Jeżeli wybierzemy się do salonu Jaguar Land Rover, należy się spodziewać, że będziemy mieli do wyboru wyłącznie auta tej drugiej marki. Jednym z dostępnych modeli jest 630-konny Range Rover Sport SV, który właśnie doczekał się wydania o nazwie Ultimate Edition.
Ustalmy od razu, że nie mam zielonego pojęcia, dlaczego taką odmianę wprowadzono i dlaczego ją tak nazwano. W Land Roverze (który jest producentem Range Roverów) chciano nawiązać do Range’a Sport SVR z 2015 roku, co nie wydawało się szczególnie konieczne. Jednak to nie stanowi większego problemu – bardziej zastanawiam się nad sensem nazywania w ten sposób odmiany, która różni się wyłącznie pod względem wyglądu.
Drogi Land Roverze, zlituj się, to wszystko przez nowe kolory w gamie?
Zdaję sobie dobrze sprawę z tego, że auta w takich edycjach zwykle nie różnią się niemal niczym od „bazowych egzemplarzy topowych wersji”, ale trochę to jednak boli, gdy ktoś określa takie auto mianem „wersji ostatecznej”. Tutaj główną różnicą jest dodanie do palety lakierów nadwozia trzech kolorów:
- Obsidian Black Satin,
- Ethereal Frost Satin,
- Velocity Blue Gloss.
Dwa pierwsze stanowią nowość w gamie Range Rovera Sport SV, z kolei ostatni był oferowany w wyżej wspomnianym RR Sport SVR z 2015 r. Niezależnie od lakieru, nowy Range Rover Sport SV Ultimate Edition ma dach oraz słupki w czarnym kolorze. Są również 23-calowe felgi, które mogą być czarne lub ciemnoszare. Można sobie też wybrać kolor zacisków hamulcowych, do wyboru są czarny lub niebieski.
Całościowo prezentuje się to naprawdę dobrze. Przywrócenie Velocity Blue Gloss to był świetny pomysł, ale nadal nie usprawiedliwia to takiej nazwy.
Zero zmian pod maską, ale tu w sumie nie były potrzebne
Pod maską znajduje się podwójnie doładowane V8 o pojemności 4,4 litra z układem mild hybrid. Jest to silnik bardzo dobrze znany z modeli BMW M. Motor ma się czym pochwalić: generuje maksymalnie 635 KM i 750 Nm. W trybie launch control dzięki jednostce elektrycznej moment obrotowy rośnie chwilowo do 800 Nm. Z odmianą Ultimate Edition mieliśmy też do czynienia dekadę temu – tyle że wtedy RR Sport SVR w tej wersji był wzmocniony do 575 KM i 700 Nm, z bazowych 558 KM i 680 Nm osiąganych przez 5-litrową, doładowaną kompresorem jednostkę produkcji Jaguara.
Osiągi pozostają imponujące, i to nie tylko jak na ważący 2,5 tony samochód. W ramach ciekawostki dodam, że tradycyjny kiosk Ruchu z okresu PRL ważył zwykle 1,5 do 2 ton, więc fakt, iż Range Rover Sport SV osiąga setkę w 3,7 s i rozpędza się do 290 km/h zasługuje na uznanie – nawet jeśli weźmiemy pod uwagę lepszą niż w kiosku aerodynamikę.
By to wszystko okiełznać, w podwoziu pracuje zawieszenie 6D Dynamics – takie jak w Defenderze Octa (i oczywiście w zwykłym RR Sport SV). Zamiast konwencjonalnych stabilizatorów korzysta ono z układu hydraulicznego, który wygasza przechyły, zarówno te poprzeczne, jak i wzdłużne.
We wnętrzu – niespodzianka! – brak zmian
RR Sport SV Ultimate Edition będzie opuszczać fabrykę ze skórzaną, dwukolorową (Light Cloud/Ebony) tapicerką Windsor. Czy to jest jakaś nowość? Nie, taką samą można mieć i w wariancie bazowym. W standardowym wyposażeniu znajdują się również panoramiczny dach, 29-głośnikowy zestaw Meridian czy fotele „Body and Soul Seats” z przetwornikami haptycznymi, gdzie bas z odtwarzanej muzyki pełni funkcję masującą.
To będzie auto dla wybranych
Powstanie tylko 500 egzemplarzy, wszystkie przeznaczone na rynek brytyjski. Auto zostało wycenione na niemal 146 tys. funtów i w tej cenie zawiera się także osobisty odbiór pojazdu w Range Rover Studio w Solihull, wliczając w to próby na torze terenowym. Dla porównania, bazowy wariant RR Sport SV kosztuje 140 tys. funtów, SV Black 155 tys. funtów (świetny pomysł, wydać 155 tys. funtów na czarną plamę), a SV Carbon – 165 tys. funtów. Ultimate Edition, ze swoim powracającym z archiwum niebieskim lakierem, jawi się tu jako zaskakująco interesująca propozycja, pomimo oczywistego dysonansu pomiędzy zakresem zmian a nazwą pojazdu.




