Podobno istnieją redakcje portali motoryzacyjnych, w których surowo wzbronione są najlżejsze nawet i silnie zawoalowane sugestie, iż czytelnik mógłby czegoś nie wiedzieć, bądź na czymś się nie znać. Podobno istnieją ludzie, którzy z tych redakcji odchodzą w atmosferze przyjaźni, pośród serdecznych podziękowań i zapewnień o dozgonnym szacunku, po to tylko, by za lat mało-wiele, wykazując niesamowity refleks, krzyczeć wszem wobec wniebogłosy, że jednak wcale tak różowiuchno w tej redakcji nie było. Po pierwsze, nie lubię dram. Po drugie, nigdzie się z Petrolhearta w przewidywalnej przyszłości nie wybieram, stąd też nie będę Ci, Drogi Czytelniku, niczego sugerował, tylko powiem wprost: nie znasz się.
Spokojnie, nie ma powodów do oburzenia. Znaczy jasne, chcesz się wściec, to się wściekaj, wolna wola. Wiedz jednak, że nie znając się trafiłeś do naprawdę zacnego grona. Przynależy doń chociażby redaktor naczelny Petrolheart.pl, Piotr Szary. Ledwie parę dni temu nasz portalowy capo di tutti capi wysmażył tekst, w którym nie pozostawia suchej nitki na nowym, pierwszym w historii elektrycznym samochodzie marki Ferrari.
Złe światło
„Luce” to po włosku „światło”. Złe światło. A przynajmniej w złym świetle stawia ten samochód opinia Piotrka. I Twoja też. I dlatego obaj się nie znacie. Dobra, dobra. Przestań się asekurować. Rozumiem, że w tej właśnie chwili gorączkowo poszukujesz jakichś, jakichkolwiek argumentów na poparcie tezy, że maybe, just maybe ten samochód wcale nie jest taki straszny. Owszem, nie jest i zaraz Ci to udowodnię. Przyznaj jednak szczerze: też miałeś wytrzeszcz oczu, prawda? Też polajkowałeś 1500 100 900 pseudozabawnych memów o tym aucie, też zacząłeś gadać, że to nowa Multipla, też dołączyłeś do chóru wieszczącego rychły i bolesny upadek marki z Maranello.
To teraz spójrzmy na sprawę obiektywnie. Zacznijmy może tak, jak pewien mój redakcyjny kolega – który zresztą też się nie zna – otwiera swoje filmy*: od pytania czy ten samochód jest ładny. Otóż… oczywiście, że nie. No chyba, że jesteś fanatycznym EVangelistą. Wtedy mógłbyś np. uznać, że [Ferrari] „stworzyło futurystyczny manifest włoskiego designu, który bardziej przypomina dzieło nowoczesnej sztuki użytkowej.”** Ale nie jesteś, prawda? Prawda…?
Nie jest to też jednak samochód brzydki. Jest… nijaki. Owszem, te felgi to faktycznie jak z wozu drabiniastego. Jasne, na upartego można się doszukiwać jakichś głęboko poukrywanych stylistycznych smaczków. Generalnie jednak: ot, elektryczny crossover. Ani zauważalnie piękniejszy, ani wyraźnie brzydszy od całej masy podobnych. Spróbuj na chwilę zapomnieć, że Luce to Ferrari. Wyobraź sobie, że zobaczyłeś ten pojazd na ulicy. Jakiej marce byś go przypisał – BYD? Geely? Zeekr? A może któryś z pozostałych dwóch tysięcy stu trzydziestu siedmiu producentów aut z Państwa Środka rodem?
Jak, jak…? Nie da się zapomnieć, że Luce to Ferrari? Ano właśnie.
I o to chodzi
To teraz wyobraź sobie, że Ferrari zaprezentowało dokładnie taki samochód, jakiego się spodziewałeś. OK, elektryczny, jasna sprawa. Z wierzchu jednak silnie nawiązujący do klasycznych modeli marki. Tu coś z Testarossy, tam jakiś uśmiech w stronę F50, siam ukłon dla 250 GTO i dalej w ten deseń. Kogo by taki pojazd zainteresował? Motoryzacyjnych nerdów, którzy i tak nigdy sobie nigdy nic z Maranello nie kupią (o czym zresztą jeszcze zaraz)? Miłośników trzymania supersamochodów pod kocy… eee… firmowym pokrowcem i upajania się wzrostem ich kolekcjonerskiej wartości? Ogółem jednak, czy takie auto wywołałoby silny szum – tu już, bądźmy szczerzy, należy wątpić.
Zestaw sobie tę hipotetyczną sytuację ze stanem faktycznym. Stanem faktycznym, w którym boisz się otworzyć lodówkę, bo masz wrażenie, że nawet ten deczko nadpleśniały jogurt truskawkowy (wiem, już ósmy raz zapomniałeś go wyrzucić) krzyczy, że Ferrari Luce to abominacja. W którym wzmianki o Ferrari Luce (cóż z tego, że niepochlebne?) ściekają Ci z ekranu ilekroć odpalisz jakiekolwiek medium społecznościowe. Opinię o Ferrari Luce (cóż z tego, że niepochlebną?) mają absolutnie wszyscy. Nawet Twoja dawna gimnazjalna crushie, której nie widziałeś na żywo od nastu lat, a której zainteresowanie motoryzacją ogranicza się do użytkowania służbowej Skody Citigo, podesłała Ci dziś rano memeska z Ferrari Luce. W sumie to jakoś bardzo byś się nie zdziwił, gdyby wujo Stefan (zero kontaktu od Twojego bierzmowania) nagle jutro zadzwonił i chciał Cię spytać, czy masz może pojęcie jak Ferrari mogło wypuścić takie paskudztwo, jak Luce. Albo gdyby babcia Lucynka poszła w niedzielę do proboszcza (swego czasu działał w Watykanie) i stanowczo zażądała, by uruchomił swe włoskie kontakty i za ich pomocą przesłał do Maranello wyrazy jej najgłębszego oburzenia.
Ferrari Luce to supersamochód ery algorytmów
Niejaki John Elkann twierdzi, że Ferrari nie kupuje się dla liczb i osiągów, tylko dla emocji. Wypadałoby facetowi wierzyć. Po pierwsze, jest prezesem wykonawczym firmy, więc chyba wie co mówi. Po drugie – i znacznie ważniejsze – w obecnych czasach większość decyzji zakupowych podejmowana jest pod wpływem emocji. Dobrych, złych – nieważne. Grunt, że silnych. Wypuszczając taki, a nie inny samochód, Ferrari zagwarantowało sobie niezwykle skuteczną, a do tego kompletnie darmową kampanię marketingową. Mówią o nim wszyscy. A że źle? Cóż, ważne że z nazwiska.
Luce jak Panamera?
Na koniec mam do Ciebie, Drogi Czytelniku, takie mało dyskretne pytanie: ile, jak do tej pory, zamówiłeś nowych Ferrari? Achhh… Tak też właśnie myślałem. Ja? Dokładnie tyle samo. Z dobrych źródeł wiem, że i Naczelny nie inaczej. Ba! Śmiem przypuszczać, że potężna większość krytykantów Luce nie miała nigdy okazji przejechać się jakimkolwiek Ferrari, nic nie mówiąc o jego posiadaniu.
Nasuwa mi się tutaj pewne skojarzenie. Otóż niemal równo siedemnaście lat temu (jejku, jak ten czas pędzi…) Porsche zaprezentowało urbi et orbi model Panamera. Reakcje były może mniej intensywne, niż te dzisiejsze na Luce, wszak media społecznościowe nie były podówczas aż tak rozwinięte, niemniej ich charakter i treść pozostawały łudząco podobne. Armia samozwańczych arbitrów elegancji i strażników czystości motoryzacyjnej tradycji zarzucała marce ze Stuttgartu zdradę ideałów i wieszczyła jej rychłą plajtę. Sęk w tym, że potężna większość żołnierzy tej armii i tak nie była, ze względów czysto ekonomicznych, kandydatami do zakupu nowego Porsche. Natomiast ludzie, którzy byli, tłumnie do tych zakupów ruszyli, całkiem racjonalnie kombinując, że prestiż marki pozostaje, a nabywając Panamerę dostają kawał praktycznego auta, do którego można zmieścić się całą rodziną i ruszyć w podróż z punktu A do B. W przeciwieństwie do takiej, dajmy na to, 911tki, służącej ewidentnie do poruszania się z punktu A do A.
Wcale bym się nie zdziwił, gdyby – toutes proportions gardees – z Luce wyszło podobnie. W końcu pierwszy krok na tej ścieżce postawiło już Purosangue.
* – pilne śledzenie kanału YT Bassdrivera obowiązkiem każdego Petrolhearta!
** – nie, nie wymyśliłem sobie tego. Autentyczny cytat z forum miłośników aut elektrycznych.



