Ferrari oficjalnie zaprezentowało swój pierwszy elektryczny model w historii – Luce. Tego się oczywiście spodziewaliśmy, ale SOR-y na całym świecie notują właśnie epidemię wytrzeszczu oczu.
Od dłuższego czasu mówi się, że samochody elektryczne nie muszą już szokować wyglądem. Ludzie się przyzwyczaili, w końcu nie jest to żadna nowość na rynku i nie musi na siebie zwracać takiej uwagi. Przychodzi jednak taki dzień, że Ferrari prezentuje model wyglądający jak Nissan Leaf III z tyłem zapożyczonym z nowych elektrycznych Mercedesów (albo, jako rzecze Stephen Rivers z Carscoops, z Chevroleta Impali z przełomu wieków – szanuję). Tymczasem ja wpatruję się z uporem godnym lepszej sprawy w systemowy kalendarz, usiłując się dopatrzeć daty 1 kwietnia. Jednak im mocniej się wpatruję, tym lepiej widzę, że mamy końcówkę maja. Czyli to wszystko jest na serio.
Nowe Ferrari Luce zachwyciło wiele osób wnętrzem
To pokazano już w pierwszej połowie lutego. Nie jestem może jakimś jego wielkim fanem, ale nie jest złe – kierownica jest wręcz bardzo ładna, a boczki drzwiowe równie udanie nawiązują do starszych modeli marki z Maranello.
I rozumiecie, do czegoś całkiem niezłego dopasowano dziwaczną karoserię, która nijak nie przypomina innych aut włoskiej marki. Pewnym wytłumaczeniem może być fakt, że sprawę zlecono studiu LoveFrom, które ma swoje biura w Londynie i w San Francisco. Zapiszcie sobie w notesach, że jeśli kiedykolwiek będziecie osobami decyzyjnymi w Ferrari, to żeby za wygląd nie odpowiadali Brytyjczycy ani Amerykanie. Po prostu nie. Nawet jeśli mówimy o zleceniu zadania Jony’emu Ive i Marcowi Newsonowi, którzy utworzyli LoveFrom po odejściu z Apple. A może w szczególności wtedy.
Zostawmy na chwilę wygląd tego Leafcedesa w spokoju i przejdźmy do suchych informacji
Czworo drzwi, pięć miejsc siedzących. 5026 mm długości, 1999 mm szerokości (bez lusterek), 1544 mm wysokości i rozstaw osi równy 2961 mm. Pojemność bagażnika? 597 l. Do tego cztery silniki elektryczne (po jednym na koło) o łącznej mocy na poziomie 1050 KM (w trybie Launch Control), maksymalny moment obrotowy wynoszący 990 Nm (jw.) i… 2260 kg, które trzeba rozruszać. To ma przychodzić Luce wyjątkowo łatwo – Ferrari obiecuje 2,5 s do setki i 6,8 s do dwóch setek oraz 310 km/h prędkości maksymalnej.

Seat w 2005 roku: „Słuchajcie, a jakbyśmy tak osłonili pióra wycieraczek, żeby nie zaburzały aerodynamiki?”
Tymczasem Ferrari w 2026: „DOBRA TAM ZOSTAW, DOBRZE JEST” [tak, wiem, pewnie nie przeszkadzają, ale wygląda to jak wygląda]
Podczas prac nad Ferrari Luce opatentowano ponad 60 rozwiązań, z których najciekawszym jest chyba to dotyczące… dźwięku. Ten, w przeciwieństwie do innych aut elektrycznych, nie ma bowiem pochodzić po prostu z głośników czy być sztucznie generowany. W zamian w obudowie tylnej osi zamontowano akcelerometr, który rejestruje drgania obracających się podzespołów, po czym opatentowany system, cytując producenta, „filtruje, koryguje i wzmacnia sygnał w sposób podobny do gitary elektrycznej, ale tylko wtedy, gdy ma to znaczenie dla wrażeń z jazdy”. Kierowca może dowolnie regulować natężenie tego dźwięku. Opis brzmi ciekawie, choć przyznam, że nieco intryguje mnie chwalenie się jakimikolwiek drganiami w aucie kosztującym co najmniej 520 tys. euro. Oczywiście każdy wie, że te drgania tam są, bo inaczej się nie da – ale tak wprost się do tego przyznawać?
Ferrari Luce będzie można zamawiać jeszcze w tym roku
Konfigurator jest dostępny już teraz pod tym linkiem. Możliwości, typowo dla Ferrari, jest tu bardzo dużo, więc można się pobawić.






