Nie ma większej zbrodni niż trzydziestoletnie auto kłujące w oczy charakterystycznymi tablicami rejestracyjnymi zarezerwowanymi dla pojazdów zabytkowych. Tak przynajmniej można wnioskować po reakcjach wielu osób na widok, dajmy na to Audi 100, Opla Astry, czy Citroena XM wpisanych do ewidencji ruchomych zabytków techniki. Czy to na serio aż tak boli?

Żyjesz sobie spokojnie w świecie, w którym Passat B3 to jest całkiem nowe auto, a sąsiad właśnie z dumą pakuje kuchenkę turystyczną i namiot rodzinny do swojej Favoritki, AŻ TU NAGLE wjeżdża sobie ktoś pod blok białą T4 i nie dość, że nawet nie ma na pace cementu oraz wiertarki udarowej, to jeszcze bezczelnie wali po oczach żółtymi… tablicami rejestracyjnymi. Halo?! Co tu się dzieje?! Co to za zabytek? Od kiedy?

W zasadzie w 2024 roku można prędzej zapytać: „do kiedy?”, bo w większości polskich województw manewr z oficjalnym namaszczeniem przez konserwatora zabytków zwykłego VW T4 na jakiś ruchomy cud zaprzeszłej techniki nie przejdzie już tak łatwo, ale jeszcze w ubiegłym roku trzydziestoletnie samochody, czyli auta produkowane w latach 90. ubiegłego wieku można było (w niektórych województwach) bez problemu, a nawet z radością, wciągać do ewidencji ruchomych zabytków techniki.

żółte tablice

Zabytek?! Niemożliwe, przecież Passat B4 dopiero co był nuwuśki. / fot. Dominika „GratoWiedźma” Węcławek

W ten sposób jeden znajomy „zrobił na żółte” swoje dwa ukochane Volvo 850 (w tym jedno T5-R, ale takie prawdziwe, a nie tylko wizualnie stuningowane), innemu udało się „przewieźć za żółtoblachowy most” starą Hondę Prelude, a przyjaciel rodziny mojego narzeczonego uhonorował w ten sposób swoje wierne Fiorino, którym jeździ od wielu lat, dba o nie i nawet robił mu remonty blacharskie.

Powariowali z tymi autami zabytkowymi

Powiecie, ze to przesada, że zabytek, to musi być ZABYTEK. Tak uważają na przykład konserwatorzy na Mazowszu czy Podlasiu. Najlepiej, jeśli był to pojazd niskoseryjny, idealnie, gdyby miał minimum 500 lat i w ogóle genialnie, gdyby został jedynym ocalałym egzemplarzem na świecie.

Oczywiście, że są zabytki i Zabytki. Jasne też, że unikatowym, bardzo starym maszynom należy się tak oficjalnie przypieczętowany status zabytku, bo przecież te całe żółte blachy to w zasadzie jest potwierdzenie stanu faktycznego, powiedzenie, że to nie tylko jest pojazd historyczny (czyli taki, który skończył 40 lat), ale dodanie też „tak, to jest zabytek”.

żółte tablice

Tak, to są pojazdy zabytkowe. Tak, już takich nie robią. / fot. Dominika „GratoWiedźma” Węcławek

Pozostaje pytanie, które nurtuje mnie już od kilku lat – co złego w tym, że odpowiednim miejscem w ewidencji i adekwatnymi tablicami rejestracyjnymi ktoś chce uhonorować także auta trzydziestoletnie? W dodatku modele, które były szalenie modne, czy wręcz pospolite…

Ocalić od zgniecenia

O tym, jak ulotny jest ten moment między „wszędzie tego pełno” a „gdzie one się podziały” przekonać można się łatwo zaglądając do archiwów fotografii prasowej czy przewijając zbiory umieszczone na przykład na polska-org.pl.

Pewnie w zależności od miasta pośród licznych Polonezów, Maluchów i Dużych Fiatów wciąż pozostających w normalnym użytku znajdą się też Renault 19, Ople Omegi, może jakiś Ford Scorpio… Samochody, które swą premierę miały końcem lat 80., lub już w trakcie ostatniej dekady minionego tysiąclecia w naszej zbiorowej jaźni nie kojarzą się z zabytkowym pojazdem.

Owszem, jeśli modne w latach 90. obłe autka staną sobie obok przypominającego nieco zgnieciony kartonik na ciastko nowoczesnego jeżdżącego pudełka z fikuśnymi ksenonami, widać przepaść technologiczną. Jeśli jednak wyjmiemy je z tego kontekstu i zawiesimy niczym wycinek z katalogu Samochody Świata 1997, „tamte” pojazdy wyglądają bardzo współcześnie. Tym bardziej, że zbiorowa świadomość i kultura masowa utrwaliła cały wachlarz archetypów związanych z pojęciem „stary samochód”.

Kto zasługuje na żółte blachy?

Każdy ma w głowie coś innego, a jednocześnie, gdybyśmy mieli sobie to wygenerować tak, jak robi to jakaś sztuczna inteligencja na postawie haseł kluczowych, to pewnie wyszłoby, że zabytek to bardziej Mercedes „Ponton”, może stary Cadillac, musi mieć chrom, niesztampowe kolory i sznyt rodem z lat 50. ubiegłego wieku. „Stary grat” natomiast rymuje się z Duży Fiat, także nie ma co dalej kombinować – jakiś peerelowski, podgnity gruz i tyle. No ale żeby stare było Audi 80 B4? Przecież tego wszędzie pełno, kto to widział?! No właśnie.

Teraz może być tego wszędzie pełno, ale za chwilę wszystko to zniknie w zgniatarce, jak łzy w deszczu. Dla jednych będą to łzy szczęścia, bo nie przepadają za samochodami starszymi niż dziesięciolatki, albo swoje klasyki – dajmy na to z lat 70. – już dawno „powrzucali na żółte”. Dla innych łzy smutku, bo przez szereg lat pewne rzeczy były stałe, jak choćby „wiek emerytalny” pojazdów, który pozwalał na to, by w pewnym momencie uhonorować je (po dopełnieniu wszelkich procedur) żółtymi tablicami.

żółte tablice

Jeden zabytek i dwa auta, które już nie zdążyły nimi zostać. / fot. Dominika „GratoWiedźma” Węcławek

Tacy ludzie dbali o swoje auta, remontowali i wypatrywali tych „urodzin” – daty granicznej, po której mogliby przygotować białą kartę, złożyć wniosek do konserwatora, ubiegać się o wpis do ewidencji ruchomych zabytków techniki. I w zasadzie – niekiedy z dnia na dzień, albo z tygodnia na tydzień – dowiadywali się, że ich auto już się nie klasyfikuje i nagle stało się za młode, na przykład o 10 lat. Tak było we Wrocławiu, gdy pod koniec marca tego roku pojawiła się informacja, że od połowy kwietnia wiek pojazdów, które mogłyby zostać wpisane do takiej ewidencji podniesiony zostanie z 30 lat na 40. A raptem kilkanaście miesięcy wcześniej działania związane z wpisem podjąć mogli już właściciele aut 25-letnich.

Może to jednak grat?

Rozumiem, że teraz coraz łatwiej jest zachować pojazd, bo jeszcze ćwierć wieku temu, gdy tych procedur nie było, większość osób nie przypuszczała, że kogokolwiek może obchodzić ocalenie jakiejś czterdziestoletniej Warszawy czy starego Jelcza. Porzucić, zgnić, przerobić na kurnik, szklarnię, żyletki, wymienić na Nubirę z loterii. Po wprowadzeniu żółtych tablic świadomość, że może lepiej było nie sprzedawać tego „kredensa” synowi sąsiada za 300 nowych złotych, żeby ten gówniak potem zimą kręcił bączki aż do zmielenia wszelkich części mechanicznych, znacznie wzrosła. Ba, pojawili się spekulanci, którzy skupują za grosze, a chwile potem wystawiają takie „kanty”, czy “skarpety” za chore kwoty. Są i tacy którzy wierzą, że warto kupić auto dwudziestoletnie, bo ma potencjał na klasyka.

Jednocześnie nieustanne przesuwanie granicy wiekowej dla zabytków u wielu osób powoduje zwątpienie. Pojawia się obawa, że może za kilka lat ktoś uzna, że trzeba tę poprzeczkę zawiesić jeszcze wyżej. W ten sposób samochody z lat 90., a potem z początku lat 2000 nigdy nie doczekają się okienka no to, by wozić dumnie żółte tablice rejestracyjne podkreślające przynależność do wielkiej klasycznej rodziny.

Może to dobrze, bo przecież, jak wspominałam, te auta są nowoczesne. W zasadzie lata 70. i 80. to był czas, kiedy spopularyzowano właściwie wszystko, czego oczekujemy od nowoczesnych aut – od zabezpieczeń, przez modyfikacje związane z poszczególnymi układami, po udogodnienia takie jak aktywne tempomaty, elektrycznie sterowane wszystko, klimatyzacje wielostrefowe i takie tam, komputery pokładowe, niekiedy nawet gadające. Wszystko, co wydarzyło się potem, to najczęściej nie rewolucja, a ewolucja.

Z drugiej strony to  co komu szkodzi jakieś fajne auto z lat 90. będące zabytkiem? Czegoś Wam ubywa?

Złodzieje prestiżu

Kiedy kilka lat temu dyskutowałam z różnymi osobami właśnie o rejestrowaniu samochodów zabytkowych, to wiele z nich podkreślało, że dla nich chodzi o prestiż. Dość często padało stwierdzenie że te żółte blachy dodają autu splendoru. Jeśli więc w Twoim elitarnym klubie pojawia się Multipla z lat 90., jakiś Golf II albo inny cham i prostak, w dodatku młodziak i narwaniec, to masz wrażenie, że towarzystwo traci na swej elitarności. „Teraz to już każdy może być zabytkiem”. No i co? Czy to źle? Wiadomo, trafiają się szemrane „muzea” i dziwne „kolekcje”, zdarza się, że ktoś „wrzuca na żółte” głównie po to, by nie robić przeglądu w swoim świeżutkim Dodge’u Chargerze.

Prawdziwe stare auto zabytkowe i jakiś farbowaniec. / fot. Dominika „GratoWiedźma” Węcławek

Gwarantuję Wam jednak, że jeśli istnieje jakiś przepis, to znajdzie się też pewna grupa ludzi, którzy odkryją dziesięć możliwości obejścia go i ugrania czegoś dla siebie. Tylko dlaczego konsekwencje mają ponosić ci, którzy faktycznie chcieli dobrze dla swoich aut i dla ocalenia pewnego momentu w rozwoju techniki, czy np. folkloru motoryzacyjnego (tuningowane calibry <3 )?.

Po co wykluczać? Przecież to nie tak, że każdy Polak marzy o tym, by jeździć zabytkiem. Większość zdecydowanie woli jednak nowe, albo prawie nowe samochody. Czy podnoszenie poprzeczki wiekowej to po prostu hak na tych, którzy nie chcą kupować nowego auta a jednocześnie boją się wykluczenia transportowego w związku z wprowadzaniem Stref Czystego Transportu? ‘

Te kilkaset osób, które „wepchnęło” swoje Twingo, Uniacze czy inne Sejaki, w skali dziesiątek tysięcy całkiem nowych aut jeżdżących po naszych miastach każdego dnia, to wciąż ledwie kropla. Kropla, która nie powinna nikogo zaboleć.

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy - dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to