Nowe-stare Audi, a konkretnie Auto Union Typ 52 to nakreślony jeszcze w latach 30. ubiegłego stulecia projekt, który aż do teraz nie doczekał się realizacji. Wskrzeszenie tego pojazdu po tak długim okresie „leżakowania” może zaskoczyć tym bardziej, że – wbrew panującym trendom –  nie wyjeżdża na drogi jako nowy, elektryczny crossover.

W świecie, w którym wszyscy prześcigają się w elektryfikacji, kreśleniu ostrych, drapieżnych linii i upychaniu wszystkiego na ekranach dotykowych, dobrze jest czasem zrobić dwa (czy tam dwieście dwa) kroki w tył i spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy – doładowanej i napędzanej szesnastoma cylindrami. O tym właśnie przekonać się mogli uczestnicy tegorocznego święta motoryzacji i motorsportu znanego jako Goodwood Festival of Speed, na którym zaprezentowano ten pojazd – Auto Union Typ 52. Jest to projekt jednocześnie fenomenalny i niedorzeczny i właśnie dlatego bardzo mi się podoba.

Hans-Joachim Stuck pędzi za kółkiem Auto Union Type 52 na Goodwood Festival of Speed.

Dlaczego fenomenalny? To proste – kto dziś ma tyle fantazji i pieniędzy, by wygrzebywać jakieś dziewięćdziesięcioletnie szkice i schematy, by na ich podstawie konstruować w pełni funkcjonalny samochód? Kto ma w sobie tyle pokory, by nie wprowadzać zbyt wielu nowoczesnych modyfikacji, a jedynie poprawki, które sprawiają, że nigdy wcześniej nie zbudowana konstrukcja może zadziałać poprawnie?

Na świecie jest ledwie garstka takich pasjonatów, zaś duże koncerny najczęściej odwracają się od nich plecami, ale o tym pewnie porozmawiamy sobie jeszcze przy innej okazji. Audi ma inną politykę, prowadzi odrębną działalność jako Audi Tradition oferując części do starszych modeli i to właśnie ta marka stoi za zamówieniem u mistrzów z brytyjskiej manufaktury Crosthwaite & Gardiner rekonstrukcji historycznego, nigdy nie wprowadzonego do obiegu modelu.

Auto Union Typ 52: kropla o sportowym rodowodzie

Typ 52 miał być „cywilnym” odpowiednikiem torowego Auto Uniona Type A, funkcjonującego też jako Porsche Typ 22. Założenie było proste – rama z „Dwudziestki dwójki” plus silnik umieszczony centralnie, ale dostosowany do pracy na zwykłej benzynie, do tego wszystkie elementy nadwozia niezbędne do uzyskania homologacji drogowej. Konsorcjum niemieckich producentów chciało kierować ten pojazd jako propozycję dla amatorów wyścigów wytrzymałościowych czy też długodystansowych.

Nakreślony przez biuro Ferdynanda Porsche projekt nadwozia utrzymany był w modnej estetyce „streamline”, kojarzącej się z kroplą. Każdy z detali pojazdu idealnie uosabiał założenia art deco: piękno ma być podporządkowane funkcjonalności. Ale uwaga! Wyjaśnijmy sobie od razu, że to nie ma być funkcjonalne a potem piękne tak jak kubeł czy kibel, tylko tak jak – dajmy na to – lampy stołowe Lalique’a.

Niezbędne minimum dla trojga

Geometryczne formy bryły Typu 52 cieszą oko, a oszczędność wyrazu uspokaja. Całość charakteryzuje absolutne minimum ozdób – klamki to ledwie paski, deskę rozdzielczą ozdabiają przede wszystkim zegary, na których zarysowane są proste cyfry (żadnych tam fikuśnych zawijasków przy dwójkach, siódemkach czy dziewiątkach), kierownica nie ma żadnych zbędnych inkrustacji czy innych duperszwancy.

Auto Union Typ 52

Oszczędne, eleganckie wnętrze odtworzone po latach. Oto nowy-stary Auto Union Typ 52.

Fotele? Trzy. Też bardzo proste. Miejsce centralne, nieco wysunięte do przodu jest przeznaczone dla kierowcy. Pasażerowie siedzą po bokach, mogą więc nie być tylko zbędnym balastem – zastąpią lusterka, których nie ma, osłonią kierowcę niczym boczne kurtyny powietrzne, albo wesprą rozpędzony niczym pocisk wóz w zakrętach. W końcu ten retro-potwór jeździ na retro-kołach, znacznie węższych niż współczesne kapcie.

Mimo wszystko jednak sylwetka jest nieco kuriozalna. Choć jest to auto dla trzech osób i wszystkie siedzą z przodu, to Auto Union Typ 52 zaprojektowany został jako auto czterodrzwiowe. Obydwie pary drzwi otwierają się w opcji „kurołapka”, czy – jeśli wolicie określenie bardziej mroczne i posępne – samobójczej (w języku angielskim takie drzwi określane są czasem mianem „suicide doors”). Tylne drzwi prowadzą do przedziału bagażowo-silnikowego, a po ich otwarciu mamy doskonały widok na koła zapasowe. Dostęp do silnika jest dyskusyjnie praktyczny – poprzez unoszoną na zawiasach i  przesuwaną w stronę dachu klapę. Cała część zadnia Typu 52 zdobiona jest nacięciami stanowiącymi wloty powietrza.

Cztery zera, pięćset koni

Typ 52 miał też od początku własną nazwę, bardziej marketingową. Schnellsportwagen to dość krótkie jak na germańskie możliwości imię, jednocześnie doskonale i precyzyjnie opisuje co to dokładnie jest, czyli szybki samochód sportowy. Zero marginesu na niedomówienia.

Czy jest szybki? No przecież musi być, bo tak się nazywa, taki ma rodowód, ma odpowiedni kształt i silnik po byku. Centralnie umieszczona jednostka – tak jak już wspomniałam na początku  – ma szesnaście cylindrów. Zamiast jednak zatrzymać się na przedwojennym planie: 4,4 litra pojemności, maksymalnej mocy 200 koni i maksymalnym momencie 436 Nm, współcześni twórcy dali temu potworowi więcej wszystkiego. Zamiast utrzymać ideę silnika dostosowanego do zwykłej benzyny przygotowali jednostkę zasilaną mieszanką 50 proc. metanolu, 40 proc. benzyny bezołowiowej i 10 proc. toluenu. Pojemność skokowa wynosi 6005 cm3, moc maksymalna około 520 KM. Jednocześnie zastosowano hamulce bębnowe, które podobno są w stanie skutecznie zatrzymać tego potwora.

Auto Union Typ 52

Estetyka lat 30 ubiegłego wieku powraca w tym krótkim przebłysku.

Względem oryginału wydłużono także rozstaw osi (z 3000 do 3315 mm, długość wynosi 5390 mm) oraz zastosowano nowoczesne zawieszenie. Żaden z zachowanych dokumentów nie zawierał informacji dotyczącej koloru, więc rekonstruktorzy z Crosthwaite & Gardiner postawili na totalną klasykę znaną z bolidów Auto Union, czyli kolor srebrny.

Auto Union Typ 52 jest szalony, niedorzeczny i potrzebny

No dobrze, ale na wstępie wspomniałam też, że cały ten projekt wskrzeszania trupa jednego z bardziej brawurowych momentów w rozwoju motoryzacji ma znamiona niedorzeczności. Dlaczego? Przecież promowanie Audi za pomocą wyprowadzania na tor unikatowego egzemplarza pojazdu wybudowanego po 90 latach od narysowania jego projektów to jest niezłe kuriozum. Można powiedzieć, że to nawet taki prztyczek w nos wszystkich tych producentów samochodów, którzy usilnie chcą zatrzeć ślady po dekadach produkowania wspaniałych i potężnych maszyn spalinowych i pozycjonują się jako eko-super-mili-elektromobilni przyjaciele przyrody.

Potężne V16. Możesz popatrzeć, możesz posłuchać. Co prawda nie możesz go mieć, ale i tak dziękujemy Audi.

Bardzo się cieszę, że jest miejsce i na takie realizacje. Wciąż jednak odnoszę wrażenie, że mamy tu do czynienia z  przepiękną, epicką wręcz i zapierającą dech w piersiach zasłoną dymną i elegancką wymówką, która ma sprawić, że może z większą sympatią spojrzymy na te wszystkie e-trony. Tym niemniej, dobrze że to Audi Tradition jest i że ma takie pomysły.

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy - dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to