Facebook często podsyła mi różne ciekawe tematy. Dziś podsunął mi wpis, który na jednej z grup wywołał prawdziwą burzę.

Jest dla mnie rzeczą całkowicie zrozumiałą, że można nie lubić Facebooka. Sam generalnie jakoś szczególnie za tą platformą społecznościową nie przepadam i uważam przy okazji, że Facebook Marketplace nadaje się wyłącznie do kosza za kompletny brak ergonomii, ale nie mogę się zgodzić z osobami które twierdzą, że nie ma na Fb niczego ciekawego. Jest – tylko albo nie chciało im się tego poszukać, albo nie wytresowały odpowiednio algorytmów. Ja to zrobiłem, dzięki czemu moja ściana (tak się na to mówi?) jest wręcz zapchana motoryzacyjnymi perełkami i ciekawostkami.

Dziś Facebook zaproponował mi lekturę posta z grupy Low Miles No Miles

Jak nazwa wskazuje, grupa ta przeznaczona jest do wrzucania materiałów związanych z pojazdami o bardzo niskim jak na swój wiek przebiegu – lub wręcz bez przebiegu, jak się to mówi o autach, które mają za sobą tylko kilkanaście czy kilkadziesiąt przejechanych mil (lub kilometrów – nieistotne). Nic więc dziwnego w tym, że właśnie pojazd spełniający te kryteria się u mnie wyświetlił.

fot. Mark Donnally

Rzecz w tym, że ten pojazd to wczesny Chevrolet Corvette C4 ZR-1, którego kupiono w czerwcu 1990 r. w Cincinnati, przejechano nim dystans dzielący salon i dom właściciela, po czym… zamknięto go w garażu na 32 lata. I teraz najważniejsze: ktoś ten samochód kupił, doprowadził do ideału (czyszczenie, polerowanie, wymiana wszystkich płynów itd…) i… postanowił nadal go trzymać w bezruchu. W pewnym stopniu może go tłumaczyć fakt, że do jazdy ma inny egzemplarz ZR-1, nawet w tym samym kolorze.

Chevrolet Corvette

Taka sytuacja. / fot. Mark Donnally

Jako że grupa Low Miles No Miles jest grupą otwartą, sami możecie sobie poczytać komentarze pod tym wpisem, ale powiedzieć że rozpętała się burza to jak nic nie powiedzieć. Generalnie w dużej mierze zgadzam się z tymi osobami, które zastanawiają się, po co w ogóle ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby to auto znowu postawić na kolejne -naście lub -dziesiąt lat. Nadwozie nadwoziem, ale po co chociażby te nowe płyny eksploatacyjne.

Zgadzam się też jednak z opiniami, żeby się nie wtrącać

Można się wkurzać, że to marnotrawstwo zasobów i że auta powinny jeździć, a nie stać. Szczególnie takie auta jak Corvette ZR-1. Niczego to jednak nie zmienia w kwestii zaglądania komuś do portfela – skoro go na to stać i skoro krzywdy tym nikomu nie robi (no, poza tą psychiczną… ale to pomińmy), to niech sobie jeszcze do kompletu sprawi Vipera bez przebiegu i nikt nie powinien za niego decydować, czy ma tym autem jeździć czy nie.

Na otarcie łez dla przeciwników takiego trzymania auta pod kocem (czyli dla mnie również) może być fakt, że właściciel planuje pokazywać fabrycznie nową Zet-eRkę na różnych wystawach – co jest bardzo miłe z jego strony.

Cała ta sprawa z Korwetą sprawiła, że zastanowiłem się nad podobnymi przypadkami… i nad sobą

To wcale nie jest takie rzadkie, żeby znaleźć gdzieś kilkunasto- czy kilkudziesięcioletni samochód kompletnie w stanie nieużywanym, fabrycznie nowym. Tyle że zwykle te auta nie są modelami sportowymi, więc zmieniają się proporcje w komentarzach: zdecydowanie mniej ludzi mówi, żeby jeździć, zdecydowanie więcej twierdzi, że teraz to już tylko jako rzeźba, nie ma sensu tego ruszać, bo od razu wartość spadnie.

Ale jak widzicie, to znowu bezpośrednio sprowadza się do zaglądania do portfela. Tak – utrata wartości mogłaby potężnie zaboleć, pewnie te pliki traconych z każdym kilometrem (milą…) dolarów niemalże zasłaniałyby pole widzenia. Ale czy to na pewno jest najważniejsza kwestia dla kogoś, kogo i tak stać na taką fanaberię?

Chevrolet Corvette

fot. Mark Donnally

Powiem Wam, że jeśli to ja miałbym sobie sprawić taki samochód, to właśnie po to, żeby nim jeździć

Nieważne, czy chodziłoby o takiego Chevroleta, czy może o słynne już Mazdy 626 i 323, które kilka lat temu można było kupić w Polsce. W końcu skoro samochód ma służyć do jeżdżenia, to co ma być złego w zakupieniu go DOKŁADNIE W TYM CELU? No i ile jeszcze okazji w życiu by było, żeby sprawić sobie fabrycznie nowy samochód sprzed 30 czy 40 lat i by nim po prostu jeździć?

Przestańmy patrzeć na finanse innych. Przestańmy zawracać innym głowę o to, czy coś ma stać, czy może powinno jeździć. Póki to nie my sami sobie taki wóz kupimy – to nie jest nasz interes. Możemy być lub nie być z tego zadowoleni, ale to nie uprawnia nas do oceniania, czy właściciel pojazdu zamienił głowę na tyłek szympansa i dlaczego. Nie podoba się? Trudno – trzeba zagryźć zęby na te 5 sekund i poszukać czegoś, co się spodoba. Albo jeszcze bardziej zagryźć zęby, kupić podobny pojazd i zrobić z nim to, co chciałoby się komuś innemu zasugerować w komentarzach.

Pamiętajcie: póki samochód istnieje, to jest dobrze. Prawdziwy powód do wkurzenia się może być tylko jeden i jest to bezsensowne, nieuzasadnione niszczenie czy wręcz złomowanie auta. Właściciel ZR-1, pan Mark Donnally, niczego nie zniszczył, więc można mu jedynie przyznać okejkę.

I nie, nie macie racji: to, że coś jest Polonezem, nie jest sensownym uzasadnieniem jego niszczenia.

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy - dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to