Różowe golarki są zazwyczaj droższe od niebieskich, choć w żaden sposób nie przewyższają ich jakością. Cenowa dyskryminacja pań nie kończy się jednak na żyletkach. Raporty z USA pokazują, iż – wliczając w to cenę nabycia pojazdu oraz koszty ubezpieczenia i serwisu – kobieta może zapłacić za posiadanie auta nawet 7800 USD więcej, niż mężczyzna. Danych z RP, choćby przybliżonych, niestety brak. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że polskie panie również płacą motoryzacyjny „różowy podatek”. Niewykluczone zresztą, że stosunkowo znacznie wyższy od swych amerykańskich koleżanek.

Poniższe wypowiedzi nie są fikcyjne i zmyślone na potrzeby tego tekstu. Tak po prostu wyglądają doświadczenia pań, które miały do czynienia z czymś, co zwykło się nazywać różowym podatkiem. Niestety istnieje on też w motoryzacji.

Płacę, by móc

Ola* (ur. 1983, zam. na obrzeżach Trójmiasta, jeździ Peugeotem 208): Ja w ogóle bardzo późno zrobiłam prawo jazdy. Już ładnie po trzydziestce. Na początku nie bardzo miałam szanse. Wiesz, mój tata to generalnie miły, kochający i po prostu dobry człowiek, ale jednak zatwardziały obyczajowy konserwatysta. Dla niego prowadzenie auta to męska rzecz, a baba za kierownicą znajduje się na liście tragedii gdzieś obok zwycięstwa Adriana Zandberga w wyborach prezydenckich i porażki jego ukochanego Zawiszy w następnym meczu (śmiech). Nie mogłam więc liczyć, że mi zapłaci za kurs, a co dopiero pozwoli pojeździć swoim Mercedesem. A w życiu! Już w Gdańsku natomiast prawko nie było mi potrzebne. Z Hiltona** na zajęcia miałam rzut beretem. Na studiach poznałam swojego pierwszego męża [następny fragment wypowiedzi Aleksandry nie nadaje się do publicznego cytowania]. Zaraz po obronie rozpoczęliśmy pracę w tej samej szkole. Za pieniądze ze spadku po babci kupiłam małe, ale przytulne mieszkanko na Oksywiu. Dojazd autem do pracy wydawał się łatwy i, jak na trójmiejskie warunki, dosyć szybki. Przy czym zawsze prowadził Darek.

A potem ten [jak poprzednio] zrobił, co zrobił i byłam zmuszona wystawić jego walizki za drzwi. Wraz z Darkiem (i jego walizkami) zniknął też z mojego życia samochód. Wiesz, ja mam swoje rutyny. Rano, przed wyjściem z domu, m u s i być gimnastyka, prysznic, makijaż, śniadanko i kawka. Okazało się, że nawet po zacieśnieniu tego wszystkiego do rozsądnego minimum, aby zdążyć do pracy na za piętnaście ósma (dyżur!), musiałam wstawać o wpół do szóstej. Bo ostatni pasujący autobus miałam coś za dwadzieścia siódma. Dojeżdżałam nim na przesiadkę i kolejnym autobusem docierałam do szkoły. Z powrotem było jeszcze gorzej, bo przesiadki się nie zgrywały i musiałam czekać prawie dwadzieścia minut. Generalnie mój łączny czas dojazdu do pracy i z pracy urósł nagle z niespełna godziny dziennie do prawie trzech.

I wtedy właśnie pomyślałaś sobie „no nie, teraz to już muszę zrobić to prawko!”?

Ola: No właśnie… nie od razu. Dwa lata, nawet trochę więcej się z tymi autobusami męczyłam! Wiesz, mnie to wszystko przerażało. Zrobić prawko to jedno. A co z zakupem samochodu? Co z utrzymaniem go, z naprawami…? Przecież ja jestem kobietą, ja tego nie ogarnę! Poza tym, pracuję w szkole, tu się milionów nie zarabia i nigdy nie zarabiało, przecież mnie na to wszystko nie stać, aaa, ratunku…!

Ostatecznie jednak to właśnie argument finansowy wziął górę. Jak zapewne wiesz, ekonomiczną drugą nogą wielu nauczycieli są korepetycje. Przy takim trybie dojazdów do pracy nie byłam w stanie ich prowadzić. To znaczy jasne, zmuszałam się, ale byłam często tak zmęczona, że i jakość tych zajęć, i moja satysfakcja z nich, i wreszcie zarobek były nie do zaakceptowania. Jasne, mogłam się przeprowadzić lub zmienić pracę, ale to też groziło stratami finansowymi. Wreszcie któregoś dnia podliczyłam sobie ile tracę na tych autobusach i to zdecydowało. Pomyślałam sobie, że gdybym była facetem, od małego przyzwyczajonym do auta, z prawem jazdy zrobionym na osiemnastkę, zarabiałabym znacznie więcej! No więc się wściekłam, złapałam za telefon i zadzwoniłam do najbliższego Ośrodka Szkolenia Kierowców.

różowy podatek

fot. freepik, Freepik.com

* * *

Luiza (ur. 1991, GOP, Fiat 500): U siebie podchodziłam do egzaminu praktycznego dziewięć razy. Dziewięć razy oblewali mnie za błędy, które moim kolegom uchodziły zazwyczaj na sucho. Za dziewiątym razem akurat miałam okres. Trochę się zdenerwowałam, trochę byłam rozżalona i powiedziałam egzaminatorowi parę słów za dużo. Nic jakoś bardzo obraźliwego, ale strasznie się spruł, zaczął mnie straszyć konsekwencjami, że to niby atak na funkcjonariusza publicznego i takie tam bzdury.

Dopiero wtedy posłuchałam rady swoich kuzynów i pojechałam zdawać do Łomży. Zdałam za drugim. Czyli łącznie za jedenastym. Zapłaciłam za egzamin, dziesięć poprawek i podróż na drugi koniec Polski. Na pewno mam najdroższe prawo jazdy w swoim otoczeniu.

Jeżdżę od kilkunastu lat. Wciąż czekam na swój pierwszy mandat.

kolor nadwozia

* * *

Anita (ur. 1980, warszawski „obwarzanek”, Subaru Impreza): Jako lesbijka, wiedziałam że muszę być silna i niezależna, a prawo jazdy bardzo mi się do tego przyda. Kurs zrobiłam szybko, na egzamin zapisałam się jeszcze przed osiemnastką. Poszła ze mną moja ówczesna dziewczyna. Tuż przed wyjazdem na plac dała mi buziaka, tak na powodzenia. Niestety, egzaminator to zauważył. Już w samochodzie spytał od kiedy to normalne, że dziewczyna całuje dziewczynę. Dorzucił, że przecież to widać, że wolałabym, żeby przyszedł tu ze mną chłopak i po udanym egzaminie zrobił mi dobrze. Oczywiście, ten egzamin udany nie był. Gdy okazało się, że na poprawce jeździłabym z tym samym gościem, po prostu wyszłam. W efekcie zapłaciłam za trzy egzaminy, choć jestem pewna, że poradziłabym sobie już za pierwszym razem.

Płacę, by mieć

Ola: Jak już ci mówiłam, przerażało mnie to. Najpierw przewertowałam jakieś katalogi nowych samochodów, no i oczywiście doszłam do wniosku, że nie w tym stuleciu. I przez kolejny miesiąc jeździłam autobusami (śmiech). Potem poprzeglądałam fora internetowe o autach używanych. I z mózgu zrobiła mi się pasztetowa. Każdy komentator miał swoje zdanie, oczywiście odmienne od pozostałych komentatorów, których wyzywał od – w najlepszym razie – debili. Oczywiście nie dowiedziałam się kompletnie niczego użytecznego. Bo że Ford gówno wort, Fiat jego brat, a jak masz hopla, kup se Opla, to nie jest użyteczna wiedza. No i kolejny miesiąc w autobusach (śmiech). Wreszcie nieśmiało rozpuściłam po rodzinie i znajomych cynk, że jakby-gdyby co tam, to ja bym przygarnęła jakieś wozidło. No i patrz, ledwie parę dni później dzwoni do mnie taki dalszy wujek, dziesiąta woda po kisielu, bodaj raz w życiu go na oczy widziałam, na pogrzebie babci. Okazuje się, że jego znajoma, starsza pani, sprzedaje w świetnej cenie swój samochodzik. „Prawdziwa okazja! Przyjeżdżaj, Oluniu i kupuj, bo ci go ktoś sprzed nosa zgarnie!”. Już po tej „Oluni” powinna mi się zapalić czerwona lampka. Nie cierpię, gdy ktoś się tak do mnie zwraca!

Rozumiem, że nie była to transakcja twojego życia…?

Ola: No weź! Wręcz odwrotnie! Mój pierwszy samochód był taki, jak pierwszy mąż – koszmarny. Ale po kolei. Pojechałam. Jakoś tak wyszło, że w ogóle pierwszy raz w życiu wybrałam się do Olsztyna. Wujcio odebrał mnie z dworca i od razu zawiózł do tej swojej znajomej, wciąż jeszcze właścicielki Mercedesa klasy A. Nie powiem, na pierwszy rzut oka – zwłaszcza oka laickiego – prezentował się ładnie. Niebieski, zadbany, w środku ponoć nigdy nie palone, fotele czyste, nie wysiedziane, igła, funkiel sztuka! W dodatku pani jeździła nim tyle, co do pracy, kościółka i Biedronki, w dziewięć lat nakręciła ledwie sześćdziesiąt tysięcy, chyba nawet niecałe. Do tego, wiesz – Mercedes. Ikona niemieckiej solidności, tak zawsze powtarzał mój ojciec.

No dobrze, a ile wynosiła ta „okazyjna” cena?

Ola: Nie powiem ci. Nawet nie dlatego, że się wstydzę. Znaczy wstydzę się, oczywiście. W dwa tysiące piętnastym zapłaciłam za dziewięcioletnie auto tyle, że… Miałam jakieś zaskórniaki. Trochę dorzuciła mi mama, trochę chrzestna, trochę dobrałam kredytu… Ale ostatecznie po tym wszystkim po prostu tę kwotę wyparłam. Na pewno była ona co najmniej dwa razy wyższa od realnej wartości auta. Pewnie bliżej trzech.

* * *

Dorota (ur. 2000, Ostrołęka, Seat Leon): Ojciec mojego chłopaka jest handlarzem. Nie ma na imię Mirek (śmiech), ale ma swój komis i sprowadza też auta z zagranicy. Gdy widzi przechodzącą przez furtkę kobietę, zwłaszcza samą, od razu dostrzega w niej żyłę złota. Normalnie jak w kreskówkach, dolary mu się w oczach świecą. Bo wie, że choć wcale nie jest przystojny, czarujący, wygadany i generalnie nie ma w sobie niczego, na co baby lecą, to i tak w siedmiu na dziesięć przypadków nawinie tej babie ciemnotę i wciśnie jej jakieś auto. Bez nego, bez sprawdzania, bez niczego. I jeszcze typiarka odjedzie tym autem będąc przekonana, że właśnie zrobiła deal sezonu. Wystarczy, że samochód będzie świeżo umyty, nawoskowany i – bez tego nic – nie starszy, niż czteroletni.

* * *

Maja (ur. 1984, partnerka Anity, warszawski „obwarzanek”, Subaru Outback): Ha, ha, przecież my się tak poznałyśmy. Na moment wróciłam wtedy w rodzinne strony, do Graciborza. Któregoś dnia Wojtek, mój młodszy brat-mitsumaniak, wyhaczył w internecie jakieś podobno fajne Eclipse. Miało stać w pewnym komisie w Kentucky***. Jedziemy na miejsce, wchodzimy na teren, Eclipse stoi jak obiecano, a tu Wojtas, zamiast na Mitsubishi, gapi się na jakiś kusząco wypięty tyłek, należący do gościówy oglądającej jakąś Beemkę alejkę obok. No to mu mówię – „młody, ja tu fury z tobą przyjechałam oglądać, nie dupy!”. Na co Nitka się odwraca i mówi, że młody nie ma co się gapić na jej tyłek, bo ona woli laski. „Hmmm, to tak samo, jak ja!” – pomyślałam. I…

Anita: …i poszła gadka-szmatka. Ale najpierw Majka i Wojtas uchronili mnie przed wywaleniem worka pieniędzy w błoto. Bo ja niby zaglądałam pod tę maskę, ale tak naprawdę to nie miałam seledynowego pojęcia na co tam patrzeć, czego słuchać i w ogóle. Po prostu – starałam się robić mądrą minę i udawać, że się znam.

Samochód wydawał się całkiem ładny. Czysty, zadbany, w przyjemnym kolorze. A przede wszystkim – nowy. Trzyletni. Nowy, czyli nie będzie się psuł. Niemiecki, solidny i w ogóle.

Maja: Tiaaa, solidny. I solidnie walnięty w przód na pewno, a w lewy bok na dziewięćdziesiąt procent. Maska była ewidentnie wymieniana i to w taki sposób, że Wojtek, kawał byka, musiał się solidnie o nią oprzeć, żeby się zamknęła. Z lewymi tylnymi drzwiami dokładnie to samo. One zresztą niby były niebieskie, ale zupełnie inaczej niebieskie, niż reszta samochodu. Zderzak na stówę nie ori, szpachla gdzieniegdzie na kilogramy… Silnik się trochę dławił i skądeś dymił. No ale rozumiesz: Beemeczka-jedyneczka, igiełka, jedyna taka zobacz, w cenie raczej dwu-, niż trzyletniej sztuki.

* * *

Ewelina (ur. 1994, Kraków, Toyota Yaris): W sumie to nie rozumiem dlaczego tak cię to dziwi. Jestem singielką i w najbliższym czasie to się raczej nie zmieni. Nie znam się na autach. W zasadzie to ich nie lubię. Najchętniej nie miałabym samochodu i poruszała się po mieście autobusem albo tramwajem, ale mieszkam w takim miejscu, że się nie da. Rower jest fajny, ale nie jesienią i zimą i nie do pracy. Gdzieś tam dla relaksu sobie pojechać, jasne, dlaczego nie. Ale ja pracuję w banku, mam kontakt z klientami i określony dress code, w którym dresy, legginsy i inne takie raczej się nie mieszczą (śmiech). No więc muszę mieć samochód. A że jestem singielką i nie znam się na autach, to co ja zrobię, jak mi głupi akumulator padnie? No co…? Przecież nie mam nawet nikogo, kto by mi pomógł. Sąsiada jak raz poprosiłam, to potem liczył na jakąś wdzięczność, że na kawę z nim pójdę, czy coś. A ja nie miałam na to najmniejszej ochoty. Dlatego muszę mieć auto i to takie, które nie będzie się psuć. Czyli nowe, prawda…?

różowy podatek

Płacę, by jeździć

Ola: O rany… Teraz jest chyba trochę lepiej, ale te parę, paręnaście lat temu była masakra. Praktycznie każda wizyta u mechanika przypominała spacer w nocy po zakazanej dzielnicy. Wychodziłam bez pieniędzy, okradziona co do grosza jak ostatnia idiotka. Do tego też wstyd mi się przyznać, ale kiedyś jeden, kurrr…, specjalista skasował mnie za… wymianę płynu do spryskiwaczy. Bo, rozumiesz, zbliżała się wiosna i dalsze używanie zimowego miało grozić jakimiś niesamowicie poważnymi konsekwencjami dla mojej karoserii. Jak dla pani, po taniości, pięć dyszek i jesteśmy kwita. Straszenie koniecznością regeneracji jakiegoś przyczłapu do bulbulatora za jedyne cztery stówki, bo inaczej auto się za tydzień rozleci? Norma. Wydłużanie listy absolutnie niezbędnych napraw do rozmiarów epopei? Norma. Wymiana wentyli przy każdej zmianie opon? Norma. I tym podobne, i tak dalej.

* * *

Anita: Zanim uzbierałam na to wymarzone BMW – Jezu, jakie ja miałam chore marzenia…! – dosyć długo jeździłam Polo. Takim starym, z połowy lat dziewięćdziesiątych, wolnossący diesel. Uważaj: wolnossący! No i kiedyś zadymiło mi spod maski. Zajechałam do mechanika wybranego na chybił-trafił. No bo skąd miałam wiedzieć dokąd jechać. Parę dni później zapłaciłam chyba z tysiąc złotych za… wymianę turbiny, czaisz…!?

Mniejszych przekrętów tego typu nawet nie policzę. Zwykłe, marketowe piórka wycieraczek sprzedawane mi w warsztacie za osiem dych za sztukę. Setki złotych za wymianę głupich klocków. Olej w takiej cenie, jakby był zrobiony z Courvoisiera. Et cetera, et cetera. A do tego zawsze i wszędzie zero szacunku, obleśne spojrzenia i komentarze, niby półgłosem, ale tak, żebym raczej usłyszała. Miazga.

Maja: To się zdarza do dziś. Słuchaj, jakoś jesienią złapałyśmy obie trochę wolnego i postanowiłyśmy wyskoczyć na Lubelszczyznę. Gdzieś już na miejscu zaczęło mi szumieć łożysko. Myślę sobie – dobra, bez ryzyka. Zajeżdżamy rano w dzień powszedni do pierwszego napotkanego mechaniola. Gość bierze auto na podnośnik, coś tam zakręcił kołem, popukał, postukał i zaczyna nam żenić głodne bajeczki. Że poważna awaria zawieszenia, że samochód trzeba będzie na parę dni zostawić… No chyba, że panie chcą szybciej, ale to będzie kosztowało. Rozumie pani, Subaru to nie jest tania marka… Zadzieram głowę (typiarz wyższy ode mnie o ładne trzydzieści centymetrów), ale i tak patrzę na niego z politowaniem. „Słuchaj, piękny kawalerze!” mówię „ja wiem, że to jest łożysko. A ty albo nam je na szybkości wymienisz, znaczy dzisiaj, albo jedziemy szukać innej budy. To jak będzie?” No i popatrz, wymienił (śmiech)!

fot. artursafronovvvv, Freepik.com

* * *

Alicja (ur. 1997, Gdynia, Ford Fiesta): Wracałam kiedyś od koleżanki z Torunia, autostradą. I złapałam gumę. Miałam zapasówkę i w ogóle, myślałam że łatwo sobie poradzę. Zjeżdżam na awaryjny, wyciągam lewarek, klucz, no i ten zapas. Niestety, okazało się, że śruby są strasznie zastane, zapieczone, udało mi się odkręcić tylko jedną. Zrezygnowana, wkurzona, dzwonię po pomoc drogową. Facet miał być za piętnaście minut, był za godzinę piętnaście. Coś mu tam wypadło. Myślałam, że po prostu – kawał chłopa! – weźmie jakąś rurkę-przedłużkę i normalnie mi to koło odkręci. Ale nie. Podobno na autostradzie nie wolno. Byłam już tak skołowana, że zgodziłam się na wzięcie auta na lawetę i jazdę do jakiejś „znajomej, niezawodnej” wulkanizacji. Ostatecznie cała akcja kosztowała mnie dziewięćset złotych. Bez faktury, oczywiście, bo z papierami wyszłoby z półtora tysiąca! Zapłaciłbyś tyle…?

No nie. Skakałbym po tym kluczu tak długo, aż wreszcie wszystkie szpilki by puściły. Ale jedna moja noga waży tyle, ile twoje dwie i jeszcze trochę.

Alicja: No właśnie. A dodatkowo ciebie nawet nikt by nie próbował wkręcić, że Barum to marka premium za którą się słono płaci.

Co zrobić, by nie płacić?

Ola: Uczyć się. Zrozumieć, że do obsługi samochodu niepotrzebna jest – za przeproszeniem – cipka, tylko ręce, nogi, oczy, uszy i, przede wszystkim, głowa. A my, kobiety, wszystko to mamy. Mamy też prawo nie nabierać się na podszepty dobrych wujaszków, którzy narajają nam „niewiarygodne okazje”, a zamiast tego, korzystać z fachowej, obiektywnej pomocy. Wziąć do ręki kartkę, ołówek i wypisać sobie czego konkretnie od samochodu oczekujemy, jaką kwotę realnie możemy przeznaczyć na zakup, a potem poszukać modeli, które ewentualnie w ramach danego budżetu mogłyby nas interesować. Poczytać o nich. Każda z nas w torebce albo w kieszeni nosi ogromny zasób wiedzy. Wystarczy się nauczyć z niego korzystać. Każda marka ma swoje fora, są też fachowe teksty opisujące plusy i minusy danego auta. Czytaj, dziewczyno, zrób sobie analizę, a potem szukaj tego, co z tej analizy wynika, że chcesz. A nie tego, co ci na chama wciska wujek Maniek albo szwagier koleżanki z podstawówki.

Warto też polecać sobie sprawdzone warsztaty. Takie, w których klientka zostanie potraktowana równie dobrze, jak klient, a nie jak chodzący bankomat, ewentualnie z ładnym biustem.

* * *

Dorota: Nie wierzyć handlarzom. A już na pewno nie mojemu przyszłemu teściowi (śmiech)! A tak serio, to pytać, dowiadywać się. Na oględziny auta wziąć ze sobą mechanika. Najlepiej młodego, żeby nie pieprzył tych wszystkich boomerskich chodnikowych mądrości. Ale zajętego, żeby czas spędzony z tobą traktował jak pomoc, nie jak randkę (śmiech). Fajnie by w ogóle było mechaniczkę, ale ich jest, niestety, raczej mało. Jak nie masz nikogo takiego wśród znajomych, to znajdź fachowca i mu zapłać za to, że z tobą pójdzie, zobaczy dane auto i obiektywnie, na zimno ci powie, co o nim myśli. Jak planujesz zakup czegoś droższego, to zapłać też za raport z jakiejś niezależnej firmy. To może bardzo dużo pomóc.

* * *

Maja: Z tymi forami to niezły pomysł. My, co prawda, jako subarytki, nieco na polskie fora Subaru narzekamy, ale już na zagranicznych można się naprawdę sporo dowiedzieć. W ogóle można się sporo dowiedzieć. I potem nie płacić mechaniolowi-oszustowi za wymianę turbo w aucie bez turbo (śmiech)!

Anita: Jak cię cisnę kluczem do szpilek…

Maja: Ale po pierwsze się nie bać. Nie bać się pytać. Kto pyta, nie błądzi. Żaden wstyd nie wiedzieć, które auto lepiej się sprawdzi w mieście, które w trasie, a które na wertepach; które ile pali i czy to nie za dużo, na co zwracać uwagę u handlarza, itepe. W ogóle żaden wstyd poprosić o pomoc…

Anita: Takkk! Bardzo wiele kobiet myśli, że czegoś o samochodach nie wiedzą, bądź czegoś nie umieją, bo są kobietami. A przecież faceci też często nie umieją i nie wiedzą!

Na mnie nie patrz. Ja jestem jak Johnny English. He knows no fear. He knows no danger. He knows nothing.

Maja: No dobra, ale jakoś się nauczyłeś ogarniać wymianę klocków i oleju. I wiesz, kiedy kończą ci się opony, kiedy psuje się turbo, a kiedy wtryski.

Anita: I nie żebyśmy cię tu chciały obrażać (śmiech), ale skoro tak, to i każda z nas tak może.

_____________

* imiona większości osób wypowiadających się oraz wspomnianych w tekście zostały zmienione. Tak na wszelki wypadek.

** obiegowa nazwa Domu Studenckiego nr 6 Uniwersytetu Gdańskiego.

*** tym rodzimym, znaczy Kędzierzynie-Koźlu, nie amerykańskim.

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy – dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Grafika główna na bazie zdjęcia peoplecreations / Freepik.com