Współczesne MG raczej nie kojarzy się z emocjami (może poza rzadko spotykanym Cybersterem), a ze stosunkiem „ilości auta” do ceny. Tymczasem dawne MG polegało raczej na oferowaniu jak najwięcej frajdy w stosunku do ceny – a za esencję tego podejścia można uznać MG Midget.

Pora na bliższe zapoznanie z kolejnym sportowym klasykiem, udostępnionym mi niedawno przez Piotra Życzyńskiego z House of Classics. Była zadziwiająca Matra, pora na intensywne MG. Tym razem auto zdążyło się sprzedać między moją jazdą a publikacją artykułu.

MG Midget

MG Midget nie było pierwszym roadsterem, którego zdarzyło mi się prowadzić, ale… jakoś tak się złożyło, że każdy kolejny, którym jeździłem, był mniejszy, lżejszy i słabszy, a przy tym bardziej surowy. Zaczęło się od kulturalnego BMW Z4 E85, potem była Mazda MX-5 NB, a ostatnio klasyczny, brytyjski „karzełek”. Teraz mogę się spodziewać końca tego trendu, bo mniejszego i bardziej mechanicznego roadstera można znaleźć chyba tylko wśród jeszcze starszych klasyków. Ale zanim przejdę do wrażeń…

MG Midget, czyli brytyjski przepis na tanią frajdę

MG Midget

Chyba nikomu nie trzeba mówić, że współczesna marka MG, mimo pewnych powiązań, jest czymś zupełnie innym niż ta klasyczna. Warto jednak przypomnieć, że jeszcze zanim MG zajęło się głównie tworzeniem usportowionych wersji Roverów, istotną część jego oferty stanowiły niewielkie samochody sportowe oparte na masowej technice – takie jak przedstawiany Midget.

„MG Midget” to w zasadzie dość nieprecyzyjne określenie – tak nieoficjalnie były nazywane liczne wcześniejsze modele marki. Można by wręcz uznać całą tę linię za rdzeń MG. Jednak dopiero przedstawiany model stał się „po prostu” Midgetem. Powstał jako bliźniak Austina-Healeya Sprite drugiej generacji w ramach British Motor Corporation (jednego z przodków niesławnego British Leyland). W zasadzie mowa tu o kilku generacjach produkowanych w latach 1961-1980, ale można je traktować jak oznaczenia liftingów. Wszystkie miały tę samą podstawową konstrukcję. Omawiany egzemplarz jest z rocznika 1964, czyli to Mark II z lat 1964-1966. Od poprzedniej wersji różni się takimi luksusami jak opuszczane szyby w drzwiach, fletnerki, gięta szyba przednia (w miejsce płaskiej) czy zewnętrzne klamki. Do tego otrzymał zmiany w zawieszeniu i nieco wzmocniony silnik – zarówno w znaczeniu osiągów jak i wytrzymałości konstrukcji.

MG Midget

Brytyjska inżynieria w wersji kieszonkowej

MG Midget to na tle czegokolwiek współczesnego naprawdę miniaturowa konstrukcja. I to naprawdę czegokolwiek – nawet auta miejskie wyglądają przy nim niemal jak niemałe SUV-y. Ten samonośny roadster ma wymiary ok. 3,48 x 1,37 x 1,23 (dł./szer./wys.) z rozstawem osi ledwo przekraczającym 2 metry. Oczywiście jest przez to ciasny, ale za to bardzo lekki – waży ok. 700 kg, czyli jakieś 2/3 uznawanej za lekki samochód Mazdy MX-5.

MG Midget

Na tym tle napędzający go silnik nie wydaje się niewystarczający. W odmianie Mark II jest to górnozaworowe 1.1 R4 z dobrze znanej (z klasycznego Mini i wielu innych małych aut British Leyland) i długowiecznej serii A. Dzięki dwóm gaźnikom generuje 60 KM przy 5750 obr./min i 88 Nm przy 3500. Napęd jest rzecz jasna przenoszony na tył, przy pomocy czterobiegowej przekładni z niesynchronizowaną jedynką.

Za utrzymanie tego roadsterka na drodze odpowiada niezależne zawieszenie z przodu, z amortyzatorami ramieniowymi pełniącymi też rolę górnych wahaczy, oraz sztywna oś z resorami piórowymi z tyłu. Od Mark II były to typowe resory półeliptyczne – wcześniej stosowano ćwierćeliptyczne. Kierunek nadaje układ kierowniczy z przekładnią zębatkową (oczywiście bez wspomagania), a hamowaniem zajmują się tarcze z przodu (standard od końcówki Mark I) i bębny z tyłu. Również bez wspomagania, co współczesnego kierowcę może zaskoczyć.

Trochę jak gokart, trochę jak śpiwór

Mógłbym opisać jazdę MG Midget rzeczowo i skrupulatnie, ale chyba nie miałoby to większego sensu. To nie jest samochód, ani nawet kategoria samochodu, które robią wrażenie suchymi liczbami i faktami, a i ja nie mam takich punktów odniesienia, żeby to obiektywnie, użytkowo ocenić. Midget nie jest narzędziem do przemieszczenia się z punktu A do B, tylko zabawką do przemieszczenia się z punktu A do… w zasadzie bez znaczenia, można ewentualnie zahaczyć o B, dla pozoru rozsądku. Tu nie liczy się cel, liczy się droga, a w tej drodze liczą się wrażenia i emocje. Nawet jeśli tylko jedziemy po bułki.

MG Midget

Zacznijmy jeszcze przed jazdą. Pisałem już, że Midget jest maleńki? A tak, pisałem, nawet parę razy. Wygląda to, jakby nie było szans się w nim zmieścić przy choćby średnim wzroście, a jednak jest to możliwe nawet przy moich 187 cm – i to przy założonym hardtopie! Roadster MG zapewnia tyle miejsca, ile to absolutnie konieczne – i ani centymetra więcej. Dach? Blisko. Kierownica, deska rozdzielcza? Blisko. Tak samo pedały, przednia szyba, droga pod nami i pasażer, a drzwi nawet jeszcze bliżej. Można się poczuć jak precyzyjnie wmontowany element mechanizmu. Przypomina mi to trochę wspomnianą wcześniej Mazdę MX-5, tylko… bardziej.

MG Midget

Wnętrze? „Nie” to może przerysowane, ale całkiem niezłe podsumowanie. Jakaś ładna deska rozdzielcza? A po co to komu, polakierowana blacha, trochę tworzywa, wskaźniki i parę dość przypadkowo umieszczonych przełączników, kontrolek i innych drobiazgów, czyli typowa ergonomia dawnych lat. Choć trzeba przyznać, że pasujące do koloru nadwozia boczki drzwiowe są naprawdę estetyczne i stylowe – tyle że też proste.

Fotele są – niespodzianka! – przede wszystkim małe, a do tego raczej proste w kształcie – trzymanie boczne to nie ten adres. Są jednak wystarczająco wygodne, przynajmniej na krótszych trasach – tak jak i zestrojenie zawieszenia.

MG robi z 50 km/h wydarzenie

Midget jest też głośny i nie wynika to tylko z braku wygłuszenia (nie ma miejsca na takie luksusy, każdy centymetr jest cenny!). Został odpalony w garażu, gdy stałem obok, i… aż się wzdrygnąłem z zaskoczenia tym, jak hałaśliwy może być taki mały, drogowy silniczek. Przy czym poza natężeniem dźwięk silnika nie wyróżnia się specjalnie – ot, wiekowe, nieco usportowione R4. Ale i tak podczas jazdy skutecznie dokłada się do wrażeń bardziej sportowych niż wskazywałaby obiektywna rzeczywistość. A ta obiektywna rzeczywistość jest taka, że setkę osiąga się po około 15 sekundach – tyle że przy takiej bliskości drogi, intensywności dźwięków i mechanicznych odczuć płynących zewsząd odbiera się to raczej jak 6 sekund we współczesnym aucie. Zresztą sam silniczek sprawia pozytywne wrażenie – MG jest żywe i dynamiczne, w czym zapewne pomaga piórkowa masa auta. Wkręca się dość chętnie i zupełnie nie ma poczucia, że to za mało.

GRRRRR!!!

MG Midget to jednak stara konstrukcja i czasem daje o tym znać. Konkretnie to zaskoczyły mnie niewspomagane hamulce – oczywiście wiedziałem, że takie właśnie są, ale co innego wiedzieć, a co innego doświadczyć. W pewnym momencie, gdy miałem skręcić w boczną drogę, zacząłem przed tym skrętem hamować i… niemal go ominąłem. Odruchowe wciśnięcie hamulca tak, jak we współczesnym aucie poskutkowało raczej niemrawym spowalnianiem lekkiego przecież autka. Przyzwyczajenia wymaga też niesynchronizowana jedynka – kierowcy przyzwyczajeni do współczesnych aut powinni się skupić na tym co robią, jeśli nie chcą usłyszeć zgrzytu. Za to sama precyzja mechanizmów nie sygnalizuje wieku tak wyraźnie ani też nie potwierdza stereotypów o brytyjskiej jakości montażu. Biegi wchodzą gładko i bez niejasności, a układ kierowniczy jest przyjemnie precyzyjny, biorąc pod uwagę wiek konstrukcji. Powtórzę się, ale można się poczuć elementem tej zabawnej maszynki.

MG Midget to świetna przegryzka

Jest trochę jak słona przekąska. Uwielbiam słone przekąski i zazwyczaj przestaję je jeść dopiero, gdy już zaczną mi od nich wysychać usta. I podobnie mógłbym pojeździć MG po okolicy, aż zaczęłyby mnie boleć uszy i zesztywniałbym od ciasnego usadowienia za kierownicą, ale zapewne na koniec towarzyszyłaby mi myśl „ale to było fajne!”.

Malutka skala, zerowa izolacja od… niemal czegokolwiek, surowe mechanizmy, lekkość, głośność – to wszystko sprawia, że jadąc Midgetem można się poczuć bardzo „sportowo” nawet i przy 50 km/h i nie trzeba do tego serpentyn. Miniaturowe MG sprawia niesamowitą frajdę samym swoim charakterem. Kojarzy się nieco z chihuahuą wyganiającą sarny z podwórka (pozdrawiam red. Jończyka) – może i obiektywne możliwości ma niewielkie, ale ma w sobie bardzo walecznego ducha i wyobraża sobie, że jest potężne – a to wyobrażenie skutecznie udziela się kierowcy.

W skrócie: MG Midget to auto, które traktuje „najkrótszą trasę” jak osobistą obrazę. Nawarczy na Ciebie, a jak będziesz mieć pecha, to jeszcze zostawi plamę na podjeździe.

Zdjęcia: House of Classics, autor

Spodobał Ci się ten tekst? Rozważ postawienie nam wirtualnej kawy - dzięki!

Postaw mi kawę na buycoffee.to