Dzień dobry, zapraszam na kolejne Garażowe rozmowy. Odnośnie tytułu to oczywiście zakładamy, że auto jest sprawne. To jak: z chęcią powitalibyście dodatkowe stadko koni pod maską? A może wręcz przeciwnie?
Lawinowo rosnąca popularność aut elektrycznych sprawiła, że powrócono do wyścigu zbrojeń jeśli mowa o mocy silnika (czy silników, o co w BEV-ach nietrudno). 300 koni? Meh, nuda. 800? Nuuuuda. 2000?! No, może odrobinę mniejsza, ale… i tak nuda. W samochodach spalinowych takie parametry jakieśtam wrażenie jednak robią, ale w przypadku silnika elektrycznego, który stopniem skomplikowania przypomina kij od szczotki?

Lotus Evija – elektryczne hiperauto o mocy 2000 KM. Więcej o nim napisałem tutaj.
Pytanie brzmi, czy nuda jest też za kierownicą?
Da się zrobić zupełnie spokojnie prowadzący się samochód o mocy np. 600 KM, ale da się też zrobić niesterownego wariata o trzy- lub czterokrotnie niższej mocy. Sam, choć nie narzekam na proporcje benzyny do krwi w moich żyłach, mam dość luźny stosunek do kwestii mocy – oczywiście lubię, gdy jest jej dużo i zdecydowanie przyspiesza mi to bicie serca (zwłaszcza gdy mowa o jakimś mile brzmiącym V8), ale nie mam w zwyczaju twierdzić, że powyżej 6 sekund to nie samochód, albo że 1,8 litra to się nadaje do kosiarki. Rynek, zarówno w przypadku aut nowych jak i używanych, jest na tyle bogaty, by każdy mógł znaleźć coś dla siebie – nie każde auto musi mieć po 200 koni i więcej.
Naturalnie, zdarzają się (i to często, szczególnie w segmentach A i B) przypadki, gdy mocy jest zdecydowanie za mało
Nawet jeśli nie do jazdy po mieście, to na wypad w trasę już jak najbardziej. W pozostałych przypadkach wystarczy w jakimś zakresie dopasować styl jazdy do możliwości samochodu i można bezpiecznie i nawet z przyjemnością (!) pojeździć gdzie dusza zapragnie.
Poza tym muszę się przyznać do tego, że ze mnie jest trochę dzieciak, i jeśli mam do dyspozycji auto słabsze, to w wielu przypadkach dziką radochę sprawia mi korzystanie z pełni jego skromnych możliwości. To uczucie, gdy ścigasz się z Octavią TDI, której kierowca nie wie, że się ścigasz, jest bezcenne. Typowa sytuacja z memów: ostry start, dwójka, trójka, emocje sięgają zenitu, zerkasz na prędkościomierz a tam 80. Takich wrażeń mogłem sobie zapewniać do woli, gdy jeździłem gaźnikowym Peugeotem 205 1.1. Najlepsze jednak w jego przypadku było to, że zupełnie bezstresowo nadążał za dzisiejszym ruchem ulicznym – czego np. o Corsie B 1.2 8V w życiu bym nie powiedział, bo przy wciśnięciu gazu w podłogę rozpędzała się w tempie autobusu miejskiego.
Obecnie jeżdżę autem, w którym mocy faktycznie trochę mi brakuje
Ale że pod innymi względami spełniało moje wymagania lub nawet je przekraczało, to je kupiłem – i mimo wszystko nie żałuję, bo jeździ mi się bardzo dobrze. Ciekawostka jest taka, że samochód miał zamontowany tuningowy box, dzięki któremu zamiast seryjnych 160 KM moc wynosiła ok. 170-175 – i faktycznie było to odczuwalne. Pozbyłem się go jednak, i to z kilku powodów – najbardziej oczywistym było to, że ASO nie chciało przeprowadzić zaległej akcji serwisowej póki rzeczony box się pod maską znajdował (i to właśnie ASO na moją prośbę przeprowadziła demontaż), a innym fakt, że najzwyczajniej w świecie takim elementom nie ufam. Jeśli będę chciał mieć więcej mocy i będę mieć na to wolne środki, to zgłoszę się do jakiegoś tunera w sprawie profesjonalnego chiptuningu dostosowanego pod konkretny egzemplarz samochodu.

