W ostatnią środę, przy okazji omawiania wyników Tesli z ostatniego kwartału, Elon Musk zapowiedział zakończenie produkcji Tesli Model S i Model X. Ma to zwolnić miejsce w fabryce we Fremont – od dawna wykorzystywanej w ułamku jej możliwości – które zostanie wykorzystane do produkcji autonomicznych robotów Optimus. Podobno ma to być nowy kierunek rozwoju marki.
Sic Ford Transit gloria mundi… Przyznaję, zdarzało nam się na łamach Petrolheart.pl nie raz krytykować Teslę, a nawet z niej nabijać, ale jednak zrobiło mi się trochę szkoda na wieść o tym, że Tesla Model S (a także Model X, ale jego mi nie szkoda) wkrótce zakończy swoją długą karierę. Naprawdę długą, premiera tego auta miała bowiem miejsce w roku pańskim 2012. Dla zobrazowania, jak dawne to były czasy – tanią marką zza mórz był Chevrolet, nie MG, można było wybierać w salonach spośród rozmaitych coupe-cabrioletów i minivanów, a Jaguar nie tylko produkował samochody, ale nawet nie zdążył jeszcze wprowadzić żadnego SUV-a. Ach, no i typowymi przedstawicielami aut elektrycznych były wtedy wynalazki o aparycji, uroku i osiągach samobieżnego sprzętu AGD, takie jak np. Nissan Leaf pierwszej generacji czy Mitsubishi i-MiEV.
To w takich okolicznościach pojawiła się Tesla Model S – i zadziwiła świat
Przede wszystkim – był to chyba pierwszy naprawdę ładny, zaprojektowany od zera elektryk. Smukła linia i nieprzekombinowane detale mogły się podobać 14 lat temu, i mogą się podobać do dziś – wg mnie ten model nadal jest najlepiej wyglądającą Teslą, a X, 3 i Y to wizualnie jego mutacje z popsutymi proporcjami. Ale na wyglądzie zadziwianie się nie kończyło – Model S był też rewolucją jeśli chodzi o parametry elektrycznych aut, łącząc znacznie wyższy zasięg ze znacznie lepszymi osiągami. Tym autem młoda marka pokazała, że „elektryk” nie musi być nudnym pudełkiem do kręcenia się po mieście. To był początek takich aut jak Porsche Taycan, BMW i7, Lucid Air czy Volvo ES90 i współczesnego podejścia do elektryfikacji na poważnie.
Tesla chyba zapoczątkowała tym autem też inne trendy, równie kontrowersyjne z punktu widzenia entuzjasty motoryzacji. To właśnie z Modelem S była kojarzona autonomiczna jazda, a raczej, trzymając się bliżej faktów niż marketingu – rozbudowane systemy asystujące, które potrafią być równie pomocne, co czasem irytujące. I które dziś są oczywistością w nowych autach innych niż te najtańsze (lub co niektóre rynkowe dinozaury).
Skomputeryzowanie Tesli sięga jednak znacznie dalej, i to też było wówczas jej cechą charakterystyczną. Tak uwielbiane dziś przez producentów, a często krytykowane przez kierowców, sterowanie autem z ekranu zostało spopularyzowane w świadomości mas właśnie przez ten model. Z entuzjazmem przyjęli to gadżeciarze, którzy, zdawałoby się, dzięki Tesli zaczęli się interesować motoryzacją – ale tylko napchaną gadżetami. A może „przez Teslę”?…
Jeszcze bardziej „gadżeciarski” był Model X
Zaprezentowany w 2015 roku SUV do wszystkich cech Modelu S dołożył jeszcze dość niecodzienne nadwozie. Nie dość, że jest SUV-em o rozmiarach domku letniskowego, ale linii dachu liftbacka, to jeszcze ma niezwykle skomplikowane „Falcon Doors”, czyli tylne drzwi unoszące się ku górze, i składające się przy tym nieco, żeby zajmować po otwarciu jak najmniej miejsca. Owszem, dzięki temu da się wsiąść do tyłu tego pokaźnego auta nawet w dość ciasnych miejscach, ale też skomplikowało to konstrukcję. Na tyle, że podobno Elon Musk określił kiedyś Model X „samochodem Fabergé”, ze względu na jego luksus i… delikatność. Taka kombinacja nie mogła się skończyć dobrze – i faktycznie, produkcja tego gadżetu na kołach w odpowiedniej jakości i liczbie sprawiała marce problem.
Koniec nie jest zaskakujący
Odkąd w 2017 pojawił się Model 3, a w 2019 Model Y – oba znacznie tańsze od starszego rodzeństwa – rola S i X zaczęła szybko maleć, i stały się bardziej wizytówką firmy, niż sprzedażowymi końmi pociągowymi. Już w 2019 roku zresztą Elon Musk stwierdził, że Tesla produkuje te „niszowe” modele bardziej ze względów sentymentalnych, niż jakichkolwiek innych, a ich znaczenie dla przyszłości jest niewielkie. Widać to też w liczbach, a przynajmniej… częściowo – w 2023 roku Tesla przestała podawać sprzedaż Modelu S i Modelu X oddzielnie w swoich statystykach, grupując je jako „inne modele” razem z Semi i Cybertruckiem. I nawet razem z nimi stanowiły one zaledwie ok. 3 proc. całkowitej sprzedaży marki w zeszłym roku. Tak – trzy, nie trzynaście ani trzydzieści. Nie ma więc się czemu dziwić – koniec produkcji tak marginalnych modeli jest całkowicie rozsądny.
Ale też, z drugiej strony – nie ma się co dziwić tak nikłej popularności. Choć oba modele przez lata były kilkukrotnie ulepszane, tak są to jednak stare konstrukcje, i nawet rewolucyjny niegdyś napęd się zestarzał. Ani Model S, ani Model X nie mają chociażby architektury 800V, która w nowych elektrykach tej klasy staje się właściwie standardem, pozwalającym na wyższe moce ładowania. Nie mają też instalacji 48V, która pozwala na więcej np. w zakresie aktywnego zawieszenia. W zasadzie wygląda to trochę, jakby producent od pewnego momentu nawet nieszczególnie starał się utrzymać ich konkurencyjność.
W zeszłym roku co prawda przeszły „odświeżenie”, ale polegało ono głównie na dodaniu nowego koloru lakieru, opcjonalnego wolantu zamiast kierownicy i niewielkich zmianach wnętrza. Oraz podwyżce ceny – co zresztą działo się wielokrotnie przez całą produkcję tych modeli, przez co za coraz starsze auta płaciło się coraz więcej. Przypomina mi to trochę Fiata Tipo, który startował jako tani kompakt, a kończy karierę jako tani i wiekowy kompakt w cenie normalnego kompaktu. Zadziwiające – nie przynosi to popularności.
Czym Tesla zastąpi Model S i Model X? Robotem
Oba modele produkowane są w fabryce we Fremont, w Kalifornii – jej zdolności produkcyjne sięgają 100 tysięcy aut rocznie, co oznacza, że od lat pracowała ona znacznie poniżej swoich możliwości. Cóż, zapewne to też miało swój udział w rosnących cenach. Ale teraz Elon Musk ma dla niej nowe zastosowanie, i co ciekawe nie jest to produkcja aut. Mają tam być produkowane autonomiczne, humanoidalne roboty Optimus – to znaczy, autonomiczne wg zapowiedzi Tesli, bo jak dotąd na wszystkich prezentacjach były one zdalnie sterowane. Aaale nie czepiajmy się szczegółów świetlanej przyszłości Tesli. Bo tak – według jaśnie oświeconego szefa firmy jej przyszłością ma być nie tyle produkcja samochodów, co rozwój autonomii, w postaci między innymi Optimusa czy też Robotaxi.
Dlaczego nie mogą to być bardziej konwencjonalne, autonomiczne samochody, jak np. pozostający w produkcji Model 3? Najwyraźniej są za mało gadżeciarskie, by spełnić wizje Muska. I nie myślcie, że ja tak z czystej złośliwości piszę – na nie całkiem praktyczne uzasadnienie wskazuje też pozostawienie w produkcji równie niszowego, równie drogiego, za to mniej dopracowanego i bardziej nietypowego Cybertrucka. Nie tylko nie ma mowy o jego wycofaniu, ale wręcz zostało zapowiedziane dalsze jego wsparcie – przy tej samej okazji, przy której zapowiedziano koniec Modelu S i Modelu X. Ach, muszę dodawać, że Cybertruck nie spełnia planowanych celów sprzedażowych? Chyba nie. Cóż, modele będące kaprysem prezesa mają swoje prawa.









