Niedawno pisaliśmy o tak zwanym różowym podatku w motoryzacji. Choć obszerny, materiał nie wyczerpywał tematu – dlatego wracamy z kontynuacją. Egzamin to dopiero początek – handlarze i mechanicy potrafią wyczuć słabość klientki szybciej niż zapach paliwa w warsztacie.
Kiedy tak naprawdę zaczyna się różowy podatek w motoryzacji – i czy w ogóle kiedykolwiek się kończy? Co o tym mówią ci, którzy spotykają się z nim na co dzień, ale jako usługodawcy? Czy to tylko wspomnienie minionych lat, czy nadal rzeczywistość – a może nawet przyszłość? Chyba się domyślamy…
Karol* (45 lat, egzaminator, Białystok): Kurczę, nie wiem. Strasznie trudno jest oceniać samego siebie. Podobno mam opinię wymagającego, może nawet upierdliwego. Ale to dlatego, że uważam, że przez pobłażliwość mogę kogoś skrzywdzić. Znacznie bardziej, niż przez surowość. Rozumiesz: jeśli człowiek nie całkiem do tego przygotowany wsiądzie do pojazdu, który waży ponad tonę (albo i ponad dwie) i zacznie tym pojazdem poruszać się z prędkością kilkudziesięciu, a może i stu kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, łatwo może zrobić krzywdę. Komuś i/albo sobie. No to chyba lepiej jednak dołożyć te parę złotych, podszkolić się jeszcze i zdać za drugim, albo którymś tam razem. Pieniądz rzecz nabyta, raz jest, raz go nie ma, a zdrowie i życie ma się jedno. A jak już masz to prawko, to przecież nie musisz się nikomu tłumaczyć czy zrobiłeś je za pierwszym, czy za szóstym podejściem.
Wydaje mi się jednak, że nie robi mi różnicy, czy zdaje akurat on, czy ona, czy tam ono, czy ktokolwiek. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek oblał kobietę tylko ze względu na płeć. W ogóle… kurczę, nie znam tej pani, z którą rozmawiałeś o jej egzaminach, nie wiem – może faktycznie ktoś ją oszukał, niesprawiedliwie oblał, nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że z tym oblewaniem za rzekomo to samo jest troszeczkę jak z sędziowaniem w sporcie. Rozumiesz: w meczu Ruchu z Koroną za „to samo” dali karnego, ale już w meczu Legia – Jagiellonia nie. I jest awantura. A przecież istnieją szare strefy. Znaczy nie, że ktoś komuś kopertę wsunie, chociaż pewnie czasem też (śmiech). Chodzi mi o sytuacje fifty/fifty, z pogranicza. Jeden sędzia gwizdnie, inny nie i obaj, jak to się mówi, się wybronią. Tak samo jeden egzaminator puści, drugi obleje. I też się obaj wybronią.
Czyli co, twierdzisz że seksizm na egzaminach na prawo jazdy nie istnieje?
Tego nie powiedziałem! Myślę, że to jest raczej jak w życiu, jak w społeczeństwie. Kiedyś tego seksizmu było znacznie, wręcz nieporównywalnie więcej. Rozumiesz: brat mojego dziadka nie ma nic wspólnego z nauką jazdy. A kiedyś zrezygnował z pracy, bo jego nowa kierowniczka była, no… kierowniczką właśnie, a nie kierownikiem. Puścił jakiś gruby tekst, że baba na górze to może być, hłe, hłe, w łóżku, nie w robocie i się pożegnał. Dokładnie tak samo, rozumiesz, jakbyś pogadał z moimi starszymi kolegami z roboty (albo byłymi kolegami, co to już emerytowani), to paru z nich też mogłoby mieć takie trochę staroświeckie podejście. No i, rozumiesz, jest jeszcze jedna sprawa…
Tak…?
Kurczę, nie chciałbym tu nikogo urazić. Rozumiem, że to są bardzo rzadkie, incydentalne przypadki. Niestety, zdarza się jednak czasem, że panie stosują taki odwrócony seksizm. Taki przykład, który najbardziej mi utkwił w pamięci: z rok temu mniej więcej przyszła do nas na egzamin pani ubrana jak na casting do bawarskiego kina akcji. Rozumiesz: długachne szpile – jak w czymś takim jeździć w ogóle…? – pasek na biodrach, kolczyk w pępku, pasek na biuście i kilogram tapety na twarzy. No jasne, nie moja sprawa, niech się każdy ubiera jak chce, ja oceniam umiejętność prowadzenia samochodu, nie gust odzieżowy. No, może poza tym szpilami, poprosiłem zresztą, żeby zdjęła, na szczęście miała coś na zmianę. Ale rozumiesz: już jak żeśmy szli do samochodu, to się o mnie otarła biustem, tak dość ostentacyjnie. Podczas jazdy to się po tym biuście pogłaskała, to odsłoniła udo, to coś tam jeszcze… Nie wiem na co liczyła. Że ten prawie-striptiz załatwi jej egzamin…? Śmieszne, bo jechała wcale nie najgorzej i gdyby nie dwa głupie błędy, to by zdała. Może trzeba było się koncentrować na prowadzeniu, nie na swoich atrybutach kobiecości. Swoją drogą, wiem od kolegi, że na poprawkę i ubrała się, i zachowywała już całkiem normalnie. Chyba zrozumiała, że to pajacowanie było słabo opłacalne.
Powtórzę: to był jednostkowy przypadek. Ale, rozumiesz, takie sytuacje, że jakaś pani niestety egzaminu nie zdaje i uderza w płacz, że ona biedna mała kobietka i że pan egzaminator mógłby okazać litość? To się zdarza i mnie, i kolegom. Nie za często, ale jednak się zdarza.

fot. freepik, Freepik.com
* * *
Antek (35 lat, instruktor, Łomża): To może będzie trochę pod prąd, co teraz powiem, ale jak na moje pieniądze, ten podział jest prawie całkiem bez sensu. Ja w ogóle jestem statystycznym nerdem. Robię w branży od ponad siedmiu lat i mam skatalogowanych wszystkich swoich kursantów. I kursantki oczywiście też. Nawet ostatnio sprawdzałem – wiesz kto najczęściej zdaje? Młode dziewczyny. Laski po osiemnaście, dziewiętnaście lat. I nie dlatego, że – jak ci ten egzaminator z Białego opowiadał – za przeproszeniem, wywalą cyce na wierzch i na coś liczą. Nie, one często po prostu idą na egzamin jak po swoje. Jak do babci na ciacho. Mogą tak, bo są dobrze przygotowane. Bo się cierpliwie uczyły, słuchały co do nich mówię i wprowadzały to w życie. A jak czuły, że wciąż coś nie halo, to nie szły na rympał, tylko wykupiły sobie dwie, trzy, pięć dodatkowych godzin i jeszcze potrenowały. Jasne, że one też nie zawsze zdają za pierwszym. Ale nawet, jak ten pierwszy wtopią, to rzadko mają załamkę. Poprawiają koronę, wykupują kolejne dwie godziny i już ten drugi, góra trzeci raz najczęściej jest udany.
„Łebki” w ich wieku mają zwykle znacznie bardziej narąbane w głowach. Rozumiem, sam miałem osiemnaście lat, ty przecież też, choć dawniej (śmiech). Co drugi, albo i lepiej, już jest Verstappen. On już umie jeździć, ten kurs to tylko pańszczyzna do odbębnienia, byle szybciej. A potem na egzaminie jest przykre zdziwko.
Ale i tak na drugim biegunie względem swoich młodszych koleżanek są panie plus/minus w twoim wieku (44 – przyp. J.S.K.). Bo one nie idą jak po swoje. One zazwyczaj się trzęsą. I tu wchodzi ta cała… no nie wiem, może to jest kwestia pokoleniowa…? Kurde, jeżdżę z babką po pięćdziesiątce. Ładna, zadbana, ogarnięta, inteligentna typiarka. Pracuje w sporej firmie na poważnym stanowisku, więc na co dzień musi mieć jasny umysł. Niedawno się rozwiodła, a że zawsze ją ex-mąż wszędzie woził, no to teraz musiała zrobić prawko. I wiesz co? Cały kurs mi płakała, że ona jest kobietą i się tego nie nauczy. I nawet nie, że źle jeździła. Sama sobie wmawiała, że źle jeździ i egzaminu nie zda. Na pewno nie za pierwszym razem. No i, kurczę, oczywiście nie zdała. Za drugim też nie. Ani za trzecim. Mimo że całkiem nieźle jeździła! Dopiero jak poszła pogadać ze swoją kumpelą-psycholożką, to tamta jej coś poprzestawiała w głowie i wreszcie się udało.
OK. I nigdy nie słyszałeś od swojej kursantki – bo rozumiem, że ze wszystkimi masz kontakt po fakcie – że ktoś je oblał za płeć?
Hmmm… Nie no, słyszałem. Ale ledwie parę razy. I w połowie, co najmniej połowie, tych paru razy z całym szacunkiem wiem, że to ściema. Wiadomka, trudno się przyznać do błędu. Do porażki. W ogóle… kurczę, ja bym naprawdę nie chciał, żeby to jakoś lekceważąco zabrzmiało, ale wiesz, mnie się wydaje, że to już nie te czasy. Oczywiście, pojedyncze przypadki pewnie nadal się zdarzają. I podkreśl to, proszę: zdarzać się nie powinny, w żadnej liczbie. No ale weź, takie coś, jak z tą dziewczyną, co ją pocałowała jej dziewczyna, a egzaminator ją oblał…?! No gdzie do…! Wiesz, Łomża to tradycyjne, katolickie miasto. Ale przecież gdyby takie coś się tutaj zdarzyło, w dzisiejszych czasach, za godzinę przyjechałby TVN, egzaminator wyleciałby z roboty na zbity pysk, a i szef WORD-u miałby przerąbane.
* * *
Kaśka (39 lat, instruktorka, miasto na Warmii): Hmmm… Nie ukrywam, że te parę… osz, kurrr… paręnaście lat temu, gdy otwierałam działalność, to był taki mój unique selling point. Chciałam dotrzeć do dziewczyn, które bały się jeździć z facetami.
Myślisz, że faktycznie miały się czego bać?
Wiesz, to skomplikowane. Wy, faceci, jesteście różni i my, kobiety, też jesteśmy różne. Jedna się z jakiegoś grubszego żartu sama zaśmieje, druga będzie mieć to gdzieś, najwyżej się skrzywi, trzecia weźmie to do siebie i niepotrzebnie się zestresuje, czwartej ciśnienie skoczy… Jedna lubi poflirtować, druga niekoniecznie, trzecią to w ogóle wkurza… Różnie bywa. Ja, jako – jeszcze wtedy (śmiech) – młoda, heteroseksualna kobieta dawałam im gwarancję, że ani się do nich przystawiać nie będę, ani grubym żartem nie rzucę. A przede wszystkim, że je zrozumiem. Wysłucham ich obaw i je fachowo rozwieję, udzielę jakiejś profi rady. Rozumiesz – będę dla nich jak starsza kumpela, która tak zupełnie bez ciśnień uczy je jeździć.
OK, rozumiem. Tym bardziej – skoro nawiązywałaś relacje ze swoimi kursantkami – chciałbym spytać, czy zdarzało im się doświadczać seksizmu podczas egzaminów.
(Po dłuższej chwili namysłu) Tak. Kilka, może kilkanaście razy coś takiego się zdarzyło. Na dwanaście lat pracy i setki przeszkolonych ludzi to może nie jest nie wiadomo ile, ale jednak. Tylko, że… Znów, to wszystko jest, a przynajmniej bywa względne. Na przykład któregoś razu dwie moje dziewczyny zdawały tego samego dnia egzamin w Łomży, u tego samego egzaminatora. Obie oblały. Jedna przeszła nad tym do porządku dziennego i nie zgłaszała zastrzeżeń. Druga mówiła, że facet już na placu z niej kpił, a podczas jazdy po mieście w ogóle ją zdissował, rzucał jakieś chamskie uwagi do długości jej nóg i inne takie. No i bądź tu mądra.
Z jednej strony na pewno nie odchodzą już takie „myki”, jak w latach dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych. Słuchaj, moja kuzynka robiła prawko w dziewięćdziesiątym dziewiątym. Przygotowana była jak ta lala, w końcu jej instruktorem był mój ojciec (śmiech). Egzaminator ją oblał za… niestosowny strój. Bo zaraz po tym egzaminie szła na jakąś imprezę, więc miała na sobie może trochę krótszą, jakoś wydekoltowaną kieckę, pewnie mocniejszą tapetę, rozumiesz. Przejechała wszystko jak trzeba, zero błędów a i tak w dupę, bo się jaśnie wielmożnemu panu egzaminatorowi nie podobały jej wybory modowe. Masakra. Dziś, na szczęście, nie do pomyślenia.
Z drugiej, profesjonalizm egzaminatorów – no, przynajmniej ich części – nadal nie jest na najwyższym poziomie. Nadal by się przydało, żeby niektórzy panowie przestali tryskać testosteronem i pamiętali, że oni tu są w pracy, nie na łowach.

fot. nensuria, Freepik.com
* * *
Marian (71 lat, były egzaminator, Katowice): Proszę pana, tu się nie ma co doszukiwać nie wiadomo czego. Różowy podatek, kiełbie we łbie. Może jeszcze w ogóle różowa landrynka…?! Poprawność polityczna, to, śmo… Po prostu – kobiety jeżdżą słabiej od mężczyzn, taka prawda.
Tylko wie pan, statystyki pokazują coś wręcz odwrotnego. Panie rzadziej od panów łamią przepisy, rzadziej podejmują na drodze zbędne ryzyko i powodują znacznie mniej wypadków, w tym śmiertelnych.
Statystyyyki…! Statystycznie, proszę pana, to na kilometr kwadratowy Watykanu przypada ponad dwóch papieży. Słyszał pan kiedyś, żeby ktoś powiedział „o, chłop za kierownicą!”…? Nie…?! No właśnie! A „baba za kierownicą!” mówią nawet same baby!
Szkoda gadać. Jak jeszcze pracowałem, czterech na pięciu facetów przychodziło na egzamin przygotowanych. A cztery na pięć bab przychodziło nieprzygotowanych. Masz pan swoje statystyki!
* * *
Jerzy ((zbyt) wiele lat do emerytury, pracownik (zdecydowanie zbyt) dużego autokomisu, rozjechany przez flotę – wypowiedź pisemna): Mieszanka płci żeńskiej i pojazdu na gumowych kołach potrafi mieć więcej smaków niż chiński bar przy akademiku w czasach, gdy płatność kartą była równie rzadka jak obecnie gotówką. Mógłbym o tym napisać dobrą książkę, na medal. No, może nie na medal, ale przynajmniej na krawat.
Tak się składa, że kilkanaście lat wstecz miałem możliwość obserwacji kursantów marzących o karierze kierowcy autobusu miejskiego. Wszystkich kursantów łączył jeden instruktor i kilka rotujących modeli autobusów. Co ciekawe, rozdzielnopłciowość potencjalnych operatorów miejskiej harmonijki oscylowała w granicach pięćdziesięciu procent. Z poprawnością polityczną i społecznie akceptowalnym żartem mam tyle wspólnego, że byliśmy kiedyś na kawie, w dwóch różnych barach i w innym czasie, co warte podkreślenia, zamiast kawy piłem piwo. Mówiąc wprost, moje poczucie humoru jest skrajnie nieeleganckie. Co robi kobieta w autobusie? Na pewno go nie prowadzi, haha!

Peżot, CC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons
Tak? To teraz posłuchajcie. Jak wiadomo, niemal każdy facet posiadający blankiet uprawniający go do prowadzenia osobówki limitowany jest zaledwie przepisami i swoją wyobraźnią. Byłby w stanie przeparkować Boeinga bez patrzenia w lusterka, a żurawia samojezdnego przetransportowałby przez 3 kraje z zamkniętymi oczami. Taki oto osobnik w autobusie przegubowym widzi zatem pojazd mniej skomplikowany, niż jego pierwszy chodzik. Tyle teorii, praktyka pokazuje, że ma zamach zdolny swobodnie pozbawić przytomności. Słowem wyjaśnienia, prowadzenie autobusu ma tyle wspólnego z samochodem, że wykonujemy mniej więcej zbliżone ruchy kręcąc kierownicą i naciskając manipulatory nożne. Serio, to potężna maszyna przed którą naprawdę trzeba czuć respekt i posłuchać doświadczonego instruktora, zanim w ogóle zdecydujemy się odpalić silnik. Niektórzy kursanci byli naprawdę ogarnięci, ale oni mieli zazwyczaj wcześniej prawo jazdy kategorii C, wiedzieli więc jaka jest specyfika prowadzenia dużego pojazdu, ale dziś nie o nich, to byłoby nudne. Przeciętny kurs u kursantów zaczynał się od zaskoczenia tym, ile błędów można popełnić. Jaka jest ich praktyczna liczba? Tak. Kursanci zaślepieni wizją prowadzenia „dużego autka” przestawali słuchać instruktora mniej więcej na etapie, gdy ten nabierał powietrza aby się przedstawić. A czemu ten autobus nie rusza? Bo nie ma powietrza w układzie hamulcowym. Co? Jakiego powietrza? A dlaczego ja nie mogę ściąć tego zakrętu? A co to tak huczy jak wciskam hamulec? A co to za guzik? A czemu on znowu nie jedzie? A co to tak piszczy jak jadę do tyłu? I tak dalej, i tak dalej… A potem do autobusu wchodzi pani, jedna, druga, trzecia… Co je łączy? Umiejętność słuchania, próba zrozumienia i pokora. Nie żartuję, często pierwsze ruszenie odbywało się dopiero po 30 minutach tłumaczenia co, po co i jak działa. Bynajmniej nie była to jednak ograniczona lotność kursantek, w żadnym wypadku. Każda z pań chciała faktycznie nauczyć się prowadzić autobus, a efekty nauki były realnie widoczne. Mnogość płci pięknej zajmującej się prowadzeniem autobusów miejskich to naprawdę nie jest przypadek, te babeczki autentycznie wiedzą co robią. Co ciekawe, według mojego doświadczenia od tego nie było wyjątków. Zatem jeśli zobaczycie kobietę za kierownicą autobusu – możecie śmiało założyć, że raczej wie co robi.
Płacą, by mieć?
Tomasz (56 lat, właściciel autokomisu, Małe Trójmiasto Kaszubskie): Człowieku, to jest handel! Co za różnica, czy ja sprzedaję samochody, lodówki, gacie w kratę, czy maści na czyraki…?! I co za różnica, czy klient ma kijek, czy dziurkę? Zasada jest prosta: ja chcę jak najdrożej sprzedać, a on, ona, czy tam ono, czy ktokolwiek chce jak najtaniej kupić. Jak świat światem tak było, tak jest i tak zawsze będzie, nie ma zmiłuj!
I jak świat światem trzeba było, trzeba i będzie trzeba oszukiwać…?
Ale ja nie oszukuję! Ja koloryzuję. Ściemniam. Wszyscy ściemniają. Nie wierzysz…?
Nie.
To sobie odpal telewizor! Włącz reklamy! Ten proszek… a nie, teraz już proszków nie ma. No to te kapsułki najbielsze na świecie, jak nigdy dotąd. Weźmiesz koszulkę, co ją dzieciak całą w błocie upaćkał, wrzucisz do pralki, wyciągasz, a ona jak z wieszaka w sklepie! Bielusieńka, ani śladu po tym błocie! Albo te tam, suplementy i inne tabletki: ta ze sflaczałego dziada zrobi Casanovę, tamta ze starej raszpli osiemnastkę, a po jeszcze innej to nawet twoją żonkę wieczorem przestanie boleć głowa! Znaczy nie wiem, czy twoją boli, ale moją prawie co wieczór i żadne, kurna, tabletki nie pomagają, he, he.
No i z autami jest dokładnie to samo! Jak posłuchasz, to każdym starsza pani jeździła. Albo dziadek. I każdy ma nalatane tylko tyle, jakby całe życie wkoło komina i nigdzie dalej. Kościółek, Biedronka i szlus. I w żadnym nigdy palone nie było. I żaden nigdy nie bity, no ni cholery! Ta. Jak to mówią: a świstak siedzi i w sreberka zawija. Ale co – ludzie chcą w tę ściemę wierzyć, no to im się ją klei. A że babom trochę łatwiej wkleić? No pewnie tak, więc się z tego robi użytek. Mówię ci – to handel jest. I tyle.
* * *
Renata (47 lat, współwłaścicielka sieci autokomisów w woj. podlaskim i lubelskim): Echhh… Śliski teren. Śliski, grząski i cholernie zdradziecki.
Hm…?
Po lekturze tego twojego tekstu mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony, jako kobieta, zdeklarowana feministka, jestem dumna z wypowiadających się dziewczyn. Nie wiem jak bardzo je zakamuflowałeś, ale przecież każda z nich musiała choć trochę opuścić gardę. Otworzyć tobie – facetowi! – drzwi do wspomnień, które przecież niekoniecznie są miłe. Odsłonić czułe miejsca, przyznać do tego, że zdarza, a na pewno zdarzało im się zachowywać jak, no cóż, idiotki. To na pewno nie było łatwe, więc należy im się mnóstwo uznania. Z drugiej…
Kurde, nie chciałabym, aby wyszła z tego krytyka. Rozumiem, że gdybyś chciał zrobić szeroko zakrojone badania, musiałbyś poświęcić ogrom środków i czasu. A i tak mogłoby się nie udać, bo przecież nie każdą panią da się nakłonić do takich zwierzeń. Uważam jednak, że zaprezentowane w tekście postawy niekoniecznie są reprezentatywne.
Wyjaśnisz?
Strasznie niezręcznie mi o tym mówić, ale, kurczę, działam w tym biznesie od ponad dwóch dekad. Różne, naprawdę rozmaite klientki widywałam i widuję. I, niestety, chcąc być w pełni uczciwa, muszę zauważyć, że wiele kobiet podczas zakupu auta robi sobie krzywdę.
Hmmm… Tu z kolei ja, jako mężczyzna, chcąc być w pełni uczciwy, muszę zauważyć, że raczej nie jest to wyłącznie damska domena.
No tak, ale…
Robert (49 lat, mąż i wspólnik Renaty): Jasne, że nie jest. Tylko widzisz, z naszych doświadczeń wynika, że ta krzywda trochę inaczej wygląda w przypadku babek, niż w przypadku facetów. Młode chłopaki często kupują furki, na które ich nie stać. Znaczy jasne, kasę na zakup szanowny pan klient ma. Ale ma też, za przeproszeniem, chcicę. On już zdecydował, że choćby skały na rzadko defekowały, on po prostu mu-si-mieć-to-au-to-i-kur-na-koniec!!! I nie wytłumaczysz mu, choćbyś czarno na białym wielkimi wołami napisał, że cena zakupu to w tym przypadku tylko pierwszy rozdział długiej i robiącej wrażenie księgi wydatków. Bo znajomy pan Mieciu z szopy jak zobaczy V-ósemkę to zrobi oczy jak spodki i każe ci spie… sznie sobie iść. Więc będziesz musiał się udać do wyspecjalizowanego warsztatu. Wyspecjalizowany warsztat ci oznajmi, że to przecież nie Fiat Panda, w związku z czym części w hurtowniach motoryzacyjnych występują z rzadka i nietanio. I tak dalej, i tak dalej…
Renata: Pięknie to wyłożyłeś, misiaku. Chłopaki lecą na lans, dziewczyny na pewność. Przy czym to jest taka pewność z obiecanek. Z mitów. I z własnej… kurczę, nie wiem jak to powiedzieć, żeby nikogo nie urazić. Z własnej… no, niech będzie – odporności na wiedzę.
Oj, widzę że pani prezes nie nawykła do owijania w bawełnę.
(Śmiech) Słuchaj, patrząc na mnie dziś, pewnie trudno w to uwierzyć, ale ja też kiedyś byłam siksą. Jasne, wcześnie zaczęłam się zadawać z tym, o, tutaj, petrolheadem, więc siłą rzeczy coś tam jakaś wiedza od niego zaczęła do mnie przeciekać. Ale ja też miałam w sobie właściwą wielu dziewczynom oporność na fakty. I podatność na mity. Gdyby nie Bobby, pewnie też wydałabym mnóstwo hajsu na „niezawodne auta po niemieckiej babci”. I też nie przyjmowałabym do wiadomości, że na dzień dobry, zanim tak naprawdę nauczysz się jeździć, to może warto kupić sobie tańsze, mniej „cacane” auto, żeby w razie czego nie było szkoda.
Robert: No właśnie. Historyjka z życia wzięta: zeszłej zimy przyszła do nas dziewczyna serdecznego przyjaciela naszego syna. Patryka traktujemy jak swojego, trzymają się z Olim od lat, tę Sylwię też, wydawało się, nieźle znamy, bywała u nas w domu i w ogóle. No to chcieliśmy pomóc. Mieliśmy akurat na stanie nastoletnią Fiestę. Ktoś tam nam w rozliczeniu zostawił. Rozumiesz, żadne cuda-wianki, ale uczciwa sztuka, nie pognita, w niezłym stanie blacharskim, silnikowo też bez tragedii. Na pierwsze auto, żeby się ogarnąć, połapać co i jak, poczuć się pewniej za kierownicą – no bomba. Zwłaszcza, że byliśmy jej gotowi puścić tego Forda za jakieś symboliczne pieniądze.
No i…?
Renata: Obraziła się na nas. Zadarła nosek, stwierdziła że ona już sobie świetnie radzi za kółkiem, potrzebuje auta na lata i ma na to odpowiednie fundusze. A poza tym, wujek jej powiedział, że – lo and behold! – nie kupuje się Fiatów, Fordów i francuskich. Obróciła się na pięcie, poszła do konkurencji i zapłaciła jej chyba sześć dych za paroletnie Mini. Kurczę… nie chcę nikomu w portfel zaglądać, ale ta dziewucha pracuje w salonie Playa. Ile ona tam wyciąga, jak myślisz? Bo mnie się zdaje, że kokosy to to raczej nie są. Od Oliwera nieoficjalnie wiemy, że zapożyczyła się trochę u jakiejś ciotki i trochę w banku. No i wyłożyła wszystko, co miała na tego „Minionka”. Bo przecież nowy i nie na „F”, to nie będzie się psuć, prawda…?
Robert: Zepsuł się już po jakichś trzech tygodniach. Koszt naprawy? Dwie trzecie tego, co chcieliśmy od niej za Fiestę. Oli jej zasugerował, że to może być wada ukryta i że wypadałoby reklamować. Na co Sylwia strzeliła jeszcze większego focha, porobiło się nieprzyjemnie, aż się w pewnym momencie Młody z Patrykiem trochę poprztykali, pierwszy raz w życiu chyba.
Renata: No, grubo było. A potem, jakoś w okolicy Walentynek, trochę popadał śnieg. Rano było ślisko, Sylwia jechała do Białegostoku do roboty i wylądowała na czyimś płocie. Jej samej na szczęście nic wielkiego się nie stało, ale auto wymagało poważnego remontu blacharskiego. Tyle, że dziewczynie się skończyły fundusze i zdolność kredytowa, więc Mini stało pod blokiem, a Sylwia zamiast samochodem na „F” jeździła takim na „P”. Znaczy pekaesem. A Mini ostatecznie zostało sprzedane w stanie rozbitym.
* * *
Arek (46 lat, importer aut używanych, Trójmiasto): Nie powiem, czasami bywa świetnie. Zdarzają się panie w pełni świadome swoich chęci i możliwości, doskonale zorientowane w temacie, no złote klientki po prostu. Czasami jednak jest to droga przez mękę. Zgłasza się do mnie kobitka, bo ktoś mnie jej naraił. Mówi, że chce, dajmy na to, SUV-a. Pytam o preferowaną markę, model, budżet, itp. „Nie wiem” – słyszę w odpowiedzi. „No wie pan, żeby ładny był. I nie za drogi. Ale za tani też nie, bo się jeszcze będzie psuł!”. Tłumaczę wtedy, że ja tak nie mogę. Jestem profesjonalistą, sprowadzam auta, a nie jajka niespodzianki i muszę mieć pewność, że to, co ściągnę, spełni jej oczekiwania. Sadzam szanowną panią za biurkiem, odpalam laptop i przeprowadzam błyskawiczny wykład ze współczesnej motoryzacji, z uwzględnieniem potrzeb i dostępnych środków mojej klientki. Z analizy tych ostatnich najczęściej wynika, że za połowę kasy, jaką chciała mi zapłacić, klientka może dostać całkiem fajne, miejskie auto. Akurat takie, jakie naprawdę jej się przyda.

fot. ASphotofamily, Freepik.com
Uczciwy z pana handlarz, panie kolego.
Nic na tym nie tracę. A wiesz dlaczego? Bo, tak lekko licząc, osiem na dziesięć klientek koniec końców decyduje, że one i tak chcą SUV-a. Bo to modne. Bo Gośka ma. I Aśka ma. I Zośka ma. To co, ja mam być gorsza…?! No skądże znowu, proszę szanownej pani, nic z tych rzeczy. Ma być SUV, będzie SUV. A że zapłaci pani za niego dwa razy tyle, co za miejskiego hatcha? Że ten SUV po tygodniu będzie poobgryzany, bo się wyjazd z podziemnego parkingu okaże za wąski? Że ten miejski hatch w zupełności by wystarczył do odwożenia bombelków do pećkolka i rajdów po Hebach i Rossmannach? To już, proszę szanownej pani, nie są moje problemy.
Z kolei te dwie na dziesięć, które dadzą się namówić na skręt w stronę rozsądku, będą mi wdzięczne. I jak za parę lat będą wymieniać samochód, to myślisz, że do kogo zadzwonią w pierwszej kolejności…?
Płacą, by jeździć?
Jerzy: Na pewnych gruntach rzeczywistość unaocznia nam w sposób dobitny, że kontakt z maszyną dowolnej wielkości nie jest gwarantem świadomości jej konstrukcji (lub chociaż zasadniczych zasad działania). O ile kursantów mogłem obserwować z perspektywy tylnego fotela (albo środkowego, prawego, lewego lub żadnego), o tyle klientów czy użytkowników samochodów służbowych niejednokrotnie musiałem prowadzić za rączkę. Usilnie bowiem udowadniali, że w kwestii nadawania kierunku dowolnej maszynie winni być wyłącznie stroną bierną. Skoro dziś ma być o paniach, to będzie o paniach, choć wierzcie mi że panowie bardzo konkretnie potrafią redefiniować pogląd na kwestię znajomości pojazdów mechanicznych. Jak powszechnie wiadomo, przeciętny automobil potrafi wiele, w szczególności zwolnić kierowcę z konieczności obserwowania wskaźnika ciśnienia oleju w silniku czy zmiany przełożeń. Znacie kogoś, kto opiekuje się flotą samochodową lub jest odpowiedzialny za gwarancje na pojazdy? Jeśli tak, to zafundujcie mu wizytę u psychoterapeuty lub przynajmniej pół litra. O użytkownikach mógłbym napisać grubą książkę, lub bardzo grubą, jeśli użytkownicy mieliby reprezentować obydwie płcie niezbędne do przedłużenia populacji. Przytoczę kilka moich ulubionych przykładów.
Pewna pani nabyła drogą kupna samochód osobowy z ręczną skrzynią biegów. Po kilku tygodniach od zakupu stwierdziła, że pochwali się nim sprzedawcy dodatkowo transportując go lawetą. Samochód z lawety zjechał jakimś cudem o własnych siłach. Diagnoza – niemal perfekcyjnie wypolerowane sprzęgło. W rozmowie telefonicznej z właścicielką stwierdziła, iż samochód jest wadliwy i ona żąda naprawy w ramach gwarancji. Roszczenie gwarancyjne zostało oddalone od ręki, samochód bowiem zanim trafił do klientki, miał wymienione sprzęgło, zaś ja sam sprawdzałem rzetelność wykonania naprawy zapoznając bliżej podeszwę buta z manipulatorem sterującym pracą nowego elementu. Klientka, jak nietrudno się domyślić, była daleka od satysfakcji, zaś żądania jej prócz wymiany sprzęgła zakładały także dostarczenie pojazdu pod dom. Wszystko oczywiście pod groźbą poinformowania publiczności o zaistniałej sytuacji napisaniem „w internet”. Skuszony potencjalnym rzemieślnictwem zapytałem, czy zamierza zaoferować usługę polerowania tarcz ciernych. Zarzucono mi bezczelność, wyprowadziłem jednak panią z błędu i zasugerowałem określenie mnie człowiekiem rzeczowym. Wtenczas zostałem poinformowany, że reprezentowany przez panią styl jazdy nigdy nie doprowadził do tożsamej usterki. Zaciekawiony zatem zapytałem, w jakim samochodzie mogę liczyć na tak porządne i pancerne sprzęgło…
…otóż pani jeździła wcześniej Smartem (ze skrzynią zautomatyzowaną w standardzie – przyp. red.).
W przypadku zagrożenia katastrofą część samochodów obecnie informuje nas w sposób absolutnie niepodważalny o konieczności podjęcia pewnych działań celem jej zapobiegnięcia. Do tego zacnego grona zalicza się nieszczególnie zacny Peugeot 2008. Chciałbym, by pod maską tych samochodów nie lądowały znane i lubiane (hehe) silniki 1.2, ale niestety ówczesne PSA chciało inaczej. Dla niezaznajomionych – silnik ten słynie z łuszczącego się paska rozrządu w kąpieli olejowej. Złuszczone fragmenty zatykają smok olejowy, przez co silnik traci smarowanie. 2008 informuje o tym stosownym i jednoznacznym komunikatem koloru czerwonego „niski poziom oleju – zatrzymaj pojazd”. Komunikat ten jednak nie dał do myślenia pewnej pani, która zgłosiła problem po… 8 miesiącach (sic!) od wystąpienia. Z tego, co pamiętam, jakimś cudem nie doszło do zatarcia ostatecznego. Samochód w momencie naprawy poruszał się o własnych siłach. Jeśli ktoś kiedykolwiek poprosi o wsparcie w kwestii zakupu samochodu z trzycylindrowym 1.2 w opisywanej postaci – należy natychmiast ewakuować się w trosce o integralność swojej szczęki.
Ostatnia bohaterka to femme fatale wszystkich samochodów jakie dorwie w swoje ręce. Jej ofiarą padł Superb 2.0 TDI, który swego czasu był dość lubianym we flotach modelem. Silnik ten w pewnych odmianach charakteryzował się ponadprzeciętną trwałością i zobaczenie egzemplarza z przebiegiem przeszło pół miliona nie było szczególnym wyczynem. Pewnego razu dostałem zgłoszenie o uszkodzeniu samochodu wyposażonego w taką jednostkę z przebiegiem zaledwie 60 tysięcy kilometrów. O ile dobrze pamiętam, motor uległ nagłej dezintegracji, czyli potocznie wypluł korbę. Razem z mechanikami i flotowcem zachodziliśmy w głowę co mogło być przyczyną takiego stanu rzeczy. Pani dotychczas posiadająca ten samochód od początku była problematyczna w relacjach. Bez wchodzenia w szczegóły spraw nieistotnych – od początku problem stanowił samochód zastępczy w postaci Avensisa 1.8 Valvematic. Sam Avensis jest równie porywający co makaron z solą lub polskie kabarety. Jego awaryjność jest za to równie znikoma jak przyjemność jeżdżenia autobusem bez klimatyzacji w godzinach szczytu. Pani złożyła jednak reklamację na… konieczność jazdy prawym pasem z uwagi na niedostatki mocy. Podsunęło nam to rozwiązanie. Dane zbierane przez zarządcę floty do której należał tamten samochód wykazały, że każda jazda zaczynała się od dawania w palnik na drodze szybkiego ruchu. Niezależnie od temperatury, zarówno zewnętrznej, jak i samego silnika, jazda była dosłownie zero-jedynkowa. Krótko mówiąc – „Kurak” w ropie wytrzymał 60 tysięcy absolutnie paskudnego pałowania na zimnym od nowości. Press F.
* * *
Hubi (37 lat, mechanik, Słupsk): Pamiętam scenę jak z Netfliksa. To była moja pierwsza robota. Mniejsza o to, gdzie ten zakład był i jak się nazywał. W każdym razie, myśmy tam mieli nie tyle nawet przyzwolenie, co wręcz nakaz, żeby – tu cytat z szefa – „golić frajerki”. Jak głupie są, mawiał szef, to niech za głupotę płacą ekstra! No więc naciągaliśmy klientki. Wszyscy, ja też, przyznam szczerze, choć trochę mi teraz wstyd. Tylko wiesz, większość załogi robiła to tak w miarę delikatnie. Tu dwie dyszki doliczone do ceny tej części, tam cztery do tamtej, bez hardkorów. Był natomiast taki Radek, który szedł w to po calaku. Koleś wtedy po czterdziestce, ogółem bardzo dobry mechaniol i w takim codziennym kontakcie zupełnie sympatyczny gość. Tylko potworny mizogin. I jeszcze potworniejszy ściemniacz. Jakim on fałszem tym klientkom walił, człowieku…! Typiarka przyjeżdżała z jakąś popierdółką typu piszczący pasek, a on potrafił ją policzyć jak za pół kapitalki. I jeszcze na bezczela kleił jej obłudę, że to wszystko dla jej dobra. Robił klientce kawę, częstował herbatniczkiem i tym swoim głębokim, radiowym głosem przekonywał, że to dobrze, że pani do nas trafiła, bo już od teraz będzie pani mogła w pełni bezpiecznie jeździć. No owszem, koszta dość spore, ale przecież mus to mus. A poza tym, jak się uda, to on, Radosław, obrońca uciśnionych we własnej osobie, specjalnie dla niej wytarguje u szefa dwudziestoprocentowy rabat. No i jakoś tak ją zawsze potrafił ściemnić, że laska odjeżdżała z paskiem wymienionym za, powiedzmy, tysiąc złotych oraz świadomością, że bohaterski pan Radek uchronił ją przed niechybną śmiercią na drodze.
Ale pewnego razu pan Radosław dostał karmę z powrotem. I tu właśnie ta scena jak z Netfliksa. Słuchaj, jest piątek po południu, już się powoli sposobimy do fajrantu, aż tu nagle pod zakład podjeżdżają dwa Lexusy. Z jednego wysiada dziewczyna, która była u nas parę dni wcześniej ze swoim Audi chyba i jakiś starszy pan. Z drugiego – trzech kafarów. Wchodzą wszyscy do środka, starszy pan miłym głosem mówi „dzień dobry” i pyta, który tu szef. Szef chyba skumał, co się święci i raczej nie chciał się przyznać, ale że od razu wszyscy na niego spojrzeli, to nie miał wyboru.
– Ja! – mówi – W czym mogę pomóc?
– Ano widzi pan – odpowiada starszy jegomość – Wnuczka tu u panów była niedawno ze swoim autem i coś mi się wydaje, że nastąpiła pewna nieścisłość w rozliczeniach.
– Chłopaki, który panią obsługiwał?
Laska wskazuje wzrokiem Radka.
– No, Radosław – ciągnie szef – Porozmawiaj z państwem i wyjaśnij sprawę.
– Nie, nie – wtrąca się dziadek – Ja może i jestem odrobinę staroświecki, ale cóż, uważam, że przełożony odpowiada za podwładnych jak za siebie samego. Dlatego z chęcią porozmawiam i z panem Radosławem, i z panem, panie kierowniku.
Rad-nierad szef zaprosił całe towarzystwo do biura. Wyszli stamtąd po parunastu, może dwudziestu minutach. I szef, i Radek byli bladzi jak papier, a łapy im się trzęsły jak w delirce. Starszy pan ukłonił nam się grzecznie, życzył miłego weekendu, po czym razem z wnuczką i kafarami wsiedli do tych swoich Lexusów i odjechali. Szef bez słowa zamknął budę.
A w poniedziałek usłyszeliśmy, że z „goleniem frajerek” koniec.
* * *
Leszek (45 lat, mechanik, Lębork): Znam Huberta. I znam Radka. Nie było mnie przy tej scenie, ale mogę się założyć, że Hubi nie ściemnia. Tylko co z tego? W jednym zakładzie nastąpił koniec golenia frajerek, bo jakiś człowiek z miasta się wściekł, że – za przeproszeniem – wymacali jego wnuczkę. Jasne, dobre i tyle, ale to wciąż nie zmienia faktu, że przez następne lata ogromna większość zakładów nadal te „frajerki” goliła. Może nie aż tak bezwstydnie, może – jak wspomina Hubert – raczej w stylu „tu dwie dyszki, tam cztery”, ale jednak. Poza tym, wiesz, jak do dwóch dodasz cztery, to to już jest sześć dyszek. Z tych sześciu dyszek za chwilę zrobi się stówka, ze stówki dwie i tak dalej. Nie ma co się czarować, to była patologia.
Była…?
No była, bo na szczęście te czasy minęły i raczej nie wrócą. Mam wrażenie, że teraz to pojechało na drugi biegun. Dziś musisz się z klientem – czy klientką – obchodzić jak z jajkiem. Nie daj borze szumiący się do kogoś niewystarczająco szeroko uśmiechniesz, to ci obsmaruje tyłek w necie i będzie smród. Ludzie mają coraz bardziej skomplikowane samochody, wymagające coraz bardziej skomplikowanych i czasochłonnych napraw, a oczekują, że zrobisz na jutro (a najlepiej na dziś wieczór) i policzysz ich jak za wymianę linki sprzęgła w Cinquecento.
I tutaj, z przykrością stwierdzę, panie bywają znacznie bardziej roszczeniowe od panów. O, ledwie w zeszłym tygodniu miałem klientkę, która stwierdziła, że jej koleżance mechanik zrobił to samo za czterysta. Więc dlaczego ja chcę od niej dwa czterysta…!? Cierpliwie tłumaczę, że sam fakt naprawy zawieszenia nie oznacza, że zakres tej naprawy był taki sam, jak u koleżanki. Pytam, czy jej fryzjerka za strzyżenie, farbowanie i modelowanie fryzury policzy ją tak samo, jak koleżankę za podcięcie grzywki. No przecież tu włosy i tam włosy, nie? A ona we wrzask, że ją oszukuję i głupią z niej robię. Ostatecznie zapłaciła, ale co nerwów mnie i sobie samej napsuła, to nie ogarniesz.
* * *
Tymek (32 lata, mechanik, Skierniewice): Tylko weź naprawdę mnie przechrzcij, ok? Bo jak moja żona się dowie, że ja takie rzeczy o kobietach opowiadam, to mi wsadzi szpilę w torbę…
No, no… Niezły start, proszę pana. Zamieniam się w słuch.
Nie no, kurde, ja nie mogę uwierzyć, że na przykład te dziewczyny od Subaru zostały potraktowane w ten sposób przez młodego mechanika. Nie wiem, może na Lubelszczyźnie mają inne standardy (śmiech). Albo ta historia z gumą na autobahnie… Przecież to nawet mój dziadek, też mechanik, ale dawno emerytowany, gość ładnie po siedemdziesiątce, twierdzi że to jest żenia. No nie wiem, może gdzieś takie rzeczy jeszcze nadal się zdarzają, ale mnie się to w głowie nie mieści.
Wciąż nie dostrzegam powodów do obaw przed atakiem szanownej małżonki na twoje cojones.
No bo, z drugiej strony, kobiety dość często są same sobie winne. Sorry, taka prawda. Ty no, przychodzi do mnie taka jedna pani, pracuje u nas w urzędzie miasta, znam ją z widzenia. Diagnosta nie podbił jej przeglądu, bo ręczny wyciągnął kopyta. „Wie pan, hi-hi, ja jestem kobietą, hi-hi, parę razy pewnie na tym ręcznym ruszyłam, hi-hi, ale skąd mogłam wiedzieć, hi-hi” Noż khurrr… Jak to skąd?! Z kursu prawa jazdy na przykład? Ze zdrowego rozsądku? Stąd, że ci się kontrolka świeciła…? Echhh… Ale dobra tam, zniszczyłaś kawałek samochodu, trudno, się zdarza w najlepszych rodzinach. Się naprawi. Tylko jak robisz z siebie idiotkę, to potem się nie dziw, że jesteś traktowana jak idiotka.
Albo słuchaj, tak a propos łapania gumy: przyjeżdża inna pani. Sytuacja awaryjna. Z prawej tylnej opony dym wali aż czarno na pół ulicy. Za chwilę buchną płomienie. Okazuje się, że pani przejechała na kapciu dobre dwa kilometry z przepisową prędkością pięćdziesięciu na godzinę. Normalnie cud, że ta opona faktycznie się nie zapaliła. Pani oczywiście ma zapas. Dlaczego pani go nie założyła? Bo jest, hi-hi, kobietą i, hi-hi, nie umie. Dlaczego nie poprosiła o pomoc kogoś, kto umie (środek dnia, pełno ludzi dookoła)? Bo, hi-hi, jest kobietą i, hi-hi, nie była pewna czy to w rzeczy samej przebita opona. A cóż, k’mać, innego? Flet poprzeczny…?!
Albo gościówa, która zarżnęła silnik nigdy nie wrzucając biegu wyższego, niż trójka. Bo przecież czwórka to bieg szosowy, piątka autostradowy, a szóstka to ona w ogóle nie wie po co jest, w końcu jeździ tylko po mieście. I nie, nie ma dziewięćdziesięciu lat, tylko co najmniej połowę mniej. Albo jaśnie pani, co to nigdy nie słyszała o wymianie oleju. I nigdy oczywiście jej nie dokonała, przez co silnik wreszcie wyzionął ducha. Albo inna jaśnie wielmożna, dla której dbałość o odpowiednią temperaturę cieczy chłodzącej to zabobon.
Albo, albo, albo.
_____________
* – podobnie jak w pierwszej odsłonie, imiona większości osób wypowiadających się oraz wspomnianych w tekście zostały zmienione.
Zdjęcie główne: senivpetro, Freepik.com
Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy – dzięki!




