Jeśli na pytanie „z czym kojarzy się wam nazwa RUF” odpowiecie, że z tłustymi przeróbkami Porsche, będziecie mieli rację. Jak się jednak okazuje, nie całą.
Oglądaliście Le Mans ’66? Ja nie (przepraszam), ale historię znam. W skrócie: na początku lat 60. Henry Ford II stwierdził, że fajnie byłoby wystawić własne samochody w 24-godzinnych wyścigach Le Mans. W tym samym czasie doszły go słuchy, że Enzo Ferrari mógłby być zainteresowany sprzedażą swojej firmy amerykańskiemu koncernowi.
Rozpoczęły się negocjacje, Ford wydał sporo pieniędzy na audyt i prawników, po czym nagle Ferrari użył włoskiego zwrotu na „v” (i nie było to „va bene”) i pokazał Amerykanom drzwi. Ponoć poszło o to, że Włosi nie mogliby już wystawiać własnych wozów w Indianapolis 500, gdyż konkurowałyby one z konstrukcjami Forda. Wnuk założyciela amerykańskiego koncernu wściekł się, cisnął słowem na „f” (i nie było to „fine”) a następnie orzekł, że przerobi makaroniarzy na burgery.
Amerykanie szybko znaleźli partnera. Została nim brytyjska firma Lola, specjalizująca się w tworzeniu samochodów wyścigowych. Zresztą Lola Mk6 już korzystała z fordowskiego silnika. I to właśnie na jej bazie w 1964 roku powstała pierwsza iteracja samochodu, który 2 lata później skopał włoskie culo. Był nim, rzecz jasna, Ford GT40.
Ford GT40 powstał też w wersji drogowej – i taki egzemplarz odrestaurował RUF
Niemiecka firma, działająca od 1939 r., od momentu przejęcia jej przez syna założyciela specjalizuje się w tuningu Porsche. Choć tak naprawdę słowo „tuning” nie oddaje w pełni tego, co tu się odbywa. Dość wspomnieć tu modele z serii CTR – słynnego Yellowbirda i jego następcę, CTR2, który przez chwilę dzierżył tytuł najszybszego produkcyjnego (gdyż przy 16 stworzonych egzemplarzach trudno nazwać go seryjnym) samochodu świata. RUF na życzenie zajmuje się również odnawianiem cennych klasyków – i, jak się okazuje, nie musi to być Porsche. Wedle słów przedstawiciela firmy, Niemcy zajęli się odrestaurowaniem wszystkich wozów „szczególnego klienta”, zaś jednym z nich była drogowa wersja Forda GT40 z 1966 r.
Co ciekawe, prace zostały wykonane w 1996 r.
Niebieski Ford miał wtedy równo 30 lat. Choć tak naprawdę nie wiadomo, czy w takim kolorze wyjechał już z fabryki. Tak czy owak, wybór był świetny. Odcień przypomina nieco wyścigowe malowanie „Gulf Blue”, jednak nie jest jego kopią.
Świetnie wygląda również wnętrze. Deska rozdzielcza z centralnie umieszczonym obrotomierzem sprawia wrażenie wyjętej wprost z wozu wyścigowego. Jedynym zgrzytem jest prędkościomierz wciśnięty daleko z lewej strony, jakby projektanci zorientowali się w ostatniej chwili, że o czymś zapomnieli.
Ciekawostką jest umieszczenie dźwigni zmiany biegów. Egzemplarz ma kierownicę po prawej stronie, jednak zwieńczona drewnianą gałką wajcha nie znalazła się na tunelu centralnym. Zamiast tego została wciśnięta między fotel kierowcy a masywne drzwi. Zapewne sprawia to, że wślizgiwanie się za kierownicę jest dość pociesznym widokiem.
Ford GT40 – w pięknej budzie piękny silnik
Napęd GT40 okazuje się równie zjawiskowy co jego stylistyka. Przez pleksiglasową tylną szybę można podziwiać dwa rzędy błyszczących trąbek dolotowych, pod którymi kryją się 4 gaźniki Webera. Silnik ma pojemność 289 cali sześciennych, co po przeliczeniu z „jednostek wolności” na te cywilizowane daje ok. 4,7 l. Moc wedle danych technicznych wynosi 385 KM. Z jednej strony jednak przez 57 lat część z tych koni mogła się rozbiec, z drugiej – kto wie, czy specjaliści z RUFa nie podłubali tu troszkę po swojemu. O tym jednak źródła milczą.
Chcesz go kupić? Proszę bardzo
W styczniu na Florydzie odbędzie się aukcja organizowana przez Mecum Auctions. Jednym z samochodów, które zostaną na niej wystawione, będzie właśnie ten egzemplarz. Ceny wywoławczej nie podano, ale trudno oczekiwać, by była okazyjna. Zbudowano jedynie 30 drogowych Fordów GT40, ta sztuka zaś należała m.in. do Umberto Magliolego, znanego m.in. ze ścigania się dla Scuderii Ferrari w latach 50. Swoją drogą – to dość ciekawe, że człowiek związany z Ferrari zakupił samochód, który powstał tylko po to, by pokonać tę markę w wyścigach.
Tak czy inaczej – egzemplarz ma najechane 13442 mile. Z jednej strony nie jest to dużo jak na 57-letni wóz, z drugiej zaś to wcale nie tak mało jak na auto, które można spokojnie zakwalifikować jako supersamochód. Ten sprzęt był jeżdżony.




