Isuzu Dragon Max zrobiło prawdziwe wejście smoka i podbiło serca miłośników klasyki. Niewiele jest bowiem rzeczy wspanialszych od starego japońskiego pickupa, ale jedną z nich jest bezapelacyjnie restomod na bazie starego japońskiego pickupa.


Tegoroczne, czterdzieste szóste targi motoryzacyjne w Bangkoku stały się okazją nie tylko do tego, by firmy takie jak BYD czy Zeekr poprężyły muskuły prezentując swoje tesloidy, Xpeng emanował przerośniętymi futurystycznymi klockami, a MG dokonało odsłonięcia tego samego samochodu, ale z kosmetycznymi poprawkami. Bangkok International Motor Show to jest też miejsce, w którym branża motoryzacyjna może uwolnić swoją najcięższą artylerię, bowiem Tajlandia jak i jej sąsiedzi kochają terenówki, a zwłaszcza pickupy. I tak pośród tak oczywistych strzałów, jak Raptory od Forda czy nieśmiertelny, choć pokazany w kolejnym wcieleniu Hilux w milionie konfiguracji, Mitsubishi postanowiło zaprezentować zarówno nowe Xforce jak i Xpandery, a koncern Geely promował się nową marką elektrycznych pickupów – Riddarą.

Isuzu jest najpiękniejsze

Na szczęście dla miłośników Prawdziwej (przez „P” jak „Petrol”) motoryzacji, obok kilku muzealnych eksponatów znalazła się perełka, obok której trudno przejść obojętnie. Czyli wspomniany już we wstępie Isuzu Dragon Max.

Isuzu pickup

Nie będę teraz rozwodzić się na temat marki Isuzu i tego jaka jest wspaniała – nawet nie wspominając o przepięknych Isuzu Piazza czy Bellett, bo przecież są jeszcze busy, ciężarówki, terenówki… No i jest seria TF, znana wcześniej jako KB, ale również jako Dragon. W USA sprzedawano te auta jako Chevrolet LUV, choć możecie się też spotkać z nazwą Faster… No wiecie, jest seria bardzo fajnych pickupów Isuzu, które pokochała cała Azja, spora część Afryki, a nawet jakiś tam odsetek Amerykanów, którzy myśleli, że kupują Chevroleta.

Isuzu Pickup (przyjmijmy taką nomenklaturę, żeby już nie błądzić w meandrach nazw, ich zmian, oznaczeń i przeinaczeń) produkowane było od lat siedemdziesiątych i każdy jego kolejny lifting czy generacja przyjmowane były z entuzjazmem, czyniąc z tego pojazdu szlagier sprzedażowy. A jak się domyślacie, niektóre wersje modelowe potrafiły wpisywać się nie tylko trwale w krajobraz azjatyckich dróg i bezdroży, ale dla wielu osób stawały się kolejnym członkiem rodziny dzielnie wspierającym kolejne pokolenia w ich małych biznesach.

Oczywiście wszystko przemija, i tak też pierwsze generacje pickupów Isuzu z czasem zmieniały adres parkowania na coraz bliższy piaskom Sahary lub po prostu lądowały na złomie umęczone wieloletnią, ciężką służbą. Od czego jednak jest współczesna technika idąca pod rękę z marketingiem, który wie, że najbardziej ekologicznym paliwem dla biznesu jest sentyment? Isuzu więc zrobiło doskonałą robotę prezentując na Bangkok International Motor Show restomoda wykorzystującego charakterystyczną linię TFR-a trzeciej generacji z podwójną kabiną i odsłoniętą paką, a całość nazwano Dragon Max.

Isuzu Dragon Max – pickup smok z przeszłością i przyszłością

Auto prezentuje się przepięknie i – jak dla mnie – jest to strzał w dziesiątkę, miód na serce i wszystko, czego mogłabym pragnąć od udanego projektu typu restomod. Linia jest zachowana, z zewnątrz nowoczesne dodatki są wkomponowane nie tylko ze smakiem, ale też… no są kanciaste. A ja lubię jak auta są kanciaste i mają kanciaste wszystko za wyjątkiem kierownicy i opon. Urzekają mnie więc prostokątne LED-y z przodu i z tyłu.

Isuzu pickup

Do tego super retro deska rozdzielcza – gdzie nikomu nawet do głowy nie przyszło, aby usunąć charakterystyczne plastikowe przełączniki czy pokrętła, zegary zastąpiono dyskretnym wyświetlaczem,  a umiejscowiony na środku ekran LCD, choć jest potężny, wygląda całkiem znośnie. Najgorsza jest ta nowoczesna kierownica z ordynarnymi srebrnymi wstawkami, ale trudno, to mogłabym sobie wymienić albo jakoś to przecierpieć – tym bardziej, że do czerpania maksimum frajdy z jazdy zapraszają kubełkowe fotele Recaro Premium Classic obszyte skórą i alcantarą.

Niech klekocze diesel!

Najlepsze zaś – poza warstwą estetyczną, oczywiście – jest to, co pod maską. Żadnych phevów, bevów i innych hybridów. Czysty, tętniący mocą 220 KM i momentem 550 Nm 2,2-litrowy, czterocylindrowy, turbodoładowany diesel z ośmiostopniową automatyczną skrzynią biegów i napędem przenoszonym na tylną oś.

I możecie się zżymać, że bydlak nie nadaje się przecież do ciężkiej pracy, bo go nieco zglebili, ale mnie to nie interesuje. Wygląda wspaniale i zabrałabym nim całą rodzinę oraz plantację rododendronów na wyścigi na ⅛ mili, żebyśmy sobie w takim składzie trochę poszaleli na prostej. Może nie ma to sensu, ale za to na samą myśl, że mogłabym wsiąść za kółko takiego restomoda i robić nim rzeczy niepoważne, robi mi się milej na sercu. I podejrzewam, że nie tylko mnie, bo premiera Dragon Maxa z ciałem starego TFR-a i sercem MaxForce rozchodzi się coraz szerszym echem i choć same targi w Bangkoku trwać będą jeszcze do 6 kwietnia, to Isuzu chyba zgarnęło w ten sposób maksimum uwagi i maksimum uwielbienia.

A najlepsze jest to, że choć dziś jest Prima Aprilis, to ten pickup od Isuzu jest jak najbardziej prawdziwy.

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy – dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to