Mopar przygotował na targi SEMA w stanach restomoda opartego o muscle cara z 1967 roku. Niestety, zamiast widowiskowego pokazu nowych możliwości, zaprezentowany samochód – Plymouth GTX Electromod – wydaje się wyciągać na wierzch większość grzechów elektromobilności.
Od kilkudziesięciu lat Mopar znany jest z produkowania części do samochodów koncernu Chryslera, a produktem flagowym i wizytówką firmy są bez wątpienia potężne silniki V8. Niestety, wraz z zapowiadanym wycofaniem widlastych ósemek z oferty koncernu Stellantis, Mopar musi wymyślić od nowa sposób na siebie.
Przeszczep połowy serca z nowszego modelu
Pod maską Electromoda zamiast V8-ki Hemi znajdziemy silnik elektryczny pochodzący z nowego Dodge’a Chargera Daytony (w którym znajdziemy 2 takie silniki). Produkująca 250 kW jednostka przekazuje moc na wał napędowy poprzez reduktor 3:1, a zasilana jest z 4 pakietów akumulatorów. Jeden ze wspomnianych znajduje się razem z silnikiem pod maską, a pozostałe trzy zamontowano w bagażniku. Łączna pojemność akumulatorów wynosi 73 kWh. W niedalekiej przyszłości pochodne tego zestawu mają być standardowym zestawem do konwersji klasyków na napęd elektryczny oferowanym przez Mopar.
Wnętrze, czyli porządnie odrobione zadanie domowe, z drobnym minusem
We wnętrzu od razu rzuca się w oczy nowa tapicerka dobrana pod kolor nadwozia. Na lekko zmodyfikowanej desce rozdzielczej znajdziemy nowy zestaw wskaźników. Na szczęście zamiast pasujących GTX-owi jak pięść do nosa ekranów, zastosowano klasyczne analogowe zegary.
W miejscu wybieraka oryginalnej skrzyni biegów umieszczono pokrętło do wyboru trybów jazdy (pochodzące z Dodge’a Durango) oraz dwa uchwyty na napoje. Całość prezentuje się naprawdę bardzo dobrze, tak długo jak nie spojrzymy na kierownicę. Spłaszczona od spodu obręcz nie pasuje ani do całokształtu wnętrza, ani do retro-stylizowanych ramion. No i dziwi brak elektrycznego sterowania szyb.
Powiedziałbym, że Plymouth GTX Electromod z zewnątrz prezentuje się tak średnio, parafrazując klasyka
Żeby wprowadzić prawie 60-letniego muscle cara w nowe czasy, wyeliminowano z nadwozia wszystkie chromowane elementy, powiększono wnękę tylnych kół, zmniejszono zderzaki, zamontowano współczesne oświetlenie oraz subtelny pakiet aerodynamiczny. Całości dopełniają 18-calowe felgi z kutego magnezu obute w opony Pirelli P Zero.
Przyznam, że nie podobają mi się wprowadzone zmiany. Powiększenie wnęki tylnego koła skróciło i podwyższyło wizualnie samochód. Tylny spoiler pomimo niewielkich wymiarów wydaje się przekombinowany kształtem, a przedni splitter wygląda groteskowo zawieszony wysoko nad ziemią. Mam wrażenie, że uproszczenie i postawienie bliżej pionu obu elementów pakietu aerodynamicznego znacząco poprawiłoby wygląd restomoda. Stosunkowo duże felgi w połączeniu z ujednoliceniem kolorystycznym nadwozia podkreślają spory prześwit samochodu. Ale żeby nie było że tylko narzekam – bardzo spodobała mi się nowa maska i tylne światła.
Istnienie oryginalnego Plymoutha GTX całkowicie zabija sens tego restomoda
Niestety, na niezbyt udanych modyfikacjach nadwozia, problemy Electromoda od Mopara się nie kończą. Przez podjęte decyzje o zachowaniu oryginalnej konstrukcji ramy, powstał swego rodzaju ulep. Bardzo dobrze wykonany, ale dalej ulep. Moc 250 kW (340 KM) nie robi większego wrażenia na oryginalnym GTX-ie. Dwie najmocniejsze wersje silnikowe oferowane w 1967 roku dawały kierowcy do dyspozycji okolice 350 i 330 koni mechanicznych (wymienione rzeczywiste wartości różnią się mocno od reklamowanych, ze względu na stosowany do wczesnych lat 70. sposób pomiaru mocy, przy którym testowany silnik był „odpięty” od osprzętu oraz pozbawiony restrykcyjnych elementów takich jak filtry powietrza czy tłumiki).
Oczywiście zakładam, że Electromod jest szybszy, ale wątpię, żeby różnica była wystarczająco duża by zastąpić bulgot klasycznej widlastej ósemki o pojemności przekraczającej 7 l. Pomimo zastosowania lekkiej i stosunkowo zaawansowanej konstrukcji, sam pakiet akumulatorów waży ponad 415 kg. To o kilka kilogramów więcej niż najcięższy dostępny zestaw silnika i skrzyni biegów w spalinowym pierwowzorze i kilkadziesiąt kilogramów więcej niż dużo popularniejsze połączenie 330-konnego V8 i 4-biegowej, ręcznej skrzyni biegów.
Przypominam, że jeszcze nie zdążyliśmy uwzględnić masy silnika elektrycznego. Prawdopodobnie przez te dodatkowe kilogramy reszta samochodu została poddana kuracji odchudzającej poprzez szerokie zastosowanie lekkich stopów i włókna węglowego. Niestety, nawet z poprawkami aerodynamicznymi, masa zestawu akumulatorów nie przekłada się na fenomenalny zasięg – według deklaracji twórców, energii starczy na nieco ponad 400 km. A jak już wybierzemy się w trasę, to raczej nie weźmiemy ze sobą zbyt wielu szpargałów – większość bagażnika jest zajęta przez nieszczęsne akumulatory. Mam wrażenie, że trudno o gorszą reklamę dla zestawów do konwersji klasyków na napęd elektryczny.
Cieszę się że Plymouth GTX Electromod istnieje tylko jako projekt „pokazówka” i jego istnienie nie zagraża populacji GTX-ów zasilanych sokiem z dinozaurów.
Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy – dzięki!







