Przedstawiając Mercedesa klasy S po liftingu w styczniu oraz informując dwa miesiące później o końcu historii Audi A8, wspomnieliśmy też o nadchodzącym liftingu BMW serii 7, które jest najmłodszą konstrukcją z całej trójki. Ten moment nadszedł, a auto można już zamawiać.
Od 2022 roku, czyli od momentu debiutu aktualnej, siódmej generacji o oznaczeniu G70 minęło trochę czasu i przyszedł czas na jej odświeżenie.
Wygląd ambiwalentny. Czyli jaki?
Na ogół mam dość krytyczne opinie o stylistyce nowych modeli BMW i niestety również seria 7 o wewnętrznym kodzie G70 nie przypadła mi do gustu. Odnosiłem wrażenie, że w jej stylistyce działo się za dużo, szczególnie z przodu. Lifting przyniósł tu zauważalne zmiany, nerki stały się węższe i wyższe, a reflektory skrywa teraz jeden wspólny klosz, a nie dwa osobne jak wcześniej.
Tutaj zmiany na plus. Wyeliminowano najsłabszy stylistyczny element przedniego pasa, czyli wspomniane wyżej dzielone reflektory. Nerki też wydają się być lepiej dopasowane. Żebyście mnie źle nie zrozumieli: idealnie nie jest, ale to tak czy inaczej krok w dobrą stronę. Gorzej natomiast oceniam zmiany z tyłu auta.
Tylne lampy postanowiono wydłużyć do granic karykatury i jedyne, co mi tu do głowy przychodzi, to „nie, no po prostu, motyla noga, nie”. Wygląda to tak, jakby producent chciał zrobić pas w formie blendy, ale zabrakło czerwonego tworzywa i musiano przerwać prace połączeniowe, zostawiając dwie super-długie lampy. Podobne rozwiązanie stylistycznie znalazło się m.in. w najnowszym BMW i3. Mam jednak wrażenie, że tu wypadło jeszcze gorzej.
To i tak nie jest najodważniejsza zmiana, jaką wprowadzono, ale do tego jeszcze wrócę. Jeśli więc chodzi o wygląd zewnętrzny, to odświeżona „Siódemka” dostaje ode mnie plusa za przód oraz minusa za tył, przy czym plus jest nieco większy od minusa. Nadal nie jest to do końca moja stylistyczna bajka, ale jest ciut lepiej. Może to dlatego, że nad autem nie pracował już Domagoj Dukec.
Do wyboru cztery wersje silnikowe, w tym trzy elektryczne
Na rynek europejski przewidziano na początek (potem gama ma zostać rozszerzona) jedną miękką hybrydę pod postacią modelu 740 xDrive (3.0 R6, 400 KM, 580 Nm) oraz elektryczne: i7 50 xDrive (455 KM, 660 Nm), i7 60 xDrive (544 KM, 745 Nm) oraz i7 M70 xDrive (680 KM, 1100 Nm). Niedługo do gamy powinny dołączyć: 740d xDrive (313 KM, 650 Nm) oraz PHEV-y 750e (489 KM, 700 Nm) i M760e (612 KM, 800 Nm). Hybrydy z wtyczką korzystać będą z tego samego silnika, co model 740, czyli z trzylitrowego benzyniaka o sześciu cylindrach. Zależnie od wybranej wersji silnikowej, pierwsza setka będzie osiągalna w czasie od 3,8 do 5,7 s. Prędkość maksymalna wynosić będzie od 210 do 250 km/h. Nieco później BMW ma też dołączyć do gamy nowej Siódemki wariant 760 z silnikiem V8 oraz odmianę Alpina.
Zajedzie na prądzie daleko, ale nie aż tak daleko
Nowe BMW i7 dysponuje akumulatorem o pojemności 112 kWh, co powinno umożliwić przejechanie między 650 a 708 km na jednym ładowaniu. Nie są to może wyniki nad wyraz wybitne, ale jak na samochód skonstruowany na tej samej platformie co odmiany spalinowe i hybrydowe, trudno mieć tu jakieś większe uwagi – zwłaszcza biorąc pod uwagę osiągi i masę elektrycznej serii 7. Nie da się jednak ukryć, że stuttgarcki bakłażan znany szerzej jako Mercedes EQS, po ostatniej modernizacji może teoretycznie przejechać do 926 km na jednym ładowaniu.
Z zewnątrz odświeżona seria 7 trzyma fason, ale wnętrze jest po prostu straszne
Przy opisie wyglądu zewnętrznego wspomniałem, że nie była to najbardziej kontrowersyjna zmiana. Zajrzyjmy oto do środka, wiedzeni zdrożną ciekawością. I tutaj uderza najmniej atrakcyjna wizualnie część tego samochodu. Po pierwsze ta kierownica. Jest po prostu obrzydliwa, poza tym do luksusowej limuzyny jak seria 7 pasuje jak pięść do nosa. Przypomina podróbkę podróbki taniej kierownicy do gier, to zwyczajnie nie przystoi w tej klasie.
Podobnie jak w i3, mamy tu jeden 17,9-calowy wyświetlacz na konsoli środkowej, Panoramic Vision nad deską rozdzielczą oraz najnowszy system multimedialny Panoramic iDrive. Tak, te wyświetlacze mają właśnie taką formę jak widać, obrazek się nie przekrzywił.
Zapewne multimedia teraz obsługuje się wygodniej, spodziewać się też można szybszego działania infotainmentu. Natomiast patrząc na to jak wyglądało wnętrze wcześniej, odnoszę wrażenie, że coś poszło w niewłaściwą stronę.
Znamy już ceny
Auto trafi do sprzedaży w lipcu, w porze wakacyjnej. Do tej pory najtańszą odmianą było i7 50, wyceniane na 540 tys. zł. Teraz ceny startują od kwoty 560 tys. zł, przy czym tyle samo kosztuje benzynowy wariant 740 xDrive. Za i7 60 trzeba zapłacić co najmniej 650 tys. zł, a za i7 M70 xDrive – 820 tys. zł.
Najważniejsze z punktu widzenia potencjalnych klientów jest wprowadzenie do Europy zwykłej odmiany benzynowej
Choć BMW G70 poza Europą było już dostępne w wersjach benzynowych, to nabywcy na Starym Kontynencie byli skazani na hybrydy plug-in, diesla i elektryki. Teraz gama zyskała na atrakcyjności, bo w tym segmencie bardziej niż koszty paliwa (które przy silniku 3.0 i tak nie będą ogromne) istotna jest kultura pracy układu napędowego i po prostu przestrzeń dostępna w bagażniku. 400 koni mechanicznych i 5,1 s do setki to parametry w pełni wystarczające, a pozostali zamówią sobie kiedyś 8-cylindrowe 760, gdy to już pojawi się w Europie. Pozostaje mieć nadzieję na podobny ruch w serii 5 po liftingu, jeśli mowa o rynku europejskim. Tam bowiem też generalnie oferuje się MHEV-y z silnikami benzynowymi… tylko że nie u nas.
Fanem stylistyki mimo wszystko nie pozostanę, ale na drogach widać, że trochę tych aut jeździ – oczywiście jeszcze sprzed modernizacji. Niebagatelne znaczenie ma tu też jednak fakt, że to w tym segmencie obecnie jedna z najlepszych, a właściwie nawet najlepsza propozycja, jak uważa red. Grzelak – zawodowy szofer, który jeździł już w tym segmencie wszystkim, co jest dostępne w Europie.
Generalnie kibicuję, by to BMW było jak najlepsze. Bo jeśli ono faktycznie jeszcze się poprawiło po liftingu, to konkurencja też będzie musiała się poprawić.






