Cześć! Zapraszamy na Garażowe rozmowy. Tym razem porozmawiamy sobie o doładowaniu… lub o jego braku.
Nie ma się co łudzić: obecnie w sieci dyskusje toczą się raczej w kwestiach w rodzaju spaliniak kontra elektryk lub hybryda kontra diesel. Ale nadal liczna jest grupa osób, które chcą mieć najzwyklejszy w świecie silnik benzynowy.
Ale ten najzwyklejszy w świecie silnik benzynowy może być przecież doładowany
Sam zresztą auto z takim silnikiem mam pod domem – konkretnie z jednostką będącą przykładem downsizingu, 1.6 EcoBoost. I powiem Wam, że lubię ten silnik, i to z kilku powodów – brzmi (jak na R4) przyjemnie, przy spokojnej jeździe pali zaskakująco mało, a na dodatek zapewnia zupełnie niezłą dynamikę, biorąc pod uwagę w czym siedzi (a siedzi w Fordzie Galaxy). Co więcej, ma zaskakująco liniową charakterystykę rozwijania mocy.
No właśnie: zaskakująco to słowo-klucz, bowiem to nie jest wcale coś szczególnie typowego dla silników z turbodoładowaniem. I m.in. dlatego ogólnie jednostki z turbo stawiam w swoim prywatnym rankingu… najniżej wśród jednostek benzynowych, wyżej stawiając silniki wolnossące, a najwyżej – te ze sprężarkami mechanicznymi.
Spodziewam się, że większość kierowców najwyżej postawiłaby jednak silniki z turbo. Dlaczego? Dlatego, że jest bardzo duże parcie na to, by nawet silniki benzynowe miały charakterystykę zbliżoną do turbodiesli. Efekt tego bywa taki, że zakres użytecznych obrotów jest skromny, a po początkowym uderzeniu momentu auto zaczyna szybko słabnąć. Moim zdaniem nie po to kupuje się benzyniaka żeby jeździć nim w zakresie 1,5-2 tys. obrotów, no ale może ja dziwny jestem.
Najbardziej przemawiają do mnie sprężarki mechaniczne

Kategoria: obrazki, które słyszysz. A jeśli nie słyszysz, to łap.
To niestety rozwiązanie bardzo mało popularne i na dodatek jeszcze te resztki popularności tracące. Tak – to opcja mniej efektywna od turbodoładowania, ale wzrost osiągów i tak mamy, mamy też liniową charakterystykę, a czego nie mamy? Turbodziury nie mamy, ot co. A w bonusie jest dźwięk, który bardzo lubię – choć oczywiście nieco inny zależnie od typu sprężarki.
Powiem Wam, że co jakiś czas zmieniają mi się pomysły na różne odjechane pomysły na tuningowy projekt, ale gdybym miał decydować w tej chwili, to w obu przypadkach mówilibyśmy o samochodach z V-ósemkami, w jednym przypadku prawdopodobnie wolnossącą (Ford P100 po swapie na 5.0 V8 Windsor; P100 to po prostu pick-up na bazie Sierry lub Cortiny/Taunusa), a w drugim – doładowaną mechanicznie. W tym drugim przypadku byłby to Holden Sandman Ute z również 5-litrowym silnikiem australijskiej produkcji. Nawet mogę Wam takie auto pokazać, bo już je mam – tyle że wirtualnie. Gościnnie Subaru kolegi (pozdrawiam, Mike!).

