Moda na odkopywanie stosowanych niegdyś nazw i nadawanie ich zupełnie innym samochodom nie mija. Jeden z przykładów to nowy Opel Frontera. Pamiętacie tę nazwę?
Pamiętam, że gdy byłem mały, to niesamowicie podobał mi się Opel Frontera. Już 1. generacja była fajna i wyglądała bojowo, a od 1995 r. – czyli właśnie mniej więcej w okresie, kiedy już zaczynałem wszystkich dookoła zamęczać gadaniem o samochodach – zyskała także nowe, znacznie ładniejsze wnętrze.
Frontera B nie miała już aż tak twardej stylistyki, ale też była udana stylistycznie. Ogólnie rzecz biorąc, lata 90. i wczesne 00. były okresem, w którym bardzo lubiłem wygląd Opli. Wiem, to może nie brzmieć zbyt dobrze, przepraszam. Ale zdania nie zmienię.
Opel Frontera był jednak zakamuflowanym agentem
Jeśli coś jest sprzedawane jako Opel i wygląda w sumie też jak Opel, to zapewne jest Oplem, prawda? A nieprawda – bo Opel Frontera w praktyce był odrobinę tylko przestylizowaną odmianą Isuzu o swojsko brzmiącej nazwie Mu. Z podobnego rozwiązania skorzystano też zresztą w przypadku Opla Monterey, który był w praktyce Isuzu Trooperem.
Ale największym problemem Frontery nie było to, że nie była Oplem (to może nawet mogło być dla niektórych zaletą). Nie – wady były bardziej obiektywne. Auta nie były jakoś wybitnie solidne ani bardzo zdolne w terenie, a prosty napęd 4×4 nie pozwalał na użytkowanie go na asfalcie – na drogach utwardzonych trzeba było zadowolić się napędem na tylną oś. Poza tym były problemy z niezawodnością, Frontera nie rozpieszczała też pod względem zużycia paliwa.
Po latach o tych wadach niespecjalnie się pamięta. Ważniejsze są koszty czy właśnie ten bojowy wygląd. Poza tym wiele osób zmodyfikowało swoje Frontery tak, by radziły sobie lepiej w terenie – choć zadanie jest to niełatwe, bowiem oferta elementów off-roadowych jest bardzo skromna na tle innych samochodów z tego segmentu.
The future is now, old man
Historia poprzedniej Frontery zakończyła się w 2004 r. – wtedy z taśmy zjechał ostatni egzemplarz. 20 lat później pokazano… ee, następcę. Nie, nie następcę. Nowy model pod tą samą nazwą, o.
Oto nowy Opel Frontera
Tak. Dokładnie tak wygląda nowa Frontera – jest typowym (choć trzeba przyznać, że całkiem ładnym) crossoverem z typowym napędem na przód od typowego Stellantisa. W zasadzie to jest to po prostu zrestylizowany Citroen C3 Aircross, ale uwaga: nie ten nasz, europejski, a model oferowany na rynku indyjskim czy południowoamerykańskim.
Aha, jeszcze jedno: nowa Frontera jest elektryczna. Przynajmniej ta na zdjęciach (grafikach), bo potem dojdą też warianty spalinowe. Domyślacie się jakie, prawda? Jeśli nie to podpowiem, że mają 1,2 l pojemności…
Elektryczny Opel Frontera ma 113 KM, oferuje 320 km zasięgu według WLTP (akumulator ma 44 kWh) i nie jest w stanie rozpędzić się do maksymalnej dopuszczalnej prędkości na polskiej autostradzie – tak samo jak w Citroenie e-C3, prędkość maksymalna Opla wynosi 135 km/h. Szybsze będą z pewnością wersje spalinowe, które mają być dostępne jako miękkie hybrydy o mocach 100 lub 136 KM.
Opel Frontera ma w gamie marki zastąpić model Crossland – a przynajmniej tako rzecze internet. Jest to jednak dość prawdopodobne, jako że Crossland jest obecny na rynku od 2017 r., a jego poprzedniczka – Meriva B – przeżyła tyle samo, 7 lat.
Opel Frontera nie ma jeszcze oficjalnych polskich cen
Wiadomo jednak, że za naszą zachodnią granicą będzie kosztować co najmniej 27 tys. euro (114,9 tys. zł) za wersję spalinową lub 40 tys. euro (170,2 tys. zł) za elektryczną.





