Marka Subaru obecnie oferuje samochody pozbawione „sportowego pazura”, ale nadal wielu fanom motoryzacji kojarzy się z rajdowym rodowodem m.in. za sprawą Imprezy STi. Topowe wersje tego modelu nosiły oznaczenia S20x (gdzie x to kolejna cyfra). Po raz pierwszy takie auto pojawiło się na rynku w 2000 roku jako Subaru Impreza STi S201.
Pierwsza generacja Subaru Imprezy, czyli ta o oznaczeniu GC, to samochód niewątpliwie kultowy. Może niekoniecznie w wersji 1.5 GL, ale jako takie 22B STi już jak najbardziej. Co więksi fani modelu kojarzyć będą też pewnie oferowaną w Wielkiej Brytanii odmianę P1. Ale dziś opowiem Wam o czymś mniej znanym i zdecydowanie mniej ładnym.
To coś to Subaru Impreza STi S201
Na początku millenium Subaru było już gotowe do wprowadzenia w Japonii drugiej generacji Imprezy STi o oznaczeniu GD. Producent postanowił, że pożegna schodzący model z przytupem. Postanowiono zaoferować specjalny wariant, bardziej ekskluzywny niż 22B STi, z agresywniejszym pakietem nadwoziowym, większą mocą i jeszcze lepszym prowadzeniem.
Można powiedzieć, że z tych założeń STi S201 wywiązało się jak należy. Był to też najrzadszy wariant, bowiem takich aut wyprodukowano według różnych źródeł tylko 87 sztuk z planowanych 300 – dla porównania, 22B STi wyprodukowano 424 egzemplarze, a P1 – okrągły 1000. S201 zapoczątkowało serię najbardziej hardkorowych modeli STi, które poskutkowały powstaniem m.in. najmocniejszego modelu w historii marki (S209), odmiany R205 na bazie pierwszego hatchbacka z linii STi, czy totalnego nieporozumienia jakim było zaprezentowane na początku zeszłego roku S210.
Jeśli ktoś mieszka w Stanach, mógł się niedawno stać szczęśliwym posiadaczem jednego ze wspomnianych trzystu dzikich Spartan o oznaczeniu S201. Auto pochodzi z 2000 roku, ma przejechane niemal 160 tys. km, a od wersji w pełni fabrycznej różni się tylko kilkoma szczegółami.
Przemyślana brzydota
Pierwsza generacja Imprezy to auto, które w bazowych wersjach nie wyróżnia się niczym szczególnym i zyskiwało mocno wizualnie w wersjach sportowych i dwudrzwiowych. Tutaj mamy czterodrzwiowego sedana, jednak w kwestii wyglądu to nie bryła nadwozia stanowi największy problem.
Mamy tutaj bardzo rozbudowany pakiet aerodynamiczny, który może i na pierwszy rzut oka jest bardzo brzydki, ale za to na drugi rzut oka również. Moja pierwsza myśl po zobaczeniu zdjęć S201 była taka, że całość wygląda bardzo niespójnie, jakby ktoś w grach takich jak np. Need for Speed Underground 1 czy 2 dobrał zderzaki z różnych kompletów.
Szczególnie źle intrygująco jest z tyłu, gdzie ten element mocno odbiega od linii bocznej znanej ze słabszych wersji. Przyznam, że nie jestem też fanem nakładek progowych. Odnoszę wrażenie, że mogłyby tu pomóc poszerzenia nadwozia, których tutaj niestety nie ma. Całość uzupełnia ogromne skrzydło (moim zdaniem plus) i srebrno-szare malowanie (minus, wolałbym Blue Mica).
W tym szaleństwie jest jednak metoda, a oddział Subaru Tecnica International miał wszystko przemyślane. Dodatkowe wloty powietrza na przednim zderzaku oraz masce miały na celu poprawić dopływ powietrza, natomiast skrzydło i zderzaki poprawiały zachowanie samochodu przy wysokich prędkościach. Tutaj ewidentnie nad estetyką i spójnością wizualną przeważyły aspekty funkcjonalne, nie to co w obecnych WRX-ach. Mimo początkowego wrażenia chaosu i losowości, pasuje to mimo wszystko bardziej niż dodatki rodem z Crosstreka. Maska w tym egzemplarzu nie jest oryginalna.
Historia o tym, jak kompaktowy sedan złamał dżentelmeńską umowę
Pod maską Imprezy STi S201 mamy dwulitrowego, turbodoładowanego boksera o oznaczeniu EJ20. Auto powstało w czasach, gdy w Japonii lokalni producenci na skutek dżentelmeńskiej umowy zawartej między sobą nie powinni byli produkować aut mocniejszych niż 280 KM. Oczywiście oficjalnie podawane parametry były takie jak być powinny, a niektóre auta w praktyce były mocniejsze. Subaru jednak uznało, że nieco nagnie tę regułę i nie będzie udawać, że modyfikacje układu wydechowego, nowe ECU oraz turbosprężarka VF28 o ciśnieniu 1,2 bara niczego nie zmieniły. Auto osiągało 305 KM i 353 Nm. Napęd jak na mocne Subaru przystało był przenoszony na obie osie za pośrednictwem ręcznej, pięciobiegowej skrzyni biegów.
Auto było również nieco odchudzone i ważyło 1270 kg. Pierwszą setkę osiągało w mniej niż pięć sekund, a prędkość maksymalna po zdjęciu blokady wynosiła 250 km/h. Można powiedzieć, że kompaktowy sedan o dość osobliwym pakiecie nadwoziowym był w stanie dotrzymać kroku najlepszym wówczas dostępnym japońskim sportowym samochodom jak Honda NSX czy debiutujący wtedy Nissan Skyline GT-R (R34).
Lepsze prowadzenie wynikało również ze zmian w podwoziu
Usztywniono zawieszenie, a mechanizmy różnicowe o ograniczonym poślizgu umieszczono z przodu i z tyłu, co w połączeniu z lepszą aerodynamiką i redukcją wagi sprawiało, że w prowadzeniu S201 zbliżało się najbardziej do rajdowych odmian modelu Impreza.
Spartańskie wnętrze to zaleta, nie wada
W tym egzemplarzu wymieniono kierownicę na trójramienną – standardowo stosowano czteroramienną. Poza tym widać tu panel nieoryginalnej jednostki sterującej systemem audio – S201 w standardzie radioodtwarzacza nie posiadało w ogóle, chętni mogli się zdecydować na odtwarzacz obsługujący zarówno kasety jak i CD.

Poza drobnymi detalami jak tabliczka z nazwą wersji wnętrze nie wyróżniało się jakoś szczególnie na tle pozostałych szybkich wersji Subaru Imprezy GC. Ciekawie wygląda kwestia kolorystyki – przednie fotele są niebieskie, ale tylna kanapa ma zwykłą czarną tapicerkę, całkowicie seryjną.
Ogólnie trudno tutaj doszukiwać się luksusów, ale o dziwo zastosowano tu seryjnie klimatyzację – choć tylko manualną.
Subaru Impreza STi S201 jest autem zaskakująco tanim jak na to, czym jest
Aukcja zakończyła się pod koniec marca. Początkowo osiągnięto zaledwie 23 tys. dol., ale ta kwota była niższa od ceny minimalnej ustalonej przez właściciela S201. Już po zakończeniu aukcji sprzedawcy i osobie, która oferowała tę kwotę udało się dogadać i ostatecznie stanęło na 28 tys. dol., czyli tylko nieco powyżej 100 tys. zł. Biorąc pod uwagę, że mamy tu rasowego JDM-a w ekstremalnie rzadkiej wersji, brzmi to wręcz jak błąd w druku. Dla porównania, Imprezy 22B STi sprzedają się za oceanem za kwoty przekraczające 200, a nawet 300 tys. dol. (!).
Nie oceniaj książki po okładce
Z zewnątrz Subaru STi S201 wygląda jak Impreza, którą ktoś postanowił oszpecić tuningiem wizualnym bez zmian w mechanice, podczas gdy w rzeczywistości to dopracowana pod każdym względem maszyna. Aż nie chce się wierzyć, jak duża jest różnica w cenie między S201 a 22B – jasne, 22B ma bardziej atrakcyjne nadwozie dwudrzwiowe i zdecydowanie ładniejszy pakiet aerodynamiczny, ma też jeszcze bardziej pożądany, 2,2-litrowy silnik – ale czy to oraz produkcja limitowana do 400 egzemplarzy to wystarczające powody, by płacić za te auta ponad milion złotych? Nie wiem, choć się domyślam. Jeśli więc zobaczycie jeszcze kiedyś S201 w podobnej cenie oscylującej wokół stówki, to je kupcie.
Będziecie zamykać oczy przy wsiadaniu, ale potem będzie tylko lepiej.
Zdjęcia: NAI, CarsandBids.com









