Oczywiście skrzynia biegów nie denerwuje mnie na tyle, bym chciał się jej pozbyć, ale odnoszę wrażenie, że niektóre samochody nie zostały przetestowane przed wypuszczeniem ich na rynek.
Tak jak i wielu z Was, z różnych powodów zdarza mi się pojeździć różnymi autami. Mogę więc porównywać je sobie ze swoimi wyobrażeniami, oczekiwaniami, i oczywiście z innymi autami podobnej klasy – o ile miałem okazję nimi pojeździć. Im nowszy samochód, tym bardziej prawdopodobne, że będzie irytować ergonomią obsługi (chodzi o tzw. ekranozę), ale zdałem sobie ostatnio sprawę, że problemem często jest też układ przeniesienia napędu.
Skrzynia biegów w wielu autach ma koszmarnie dobrane przełożenia
W wielu samochodach można zupełnie bezstresowo jechać ze stałą prędkością, o ile tylko prędkość obrotowa silnika nie spada poniżej ok. 1500 obr./min. – w starszych modelach zwykle tę wartość trzeba odrobinę podnieść, w nowszych – można nawet obniżyć. Pod pojęciem zupełnie bezstresowej jazdy rozumiem tu taką jazdę, kiedy zupełnie nie czuć, że silnik się „męczy”, nie ma żadnych wibracji czy wręcz telepania, a wciśnięcie gazu nie zakłóca kultury pracy jednostki napędowej.
Nawet w instrukcji obsługi do takiego Forda Mondeo Mk3 (zaprezentowanego i wprowadzonego na rynek w 2000 r.) widniała informacja, że w przypadku benzynowego silnika 1.8 5. bieg można wrzucić już przy 57 km/h, co odpowiadało właśnie 1500 obr./min. – i ten samochód bez problemu sobie z tym radził, a obecnego tam dwumasowego koła zamachowego nigdy nie musiałem wymienić (i o ile wiem, do dziś jeździ z oryginalnym – a ma obecnie pewnie 250-260 tys. km przebiegu). Przy 50 km/h można było spokojnie jeździć na 4. biegu. W moim obecnym Galaxy tak samo – 4. bieg jest idealny dla 50 km/h, 5. bieg można sobie bez problemu wrzucić przy 60 km/h. Co prawda 70 km/h to minimalnie za mało jak na szóstkę, ale dróg z takim ograniczeniem jest jednak relatywnie niewiele, więc uważam to za pomijalny problem.
Sęk w tym, że coraz łatwiej trafić na samochody, które strzałkami na wyświetlaczu komputera pokładowego „każą” kierowcy zmienić bieg na wyższy, gdy silnik ma… właśnie te 1500 obrotów. Zauważcie różnicę: ja zwykle jeżdżę tak, by obroty nie spadły poniżej tego progu, podczas gdy wiele aut wymaga obniżenia tej granicy, choć… nie są do tego przystosowane. Tak, telepią się przy tak niskich obrotach. Efektem tego jest fakt, że przy takich 50 km/h 3. bieg jest zbyt niski i kierowcę denerwują zbyt wysokie obroty, a 4. bieg z kolei za wysoki, bo wyczuwa się już lżejsze lub mocniejsze drżenie. Zwykle takie 55 km/h to już dobra prędkość do wrzucenia kolejnego biegu i jazdy w komfortowych warunkach, ale… abstrahując od faktu, z jakimi prędkościami w danej okolicy kierowcy faktycznie jeżdżą, to jednak nie kojarzę nigdzie dróg z limitem 55 km/h.
Bywa i tak, że skrzynia biegów ma niezłe zestopniowanie, ale wszystko to na nic z powodu silnika
Ostatnio miałem okazję przejechać się crossoverem z litrowym, turbodoładowanym silnikiem. Markę i model pominę, bo to nie jest problem tylko tego jednego auta.
Gdybym patrzył tylko na obrotomierz, byłoby super – przy 50 km/h na 4. biegu obroty wynosiły jakieś 1550-1600 na minutę, co w większości samochodów byłoby całkowicie komfortowe. Ale nie tutaj. Tutaj nawet najmniejszy ruch pedału gazu sprawiał, że warkotliwa jednostka napędowa do swojej barwy dźwięku dorzucała kłującą w uszy ilość tonów niskich, znakomicie imitujących silniki SW 680 w Jelczach serii 300. Jeśli tego nie pamiętacie, spytajcie kogoś starszego z rodziny czy znajomych – ja powiem tyle, że te Jelcze potrafiły wywołać drżenie szyb w oknach w budynku oddalonym o dobre 100 metrów od drogi. Nie jestem przekonany, czy litrowy silnik benzynowy przypominający dźwiękiem 6-cylindrowego diesla z ciężarówki z 1982 r. to fajna rzecz.
Powiecie, że rozwiązaniem jest automatyczna skrzynia biegów? Czasem tak. A czasem jednak nie
Tutaj uwag też można mieć sporo. Wiele słyszy się ostatnio np. o „zamulaniu” automatów (wliczając w to skrzynie dwusprzęgłowe), za co wini się dążenie do niższego zużycia paliwa. Szczerze to bardzo chciałbym zobaczyć, czy to faktycznie działa w zamierzony sposób, czy może jest wręcz odwrotnie i takie auta palą więcej, bo kierowcy mocniej cisną pedał gazu.
No, ale mniejsza z tym. Tutaj chciałbym zwrócić uwagę przede wszystkim na całkiem liczne samochody amerykańskie, szczególnie pickupy. Ostatnio zauważyłem, że ich automaty zupełnie nie potrafią się zdecydować, z którego biegu korzystać. Efekt jest taki, że samochód jadący np. 48 km/h ma już zapięty bieg, dajmy na to, czwarty (czy tam trzeci – nie miałem okazji prowadzić takiego samochodu, więc tu strzelam), ale jeśli kierowca chce się rozpędzić do tych 50 km/h, to… skrzynia zrzuca bieg, nawet przy delikatnym przyspieszaniu.
Efekt jest taki, że dla obserwatora z chodnika taki samochód „żongluje” biegami pomimo stałej prędkości, przez co wydaje się, że wóz jest po prostu zepsuty. Zauważyłem ten efekt w kilku różnych autach (i modelach, i egzemplarzach danego modelu), więc nie bardzo tu uwierzę w ewentualne masowe usterki. To jest w ogóle hit, że mając pod maską coś w rodzaju 5.2-6.0 V8 (zwykle takie właśnie silniki znajdziemy w tych pickupach) skrzynia w ogóle robi kickdown do lekkiego przyspieszenia – przecież to jakiś absurd. To po co tam są te pokłady momentu obrotowego, skoro auto z nich nie korzysta na co dzień? I jak to ma się do komentarzy nt. komfortu zapewnianym przez tamtejsze auta? Bo akustycznego komfortu to w tym nie ma.
Przykład innego typu: europejski SUV z dieslem, 8-biegowa skrzynia biegów. Ogólnie bardzo przyjemna i łagodnie działająca, nie przejawia zachowań takich jak wyżej opisane. Ale przy jeździe z prędkością autostradową (dopuszczalną) silnik ma prawie 2 tys. obr./min. – komfort akustyczny jest znakomity, ale… czy 8 biegów to naprawdę nie jest wartość wystarczająca do tego, by te obroty jeszcze trochę zbić? Tu akurat można by było – a zużycie paliwa mogłoby spaść bez szkody dla kogokolwiek i czegokolwiek.
Wierzyć się nie chce, że ktoś to przetestował przed wprowadzeniem do sprzedaży
To nie są kwestie trudne do zauważenia – a jednak dziesiątki czy setki tysięcy przejechanych kilometrów testowych nie wystarczają, by powiedzieć: „ej, a to przełożenie 4. biegu to nie powinno być trochę krótsze? Tym się jedzie niekomfortowo.” czy „a może trochę wydłużymy tę ósemkę? Patrzcie jaki tu mamy zapas, auto może być jeszcze cichsze i bardziej ekonomiczne!”.
No ale może ja za dużo wymagam? Może w każdych warunkach powinienem albo przekraczać prędkość, by obroty były odpowiednie, albo męczyć się z wyjącym silnikiem?
Podsumowanie jest krótkie
Jeśli interesuje Cię zakup jakiegoś samochodu, koniecznie najpierw się nim przejedź. Nigdy nie rozumiałem zakupu auta „w ciemno”, ale po uświadomieniu sobie, co się dzieje w ostatnich latach z tymi skrzyniami czy generalnie z układami napędowymi, teraz nie rozumiem tego jeszcze bardziej. Przejedź się, mówię – a nuż unikniesz przykrych wrażeń z jazdy w TWOIM aucie.

