Cześć i czołem, witajcie w naszych Garażowych rozmowach. Tym razem pytamy, gdzie tuning Waszym zdaniem nie ma wjazdu… i dlaczego nie.
Modyfikacje samochodów są popularne w zasadzie od zawsze, tj. od kiedy ktoś wpadł na pomysł, by coś poprawić. Większe turbo? Jasne. Większe i szersze koła? No ba. Jakieś neony pod podwoziem, airride albo wymiana absolutnie wszystko na odpowiedniki z włókna węglowego? No można i tak.
Ale są auta, których wręcz nie godzi się tykać
Niektóre są wręcz perfekcyjne i sama myśl, że coś by można niechcący zepsuć bardzo boli. Inne – zwłaszcza klasyki – bywają z kolei perfekcyjnie nieperfekcyjne – uwielbiamy je nie tylko za ich zalety, ale także za niektóre wady. Ba – mówimy czasem, że dzięki tym wadom dany model ma taki, a nie inny charakter. Pomijając późne FSO 1500 – tam wady nie przydają charakteru, tylko po prostu są wadami.
Musiałem się przez chwilę zastanowić, którego auta nie chciałbym poddać tuningowi
Moją pierwszą myślą był jeden z moich ulubionych samochodów: Lotus Esprit V8 z lat 1996-2004 (z nastawieniem na wczesne roczniki ze względu na ładniejsze tylne skrzydło). Ale wystarczyło ledwie kilka sekund, bym zdał sobie sprawę, że Esprita bym chyba nie oszczędził – co prawda trudno tu mówić o konwencjonalnym tuningu, gdy chodzi głównie o tzw. poprawianie fabryki (w tym wzmocnienie skrzyni biegów z Renault oraz dołożenie chłodnic powietrza doładowującego, których seryjnie… nie ma), ale domyślam się, że wiele osób wrzuciłoby takie modyfikacje do worka z napisem TUNING.
Chwilę później miałem już w głowie odpowiedź – a nawet dwie. O dziwo jednej marki: Lexus. Mówię konkretnie o zjawiskowym LC 500 oraz może nie aż tak pięknym, ale ze wszech miar niesamowitym LFA. To są auta skończone. Dopracowane. Kompletne. Mogą się nie podobać, ale stanowią dowód na to, że gdy Japończycy chcą, to potrafią ideą i finezją jej realizacji wciągnąć konkurencję z reszty świata nosem. Boli mnie obklejanie tych nadwozi folią o innym kolorze. Boli mnie zmiana felg na niefabryczne. Boli mnie grzebanie przy wydechach, bo przecież już w serii te auta brzmią cudownie.
Z bardziej przyziemnych przykładów podałbym tu chyba np. poliftowego Genesisa G70. Auto jest u nas niedostępne (można je kupić w Niemczech), ale uważam je za jeden z najciekawszych modeli w segmencie D – i jeden z nielicznych, na którego nie miałbym pomysłu, co by tu poprawić. No, może jedynie dodałbym manualną skrzynię biegów, którą przy okazji liftingu usunięto z gamy.
Ciekawi mnie, jakie modele Wy kazalibyście zostawić w spokoju – a wszelkich tunerów zajmujących się modyfikacjami tychże aut kazalibyście wytarzać w smole i obtoczyć w piórach.



