Cześć i czołem, witamy w Garażowych rozmowach. Sezon grillowy nastał, aura zwykle jest przyjemna. Pozostaje więc przycupnąć na zydelku w naszym petrolheartowym garażu i pogadać. Dziś na tapecie mamy szeroko rozumiane supersamochody.

Gdy mój wiek wyrażał się jeszcze wartością jednocyfrową, typowo dla młodego chłopaka bardzo interesowały mnie różnej maści samochody sportowe. Do dziś pamiętam, jak na jakiejś wycieczce z rodzicami wyhaczyłem w księgarni czy w innym sklepiku fragment Encyklopedii SuperAuta z niebieskim Lotusem Esprit na okładce. I choć lubiłem też czytać o zwykłych samochodach i oglądać ich zdjęcia, to jednak zwykle na czele moich zainteresowań były maszyny szybsze. Potężniejsze. Droższe.

garażowe rozmowy

Lata później przeczytałem gdzieś, że starszym czytelnikom zmieniają się priorytety

Zdałem sobie sprawę, że i mnie to do pewnego stopnia dotyczy. Mianowicie, też zacząłem przeglądać tygodniki motoryzacyjne od działu „Używane”. Tyle tylko, że nijak nie odsunęło mnie to od marzeń o supersamochodach. Choć lektura zaczynała się i zaczyna od pojazdów bardziej przyjaznych dla kieszeni, to nie zmniejszyło to mojego zainteresowania pojazdami sportowymi.

Trochę zmniejszyło je natomiast to, że w segmencie super- czy hiperaut też coraz trudniej się jakoś wybić, coraz mniej jest konstrukcji naprawdę ciekawych pod jakimś względem. W pewnym sensie za antybohatera (czy może raczej: jednego z antybohaterów) uznaję tu McLarena, który poza modelami specjalnymi i topowymi, jak Senna, Speedtail, P1 czy W1, robi coś, co wygląda na „okej dam ci odpisać to zadanie, ale zmień trochę, żeby facetka się nie kapnęła”. Ale no, premiera Ferrari Luce też mnie jakoś szczególnie nie zachwyciła, a z red. Kapałą to ja sobie jeszcze pogadam.

garażowe rozmowy

Często czytam komentarze, że premiery Ferrari, Lamborghini czy Pagani przestały wiele osób interesować

Z jednej strony trochę to rozumiem – faktycznie mało kto będzie mógł kiedykolwiek pozwolić sobie na zakup takiego samochodu. Z drugiej… często trąbi się o tym, że ludzie z wiekiem tracą radość życia, że żyją jak roboty. Że dziadzieją. I tak się zastanawiam, czy jest coś złego w marzeniach o autach za miliony.

Z rozmyślań wychodzi mi, że… może to być coś złego – o ile tylko biadolimy, wzdychamy, skupiamy się na negatywach („nigdy nie będę takiego miał”). Ale uważam, że można podejść do tematu w inny sposób. Nie skupiać się na samej kwestii ewentualnego posiadania, a na tym, że coś takiego istnieje. Że nadal napędza rozwój technologii. Że człowiek – obojętnie, czy sam, czy z pomocą – jest w stanie zaprojektować i zbudować coś, przez co opadnie szczęka. Co wbije w fotel tak mocno, że jeśli tego doświadczymy, to zapamiętamy do końca życia. Że się da.

Choć fanem Ferrari Luce nie zostałem i nie zostanę, choć z McLarenów zdecydowanie najbardziej lubię F1 i choć irytuje mnie przymuszanie producentów do elektryfikacji, to nadal jest wśród tych aut mnóstwo rzeczy, które można lubić. Ba, uwielbiać. Nie podoba Ci się Rimac? Zainteresuj się Koenigseggiem. Uważasz, że benzyna to przeżytek? Tylko zobacz, jak potrafi zapinkalać wspomniany Rimac czy np. Aspark Owl.

Nie ma niczego złego w nieinteresowaniu się premierami najdroższych i najszybszych aut świata. Ale może jednak warto czasem poszukać w nich czegoś, co rusza nasze motoryzacyjne serducho?

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy - dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to