Witajcie w kolejnym odcinku z cyklu Garażowych rozmów. Dziś znów będziemy rozmawiać o wydarzeniach, które ukształtowały naszą motoryzacyjną świadomość. Temat początków za kółkiem jest stary jak świat i obecny w każdej społeczności motoryzacyjnej. Pytanie o pierwszy samochód poprowadzony własnoręcznie w życiu jest dość częste i z reguły wywołuje lawinę wspomnień.

Oczywiście są wśród nas tacy miłośnicy motoryzacji, którzy swoją przygodę z prowadzeniem samochodu zaczęli dopiero na kursie prawa jazdy – co w niczym nie umniejsza ich zdolności do poprawnego prowadzenia samochodu. Są też tacy, którzy obcują z naszą ulubioną dziedziną wyłącznie z zewnątrz – np. poświęcając się fotografii motoryzacyjnej. W końcu można być dobrym fotografem nie będąc kierowcą, tak samo jak fotografujący budynki nie zawsze są architektami czy budowniczymi. Ale jednak…

Większość petrolheadów przygodę z prowadzeniem samochodu zaczyna wcześnie

Benzyna we krwi pojawia się od najmłodszych lat za sprawą różnych albumów, kolorowanek, samochodzików-zabawek, samochodów zdalnie sterowanych, składanych modeli. Gdy mamy odrobinę szczęścia, nasze zapędy do prowadzenia pojazdów mechanicznych znajdują ujście w szkole kartingowej – o niektórych krążą legendy, że początkowo lepiej sobie radzili za kierownicą gokarta niż na własnych nogach. Aż wreszcie dochodzi do pierwszych prób z prawdziwym samochodem, zwykle na jakiejś działce u rodziny oraz pod czujnym okiem ojca czy wujka.

Epoka w której się wychowaliśmy temu sprzyjała

Ruch samochodowy był mniejszy, dużo placów w zakamarkach miast świeciło pustkami. Nikt się nie interesował ojcem z synem na kompletnie pustym parkingu, na którym młody adept sztuki prowadzenia pojazdu jakimś Polonezem czy Golfem po raz siódmy próbował ruszyć z miejsca. W końcu już za ósmym razem udało się puścić sprzęgło prawidłowo i nie zdusić silnika. Dzięki temu, idąc na kurs, większość z nas miała już pewne obycie z maszyną. Nie musieliśmy się bać swoistej inicjacji motoryzacyjnej, gdy przy wsparciu instruktora wprawialiśmy samochód własnoręcznie w ruch po raz pierwszy.

Dziś czasy są nieco bardziej niespokojne

Zabudowa w miastach się zagęściła. Place pełniące funkcję parkingów, które dawniej świeciły pustkami, dziś są zapchane samochodami przez większość dnia. Niektóre z nich zostały zabudowane przez nowe osiedla lub zwyczajnie ogrodzone i zamknięte dla ogółu. Do tego nastąpiły pewne zmiany socjologiczne – zwiększyła się pewnego rodzaju społeczna wrażliwość, więc niektóre zjawiska normalne u schyłku lat 90., jak chociażby własnoręczne naprawy pojazdów pod blokiem, dziś są źródłem zbulwersowania sąsiadów i powodem do wzywania rozmaitych służb celem interwencji. Czy to dobrze czy źle? To temat na zupełnie inny wpis.

garażowe rozmowy

fot. wirestock, Freepik.com

Również takie „ćwiczenia” jazdy na odludziu nie wzbudzały niczyjego zainteresowania, a nawet gdy zostały zauważone przez służby, kończyły się zwykle pogrożeniem palcem i prośbą o nie pokazywanie się na drodze publicznej. Obecnie wysokie mandaty, a nade wszystko kara odraczająca o kilka lat możliwość legalnego zdobycia prawa jazdy na kursie skutecznie temperują zapędy młodzieży do samodzielnych prób za kółkiem.

Moje najwcześniejsze, świadome wspomnienie z własnoręcznego prowadzenia samochodu wiąże się z dziadkową Skodą

A dokładniej Skodą 105. Pod koniec lat 90. był to już nieco wysłużony grat, ale miał pewną zaletę ułatwiająca poznanie maszyny od podszewki. Był w stu procentach mechaniczny – wspomagania nie miały nawet hamulce, nie mówiąc o układzie kierowniczym. Każdy najmniejszy ruch kierowcy wpływał zatem bezpośrednio na działanie pojazdu. Nie było nawet prawego lusterka, co wymuszało rozglądanie się. W mojej ocenie taki prymitywizm jest pomocny na początku. To wtedy w pełni doceniamy postęp technologiczny, gdy już przesiądziemy się do nowszego auta z rozmaitymi wygodami.

garażowe rozmowy

Tutaj nastąpi mała dygresja

Gdy kolega zdawał prawo jazdy w połowie lat 90., standardowym pojazdem egzaminacyjnym był Polonez Caro. Jak to Polonez – toporny, ze znacznym luzem na kierownicy, tępymi hamulcami, narowistym zawieszeniem, kapryśną elektryką… a przecież mówimy o aucie nowym, najwyżej trzyletnim. Do wyboru był również świeży Fiat Uno – mama kolegi zasugerowała mu jednak, by zdawał on na Polonezie – gdyż „jak nauczysz się jeździć na Polonezie, to pojedziesz wszystkim”. Kolega rady posłuchał i do dziś wspomina, że dzięki temu faktycznie nie boi się żadnego pojazdu.

Z dziadkową Skodą było nieco podobnie – czechosłowacka limuzyna była wolna (materiały techniczne nazywały silnik eufemistycznie „średnioobrotowym”) i prosta w budowie, za to zapewniała dobrą widoczność dookoła. W takich oto okolicznościach zostałem zaproszony na fotel kierowcy, by najpierw „pomóc” zaparkować pojazd pod dziadkowym domem na wsi, co nauczyło mnie manewrowania w przód i tył oraz  obserwacji otoczenia.

garażowe rozmowy

Niedługo później, po nabraniu odpowiedniej wprawy, mogłem już z dumą pokonywać „ostatnią prostą”, czyli odcinek drogi dojazdowej do rzeczonego domku – drogi polnej, choć utwardzonej, która kończyła się naszą bramą wjazdową. Dodam, że w tamtym czasie byliśmy właściwie jedynymi użytkownikami tej drogi.

Od tamtej pory nie było już odwrotu

Wiedziałem, że będę chciał jeździć i poznawać najróżniejsze samochody.

A teraz, drodzy Czytelnicy, chwila dla Was. Zanurzcie się teraz we własne wspomnienia, wyciągnijcie klisze fotograficzne z zakurzonych rodzinnych albumów, i opowiedzcie:

jaki samochód prowadziliście jako pierwszy w życiu?

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy – dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to