października tegoż roku. Flotę warszawskich taksówek stanowiły na początku samochody radzieckiej marki Pobieda, w wersji M-20A fabrycznie montowane z przeznaczeniem na taksówki. Pierwsze egzemplarze sprowadzono z ZSRR.
Gdy Fabryka Samochodów Osobowych na Żeraniu zaczęła najpierw montaż, a potem produkcję licencyjnej Warszawy, to te auta zaczęły wozić pasażerów. W ofercie dla przedsiębiorstw taksówkarskich wzorem Pobiedy oferowano ją w wersji specjalnej TAXI. W latach 50. aut prywatnych było tak mało, że szczególnie na terenach podmiejskich „taksówka” stała się synonimem auta osobowego jako takiego. Z drugiej strony szary obywatel miał nikłe szanse na zakup FSO Warszawy na rynku pierwotnym, zdecydowanie bardziej realne było odkupienie wozu z taksówkarskiego demobilu.
Garbata Warszawa o nadwoziu typu fastback miała obszerne wnętrze, ale kufer nie był wygodny do załadunku. Mówi się, że opracowana w Polsce wersja trójbryłowa powstawała m.in. z myślą o użytku na taksówce.
Taksówki FSO Warszawa były obecne na postojach do lat 80.
Jednak już pod koniec lat 60. zaczęły je wypierać Polskie Fiaty 125p, przemianowane w 1983 roku na FSO 1500. Najsłynniejsza taksówka polskiej kinematografii to właśnie 125p w kolorze L-79. Bursztynowe auto znamy z serialu „Zmiennicy”. Tak naprawdę wystąpiło w nim kilka egzemplarzy, ale najbardziej kultowy jest oczywiście ten o numerze rejestracyjnym WAB606B. Były to złote czasy dla kierowców, czasy w których to oni dyktowali warunki przewozu, tak cenowe jak i… odnośnie kierunku kursu.
Na postojach stały także Wołgi różnych generacji oraz nieliczne Łady. U schyłku PRL-u pojawiły się auta niemieckie, głównie wspomniane Mercedesy, większe Ople, Fordy czy Volkswageny i Audi (szczególnie model 100 C3 a.k.a. Cygaro). Co ciekawe, popularności w służbie transportu nie zdobyły Wartburgi ani Skody.
Gospodarka wolnorynkowa przyniosła wiele zmian
Przede wszystkim MPT podjęło decyzję o wycofywaniu 125p ze służby. Początkowo miały je zastąpić Polonezy w barwach marki tytoniowej Camel. Nie przyjęły się jednak, klienci nie chcieli być wożeni Polonezami Caro. MPT zdecydowało się na rozpisanie przetargu, w wyniku którego na ulice wyjechały Fiaty Tempra/Tempra SW oraz Peugeoty 405.
405-tki zdobyły sporą popularność na TAXI w Warszawie. Białe samochody dostarczyło… Centrum Zdzisław, nomen omen, Biały. Działo się to zanim marsylskie taksówki zaczęły kojarzyć się ze stuningowanym Peugeotem 406. Zresztą w Warszawie ten model też cieszył się uznaniem. Natomiast dzięki serialowi „Klan” przez pewien czas taksówka kojarzyła się z Ryśkiem i jego Fiatem Mareą.
Pierwsza dekada XXI wieku to pełen misz masz taksówek na warszawskich ulicach. Z jednej strony taksówkarze korzystali z aut montowanych/produkowanych w żerańskim FSO, bardziej modeli Espero czy Nubira niż mniej lubianych zarówno przez kierowców jak i ich pasażerów Polonezów. Z drugiej wielu z nich decydowało się na Volkswageny Passaty generacji B5/B5 FL z pancernymi silnikami TDI. Z trzeciej zaś wciąż obecne były Mercedesy, choć model W210 nigdy nie był szczególnie lubiany, a W211 służyło głównie jako hotelowe taksówki. Dziś rynek zdominowały hybrydowe Toyoty najczęściej zasilane LPG. Zresztą dziś prawdziwych cierpów już nie ma, zastąpili ich najpierw kierowcy z Ukrainy, a teraz z bardziej egzotycznych krajów jak Indie czy kraje kończące swoją nazwę na „-stan”.
Czy następny etap to autonomiczne taksówki?
Pewnie za kilka, kilkanaście lat tak. Wcześniej czeka nas wysyp elektryków. Najprawdopodobniej chińskich, chociaż na stołecznych ulicach od kilku lat można spotkać Tesle, które nie przebiły się do korporacji szerokim strumieniem. Na pewno już dziś „dzieci lat 90.” takie jak ja tęsknią za starymi dobrymi „Baleronami”, a pokolenie moich rodziców za żółtawymi „Dużymi Fiatami” czy Warszawami. Wszak najbardziej lubimy to, co znamy z lat młodości.
P.S. Swój epizod w barwach MPT miał także Fiat Multipla i… był bardzo lubiany przez kierowców.
Zdjęcia, oprócz głównego i czarno-białych: Łukasz „Juby” Ptaszyński. Zdjęcie główne: wirestock, Freepik.com








