W dobie śrubowania rekordów i dominacji elektroniki marka Hennessey — nie po raz pierwszy zresztą — postawiła wszystko na jedną kartę. Blackbird, najnowszy hipersamochód z Teksasu, to hołd dla brutalnej prostoty ubranej w pięknie funkcjonalną bryłę.
Ujawniając detale związane ze swoim najnowszym dziełem – nazwanym na cześć kultowego amerykańskiego samolotu zwiadowczego Lockheed Blackbird – Hennessey pokazał, że ludziom, którzy teoretycznie mają już wszystko, wciąż można zaoferować coś innego niż „więcej mocy, więcej nowoczesnych technologii, więcej futurystycznych obiecanek”.

Co dwa Blackbirdy to nie jeden.
W świecie hipersamochodów każdy producent stara się nie tylko prężyć muskuły, ale też regularnie podbijać stawkę. Produkując dobra ultraluksusowe, wciąż trzeba walczyć o uwagę garstki tych, którzy gotowi są lekko uszczuplić swoje zasoby finansowe, by kupić kolejne auto, które zamiast zwykłego przemieszczania się z punktu A do punktu B oferuje przede wszystkim coś innego — poczucie bycia jedynym w swoim rodzaju.
Hipersamochody mają wszystko… i nic
Rimac czy Koenigsegg starają się onieśmielać mocą silników i kosmicznymi technologiami, umieszczając w swoich najnowszych pojazdach komputery NASA, komponenty poszycia rodem z wojskowych centrów badawczych oraz moc i deklarowaną prędkość, które zamieniają pojazd z samochodu w samolot, dla którego droga jest jedynie sugestią, a każdy, nawet najdrobniejszy błąd „pilota” może zakończyć się spektakularną porażką.
Cóż jednak z tego, że Nevera może lecieć z prędkością 412 km/h, Jesko Absolut deklaruje potencjał do osiągania 531 km/h, a Bugatti Chiron udokumentował, że faktycznie jest w stanie gnać 490,5 km/h, skoro nikt o zdrowych zmysłach i tak nie podróżuje takim tempem. Wszystko to jest głównie popisówą.
Skoro tak, to po co ładować kolejne turbosprężarki czy kompresory, dokładać komputery, ekrany i systemy wspomagania jazdy?

Hennessey Blackbird – forma podporządkowana funkcji, a funkcja to szczera frajda z jazdy.
Hennessey, wypuszczając Blackbirda — swój trzeci w historii model hipersamochodu — postawił na coś zupełnie innego. O ile w przypadku debiutanckiego Venoma GT, który premierę miał w 2010 roku, było to mocne zaznaczenie swojej wyjątkowej pozycji na rynku jako marki, która za nic ma rozsądek, za to fantazje i marzenia potrafi przekuć w prawdziwy pocisk na kołach, w którym na każdy kilogram masy przypada jeden koń mechaniczny (co oznacza, że finalnie Venom GT miał aż 1244 KM generowane przez legendarne siedmiolitrowe V8 bi‑turbo LSX), Venom F5 z kolei był już pełnoprawnym potworem o sercu autorsko zmodyfikowanym przez Johna Hennesseya i jego specjalistów. 6.6‑litrowe V8 o wdzięcznym pseudonimie „Fury”, doładowane dwiema turbosprężarkami, mogło pchać tę „pestkę” o wadze niewiele ponad 1300 kilogramów z mocą — w zależności od wariantu — sięgającą nawet ponad 2000 KM, ku granicy 500 km/h.
Twórca mówi wprost, że to auto zaczyna żyć dopiero tam, gdzie inne samochody „już się kończą”, i dla F5 optymalne warunki zaczynają występować dopiero po przekroczeniu prędkości 160 km/h.

Zwiadowcy i Zdobywcy Lockheed Blackbird i Hennessey Blackbird.
Co mogło być kolejnym krokiem dla kogoś, kto młodość spędził, ścigając się na Pikes Peak, a marzenia spełnił, budując takie auta? Wygląda na to, że jest nim powrót do najlepszego momentu w motoryzacji — kiedy technologia pozwalała na zaprojektowanie optymalnych aerodynamicznie i wytrzymałych samochodów o pięknej estetyce, a jednocześnie wszystkiemu towarzyszyła analogowa surowość.
Hennessey Blackbird to brutalnie prostacki hipersamochód przyszłości
Nie znajdziecie w nim superkomputerów, efekciarskich LED‑ów, elektronicznych asystentów, ekranów LCD, hybrydowych napędów… Co znajdziecie tam w zamian? Czystą miłość do prawdziwej motoryzacji, którą definiuje już samo serce: widlasta ósemka o pojemności 6,2 litra i mocy 850 KM. Żadnego turbodoładowania, żadnych specjalnych wodotrysków — czysta moc generowana pracą kutych tłoków, w dodatku przenoszona na tylną oś poprzez sześciostopniową manualną skrzynię biegów. Prostotę i sportowy charakter podkreśla bramka.

„Gated manual” brzmi niczym zaklęcie wabiące amatorów aut sportowych – a Hennessey Blackbird ma nie tylko to.
A jeśli manual z prowadnicą nie jest dla was wystarczającą deklaracją szczerości motoryzacyjnej, to fakt, że kierownica jest tylko kierownicą, a nie pilotem do wyklikiwania wszystkiego — od głośności, przez ambientowe oświetlenie, po prędkość — powinien was upewnić w takim przekonaniu. Dodatkowo otrzymujecie „normalne” zegary, fizyczne przyciski, a wszystko ograniczone do niezbędnego minimum. Komfortem jest tu więc brak taniej krzykliwości współczesnej elektroniki. Blackbird staje się przepustką do świata, w którym można sobie pozwolić na niesynchronizowanie telefonu z ekranami, niepodglądanie wiadomości, nieczytanie maili. Oczywiście system CarPlay występuje, ale jest dyskretny i ograniczony do niezbędnego minimum — jedynym interfejsem będzie wasze przenośne urządzenie.

Żadnych automatów, szczerość i prostota to dziś luksus. Pedaliera Hennessey Blackbirda.
Sztywniutko, ale komfortowo
No dobrze, ale co jeszcze wiemy o Blackbirdzie, co podkreśla jego bezwzględny charakter? W zasadzie cała konstrukcja jest manifestem. Wnętrze nie oferuje superwygłuszenia. Na każdym kroku mamy funkcjonalny minimalizm. Jeśli skóra — to sztywna. Jeśli aluminiowe wstawki — to proste.

Sportowo, minimalistycznie i być może wygodnie, a na pewno głośno.
Do tego jest miejsce na dwa podręczne bagaże i cztery cupholdery — co szanuję podwójnie, bo człowiek nie jest taki, że w długiej podróży nie zapiłby gorącej kawy zimną colą… ale zaraz, jak to długiej podróży? Ano Blackbird mimo wszystko został pomyślany nie tyle jako pogromca torów, co jako okrutny GT — taki, który warczy i ryczy, ale też gna za horyzont. Jeśli jedzie, to na długich dystansach. Jeśli hamuje, to raz a porządnie — co gwarantować mają ceramiczne tarcze hamulcowe.

Jedyny system start-stop jaki ludzie szanują – napęd RWD i porządne hamulce.
Do tego dochodzi podporządkowany w całości aerodynamice monokok z włókna węglowego dla sztywności, lekki aluminiowy szkielet, żadnych zbędnych detali… no, może poza przepięknym tylnym pasem, który zdecydowanie wygląda jak dzieło sztuki inspirowane lotnictwem. Dyfuzory niczym statecznik pionowy w samolocie, cztery rury wydechowe niczym dysze silników odrzutowych, perforowana osłona i centralne światło stopu jak w bolidach F1.

Ten tył to dzieło sztuki.
Jako że John Hennessey nazwał swój nowy hipersamochód Blackbird — nieprzypadkowo, bo na cześć wspomnianego już przeze mnie samolotu SR‑71 — liczba egzemplarzy, jakie zostaną wyprodukowane, również odwołuje się do tego amerykańskiego króla zwiadu powietrznego. Powstać ma bowiem jedynie 71 sztuk, z których każda kosztować ma realnie około 3 milionów USD. Najlepsze jest to, że ⅔ samochodów zostało sprzedanych jeszcze zanim Hennessey ujawnił detale dotyczące modelu. Pozostała ⅓ może zniknąć już 14 sierpnia podczas prezentacji na Monterey Car Week. A kiedy realnie zobaczymy Blackbirdy na drogach? Najwcześniej w 2029 roku. Każda sztuka jest ręcznie budowana. Więcej już chyba nie da się zrobić, by oddać hołd motoryzacji i stworzyć nowe auto z duszą.
Żródło zdjęć: carscoops.com