Gdy w zeszłym roku Toyota zaprezentowała model Crown w wersji crossover, motoryzacyjni tradycjonaliści po raz kolejny zaczęli wróżyć apokalipsę. Na szczęście koniec dziejów jeszcze nie nadchodzi: oto wjeżdża Toyota Crown sedan.
Toyota Crown to model-instytucja w historii japońskiej marki. Zaprezentowana w 1955 r. pierwsza generacja, jeszcze pod nazwą Toyopet Crown, była pierwszym samochodem skonstruowanym samodzielnie przez Toyotę. Mimo wprowadzania kolejnych odsłon, Crown długo trzymał się tradycyjnych rozwiązań. Aż do połowy lat 90. konstrukcja samochodu oparta była na ramie – pierwszym samonośnym Crownem była przypominająca Lexusa LS seria S150. Wszystkie generacje występowały głównie jako sedany, w kilku dostępne było też bardzo pojemne kombi, zdarzało się też całkiem stylowe coupe. Od lat 70. do 90. można było zakupić Crowna w wersji hardtop, będącej zasadniczo 4-drzwiowym sedanem bez słupków B, zaś druga i trzecia generacja na australijskim rynku (i tam też montowana) dostępna była także jako… pickup. Tak utylitarna wersja była jednak wyjątkiem – Crown z założenia był dużym, wygodnym i dość reprezentacyjnym modelem.
Aż do niedawna.
(Opel) Signum temporis czyli crossoveryzacja wszystkiego
Jak wiadomo, w zasadzie nie da się dziś walczyć na rynku motoryzacyjnym nie mając w ofercie SUV-ów i/lub crossoverów. Nawet najdroższe, najbardziej luksusowe marki jęły wprowadzać takie wozy do swych gam. Jednak znane od lat linie modelowe utrzymywały swą formę – zazwyczaj sedan lub coupe. Dlatego też prezentacja nowej generacji modelu znanego od prawie 70 lat jedynie w dwóch modnych, podniesionych wersjach wywołała gniewne okrzyki wśród fanów wszystkiego, co stare i dobre. Jak to – Toyota Crown jako crossover i SUV? Tak się nie godzi! Toż to upadek dobrych obyczajów, ZA MOICH CZASÓW itd. Na szczęście jednak ich głosy zostały wysłuchane – choć w zasadzie od początku taki był plan, gdyż opracowanie i wprowadzenie nowego modelu zajmuje ładnych kilka lat. Inna rzecz, że występuje tu – jak mawiają Anglosasi – plot twist.
Toyota Crown sedan jest teraz fastbackiem
Jak już pisałem pewien czas temu, fastback powraca. Ta najbardziej absurdalna forma sedana jest naprawdę atrakcyjna wizualnie, a teraz liczy się dynamiczny, agresywny wygląd. Samochód ma krzyczeć, że jest najszybszy na drodze, zaś jego kierowca znajduje się na szczycie łańcucha pokarmowego. A nowy Crown rzeczywiście wygląda całkiem smakowicie. Dobrze dobrane proporcje z długą maską i krótkim przednim zwisem, dość drapieżnie ukształtowany front – wszystko to wytrąca broń z ręki tym, którzy uważają, że Toyota obecnie umie robić tylko nijakie dziadkowozy. Oczywiście można sprzeczać się, że dwubryłowa sylwetka mogłaby być zostać opracowana jako pięciodrzwiowy liftback, ale to, co sprawdza się w Skodzie Superb, niekoniecznie jest na miejscu w wozie tej klasy. Tak czy inaczej, całość sprawia wrażenie, jakbyśmy gdzieś już to widzieli. I rzeczywiście – czterodrzwiowy Crown bardzo przypomina drugą generację wodorowej Toyoty Mirai. Ba, nie tylko przypomina – może mieć pod spodem jej bebechy.
Napęd – do wodoru, do koloru
Toyota Crown sedan może występować w jednej z dwóch wersji: jako klasyczna, zamknięta hybryda lub z napędem elektrycznym zasilanym ogniwami paliwowymi. Ta pierwsza wersja oparta jest na znanym już, 2,5-litrowym benzyniaku. Niestety, nie ma już co liczyć na potężne V8 czy choćby przyjemnie pracującą szóstkę – 4 cylindry to wszystko, co możemy dostać. Cóż, znak czasów. Wersja elektryczna wykorzystuje układ napędowy z Mirai – zamiast wtyczki są tu ogniwa paliwowe i zasilanie wodorem. Wedle danych producenta, napełnione zbiorniki (a są tu aż trzy) powinny wystarczyć na przejechanie 820 kilometrów. Biorąc pod uwagę gęstość występowania stacji tankowania wodoru w naszym kraju, taki zasięg może się przydać.
Również platforma, na której zbudowano Crowna sedan, pochodzi z Mirai. Dzięki temu moc, bez względu na wybraną wersję, trafia prawilnie na tylną oś. Podejrzewam, że przednionapędowy Crown sedan byłby czymś, czego świat mógłby nie wytrzymać. Wydłużono jednak rozstaw osi – w Mirai ma on 2920 mm, podczas gdy w nowym Crownie – równe 3 m.
Toyota Crown – limuzyna po tuningu
Według producenta Toyota Crown sedan została opracowana tak, by spełniała wymogi stawiane szoferskim limuzynom. Czy taki samochód wypada poddawać tuningowi? Teoretycznie nie, ale nadworny tuner Toyoty, Modellista, ma to – cytując klasyka – dokładnie tam. Firma odpowiedzialna wcześniej za takie wspaniałości, jak choćby oparty na Yarisie Verso model VF130, zaprezentował nieco ostrzejszą wersję Crowna. Niestety, jest to ostrość li tylko wizualna. Pakiet tuningowy zawiera niewielki tylny spoiler, przedni splitter, dodatkowe listwy progowe i nakładki pod tylnym zderzakiem. Co ciekawe, te ostatnie są chromowane, co może nieco kłócić się ze sportowością przeróbek. Całości dopełniają dwukolorowe, 21-calowe felgi. Wszystko to ma zdecydowanie azjatycki charakter. Jeśli mam być szczery (cytując tego samego klasyka, co wyżej, a ja od dzisiaj chcę być szczery), bardziej podoba mi się standardowy Crown sedan.
Czy Toyota Crown sedan trafi do Europy? Nie wiem, ale się obawiam
Toyota Crown po raz pierwszy trafiła na Stary Kontynent w 1963 r., a kolejne generacje były oferowane tu aż do roku 1987. Niestety, sprzedaż była zbyt niska by uzasadnić dalszą obecność modelu w Europie. Rolę flagowej Toyoty przejęła tutaj Camry, zaś od 1991 r. Crown w ogóle nie występuje z kierownicą po lewej stronie. Niestety, wątpię, czy nowa generacja pojawi się na naszym kontynencie. Tym bardziej, że wersja wodorowa niejako dublowałaby dostępnego tu Miraia.





